fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Odszedł Andrzej Turski

Bogusław Chrabota
Archiwum
Pracowałem z nim ledwie półtora roku, ale w tamtym czasie, na początku lat dziewięćdziesiątych lata wydawały się epokami, a miesiące dekadami, tak szybko działa się historia.
To były bardzo szczególne czasy w TVP, zwłaszcza na tak zwanym „Placu" (od Placu Powstańców Warszawy), czyli w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Była bezpośrednią dziedziczką DPI, stworzonej jeszcze w PRL Dyrekcji Programów Informacyjnych. Wraz z budynkiem, sprzętem, TAI odziedziczyła również całą ekipę po komunistach.
Pierwszy prezes TVP Andrzej Drawicz pozbył się co prawda najbardziej skompromitowanych twarzy stanu wojennego, ale większość „personelu" DPI została. Kierownictwo reformującej się telewizji  rozpoczęło poszukiwanie nowych dziennikarzy i tak na „Plac" trafiały kolejne fale dziennikarskiej młodzieży.
Wiosną 1992 roku, kiedy i mnie zatrudniono w TAI struktura pokoleniowa obsady Wiadomości, Panoramy i Teleexpressu wyglądała jak porządny litewski sękacz. Od niemal emerytów (min. Andrzej Kozera), przez dziennikarzy zasłużonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, po tych z kolejnych naborów już po 1989 roku, czyli zwykle z jakąś kartą niezależną.
Andrzej Turski trafił do TAI z radia. Nie miał nic wspólnego z betonem dziennikarstwa telewizyjnego DPI. Był jednym z dwóch zastępców szefa TAI i miał za zadanie sklejać to dziwne wielopokoleniowe towarzystwo. Robił to z wdziękiem, kulturą i profesjonalizmem. W  przeciwieństwie do tzw. „bezpartyjnych fachowców", jak lubili się określać  dziennikarze z PZPR-owskim rodowodem, Andrzej rzeczywiście znał się na informacji. Umiał uczyć, nauczyć, ale też wycofać się kiedy trzeba. W czasach, gdy niektórzy z szefów oczekiwali tępej dyscypliny, Andrzej wolał tłumaczyć, a nawet ustępować.
Był powszechnie lubiany, mimo, że część młodzieży zwykła  wypominać mu pracę w komunistycznych mediach. Władzy nie nadużywał. Stronił od politycznych koterii. Nie chciał prowadzić żadnego z dzienników wiedząc, że to stąpanie po polu minowym. Pamiętam, wielokrotnie go do tego namawialiśmy. Zawsze odmawiał.  A był w idealnym wieku i miał doskonałe warunki na prezentera, zaś jego głos i ekspresję uznawano w tamtych czasach za ideał godny Sevres. Wspaniały męski głos, znakomita dykcja, świetna artykulacja. Aż chciało się go słuchać.
Mało kto wiedział, że jego umiejętności miały związek z epizodem muzycznym w jego życiu. W latach 60 był członkiem popularnej warszawskiej grupy rock'n'rollowej „Chochoły". Grał na gitarze elektrycznej i śpiewał. Tak się zaczęła jego fascynacja muzyką, która zaprowadziła go redakcji Polskiego Radia.
Był aktywny jako dziennikarz do samego końca. Nie wątpił w nasz zawód. Myślę, że go nawet lubił. Odszedł stanowczo za wcześnie. Dla wielu z nas, dzieci TAI pozostanie w jakiś sposób patronem.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA