fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Czytać muzykę jak tekst dramatyczny

Tw–on
Barbara Wysocka opowiada, jak pracuje się nad operą, która dopiero będzie miała prapremierę i jak powstaje „Moby Dick” Eugeniusza Knapika.
Miała pani już okazję poznać partyturę „Moby Dicka"?
Barbara Wysocka: Oczywiście. To będzie prapremiera, nagrany został jedynie pierwszy akt, więc partytura jest moim głównym materiałem do pracy.
Jakie to uczucie pracować nad operą, która dopiero zaczyna życie sceniczne? W teatrze operowym inaczej niż w dramatycznym reżyser nie ma możliwości dowolnego kształtowania materii utworu.
W teatrze operowym zdarzają się projekty, gdzie materia utworu powstaje we współpracy kompozytora z reżyserem. Mam za sobą trzy takie produkcje, to bardzo ciekawe doświadczenie. Jeśli chodzi o zamknięte dzieła czy o klasykę operową, sytuacja wygląda inaczej, ale reżyser wciąż ma mnóstwo możliwości, jakie daje mu muzyka. Jest punktem wyjścia, nie ogranicza reżysera, daje szerokie pole działania, interpretacje mogą być przecież bardzo różne. Powiedziałabym, że reżyser w operze ma nawet łatwiejsze zadanie, ponieważ nie jest odpowiedzialny za kształtowanie warstwy tekstowej i muzycznej, jedynie za stworzenie jej przestrzeni do życia. Staram się rozumieć i czytać muzykę jak tekst dramatyczny.
Czy ma pani jednak możliwość dyskutowania z kompozytorem nad muzycznym kształtem „Moby Dicka"? Utwór powstawał latami i obrósł już legendą, że to dzieło olbrzymich rozmiarów.
Że dzieło olbrzymich rozmiarów, to prawda.
A spotkanie z Eugeniuszem Knapikiem było jednym z pierwszych kroków w mojej pracy. Rozmowa z nim była dla mnie bardzo ważna, ale jadąc na nią, wiedziałam, że nie chodzi o to, żeby Wysocka wyreżyserowała na scenie to, co Knapik sobie wyobrażał, pisząc. To nie miałoby sensu, w takiej sytuacji reżyser byłby po prostu niepotrzebny, a dzieło można by przedstawić w formie koncertowej. Chodziło raczej o to, żeby zrozumieć sposób myślenia kompozytora, poznać lepiej warstwę muzyczną, tematy w niej zawarte oraz problemy techniczne wiążące się z muzyką (chór pojawiający się nagle, znikąd). Kolejny etap pracy musiał być uwolnieniem od tej rozmowy i poszukiwaniem obrazów na własną rękę. Kilka miesięcy pracowałyśmy ze scenografką Barbarą Hanicką nad znalezieniem odpowiedniej przestrzeni dla tej muzyki. Okazało się później, że wiele rozwiązań jest spójnych z tym, czego życzyłby sobie kompozytor. Myślę, że pewne rzeczy po prostu wynikają z muzyki.
Co w „Moby Dicku" było dla pani bardziej pociągające z chwilą otrzymania tej propozycji: sam temat czy może muzyka?
Muzyka była najważniejsza. Temat również pociągający, jak najbardziej, jeśli mówimy o prozie Melville'a. Zawsze cieszę się na pracę z dobrą literaturą, szczególnie w operze. Niestety w przypadku „Moby Dicka" libretto jedynie w bardzo swobodny sposób nawiązuje do oryginału. Dla mnie wiele inspiracji, jeśli chodzi o formę spektaklu, płynie właśnie z tego źródła, więc często wracam do Melville'a.
A muzyka Eugeniusza Knapika inspiruje reżysera?
Bardzo. Nie jest jednak łatwym zadaniem przełożenie jej na scenę. Libretto nie zapewnia materiału do stworzenia akcji scenicznej, muzyka owszem, wszystko zatem musi zawierać się w obrazach i w zaufaniu do muzyki, do tego, że widzowie i słuchacze będą w stanie skupić się przez trzy godziny mimo braku wartkiej akcji i atrakcji.
„Moby Dick" Melville'a uchodzi za jedno z arcydzieł literatury romantycznej. A czym dzisiaj jest ten tekst? Nie uważa pani, że ta powieść nie pociąga już nawet nastoletnich chłopców?
Czytał pan „Moby Dicka"? Przecież to nie jest książka dla nastoletnich chłopców. Zresztą, może ich pociąga, ale bardziej istotna może być dla ludzi dojrzałych, po tzw. przejściach, którym temat walki z losem, z przeznaczeniem, nie jest obcy.
Tekst Melville'a jest przede wszystkim niezwykłym dokumentem, żywym i pełnym szczegółów opisem wielorybnictwa. Melville pisał o własnych doświadczeniach, ale obok tego mamy wątki symboliczne, filozoficzne, a sama konstrukcja łączy różne formy narracji. Nie można analizować „Moby Dicka" jedynie na poziomie symboliki i filozofii, z pominięciem obrazu życia na statku wielorybniczym. Świat przedstawiony przez Melville'a jest zupełnie różny od dzisiejszego wielorybnictwa. Wiele się zmieniło. Już nie wieloryb jest zagrożeniem dla człowieka, lecz odwrotnie. W tym sensie „Moby Dick" nieco stracił na aktualności.
Kim jest dla pani tytułowy Moby Dick? Symbolem zła? Mrocznych stron człowieka? Bardziej nas przeraża czy pociąga?
Myślę, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Konflikt rozpina się na osi: Moby Dick – Ahab. Czy złem jest to, co odgryzło kapitanowi nogę, czy złem jest prowadzenie na pewną zagładę statku wraz z całą załogą? Melville stawia pytanie o zło, ale robi to tak, że czytelnik może się opowiedzieć po dowolnej ze stron.
A kapitan Ahab? To ktoś z nas czy człowiek gotowy do podjęcia największych wyzwań?
Ten pojedynek człowieka z Niemożliwym może stać się metaforą generalną życia ludzkiego. Z drugiej strony brak pogodzenia Ahaba z losem, jego wściekłość i walka prowadząca do śmierci, jego egoizm, a zarazem instynkt autodestrukcyjny to nie są cechy bohatera, tylko człowieka przegranego. Pogubionego, sfrustrowanego.
Szykuje pani inscenizację w duchu wielkiej romantycznej opery czy raczej kameralny spektakl?
Szykuję inscenizację w duchu tej muzyki, czyli raczej monumentalny obraz przełamywany elementami, które pozwolą to unieść. Trzy godziny, ponad sto osób na scenie – to nie może być kameralne.
Miała już pani sposobność oswojenia się z wielką przestrzenią sceny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej?
Tak, przymiarki do ustawienia scenografii na scenie odbyły się w listopadzie. Pracujemy nad tym projektem właściwie od roku. W operze wszystko wymaga o wiele wcześniejszych przygotowań. W grudniu oddajemy projekty scenografii oraz makietę, czekamy na rozpoczęcie prób w maju i zapraszamy 25 czerwca 2014 roku na prapremierę.
rozmawiał Jacek Marczyński
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA