fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Kolejny cud Borussii

AFP
Pięć minut przed końcem meczu z Olympique, Borussia była za burtą. Wróciła, jak lubi – po wielkich emocjach. Wygrała 2:1
Michał Kołodziejczyk z Marsylii
Elie Baup mówił, że po pięciu porażkach w Lidze Mistrzów, jego drużyna potraktuje starcie z Borussią treningowo. Ale Baup w Marsylii już nie pracuje. 36 tysięcy ludzi przyszło na Stade Velodrome, żeby pokazać, że z klubem jest się na dobre i na złe. Jose Anigo, tymczasowy trener a na co dzień dyrektor sportowy zapowiedział, że spotkanie z Borussią będzie początkiem wielkiej weryfikacji – pomoże mu dać odpowiedź, kto się do OIympique nadaje, a dla kogo to za wysokie progi.
Dla Marsylii to był mecz o honor i prestiż. Kibice wywiesili kilka transparentów: „Szanujcie siebie, szanujcie nas, szanujcie OM". I nie były to słowa skierowane do rywala, ale do własnych piłkarzy. Tego wieczoru więcej do stracenia mieli jednak piłkarze z Dortmundu. Finalista poprzedniej Ligi Mistrzów mógł z obecną pożegnać się już na poziomie fazy grupowej. Sytuację miał niezłą – po prostu nie mógł wypaść gorzej niż Napoli przed własną publicznością w spotkaniu z Arsenalem. To był dwumecz, grzały się linie między Marsylią a Neapolem, Borussia niby chciała wygrać i mieć klarowną sytuację, ale czasami, jak się bardzo chce, to nie wychodzi.
Robertowi Lewandowskiemu wyszło już w czwartej minucie. Strzelił w swoim stylu – przyjęcie, zablokowanie obrońcy, uderzenie, gol. Polak obiecywał dzień wcześniej, że Borussia będzie zimować w Lidze Mistrzów, że nie odpadnie, bo jest na to za dobra. Juergen Klopp miał jednak sporo problemów z zestawieniem jedenastki. O kłopotach z kontuzjami, które zdziesiątkowały jego zespół wiedzą wszyscy, ale to, że postawi na środku obrony 18-letniego Mariana Sarra, który debiutował w pierwszym zespole Borussii, było wielkim zaskoczeniem. Sarr nie spanikował, być może popełnił błąd w ustawieniu przy rzucie wolnym, który dał Marsylii wyrównanie, ale grał tak, jakby w Dortmundzie miał dużo większe doświadczenie.
Kiedy piłkarze schodzili do szatni na przerwę, wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, a nawet lepiej. Remis 1:1 w Marsylii, 0:0 w Neapolu i do tego perspektywa drugiej połowy z przewagą jednego zawodnika, bo między 32 i 34 minutą Dimitri Payet zobaczył dwie żółte kartki. Po przerwie Anigo postawił na obronę, wiedział, że jego drużyna nie jest w stanie przeciwstawić się żółto-czarnej maszynie, która nawet w osłabieniu potrafiła narzucić swój rytm gry.
To co działo się z Marsylią przez 20 minut drugiej połowy powinno skończyć się wysokim prowadzeniem Borussii i spokojnym czekaniem na końcowy gwizdek. – Mieliśmy mnóstwo okazji, co dwie minuty kolejna. Wszystkie doskonałe, ale nic nie chciało wpaść – mówi „Rz" Lewandowski. Pudłowali Marco Reus, Jakub Błaszczykowski, albo Henrik Mkhitarjan podawał nie w tempo. Lewandowski też miał okazję – najlepszą. Minął Steve'a Mandandę i miał przed sobą pustą bramkę, ale trafił w boczną siatkę. – Pewnie gdybyśmy nie wygrali, śniłoby mi się to po nocach, piłka się kręciła, boisko było nierówne, nie ma co rozpamiętywać – tłumaczy.
Kamery wychwyciły, kiedy Sebastian Kehl z ławki rezerwowych krzyczał do Romana Widenfelera, że Napoli w meczu z Arsenalem objęło prowadzenie. Chwilę później eksplodowały trybuny, bo chociaż Marsylia grała o nic, to przecież fajnie, że mogła zatrzymać Dortmund w drodze po marzenia. Borussia poczuła ciepło, zaczęła grać nerwowo. Była lepsza, grała w przewadze, ale ciągle odbijała się od ściany.
- Oczywiście przeszło nam przez myśl, że możemy nie awansować. Nie było spokojnie, ale staraliśmy się grać to, co wcześniej – mówi „Rz" Łukasz Piszczek, który pojawił się na boisku kwadrans przed końcem meczu. Polak wszedł na prawą obronę, dzięki temu Kevin Grosskreutz wrócił do linii pomocy. To okazało się kluczowe, w 87 minucie strzelił gola, który dał Borusii nie tylko awans, ale nawet pierwsze miejsce w grupie. To nie był ładny strzał, ale skoro piłka nie wpadała po ładnych, trzeba było ją wepchnąć do bramki za wszelką cenę.
- My chyba nie umiemy zrobić czegoś tak po prostu. Muszą być emocje – śmiał się po meczu Piszczek. Piłkarze Borussii podeszli do sektora swoich kibiców i wspólnie tańczyli przez kilka minut. Był cud w meczu z Malagą, kiedy w poprzednim sezonie drużyna z Dortmundu strzeliła dwa gole w doliczonym czasie gry, był też cud w Marsylii, bo Borussia wygrała mecz, w którym walczyła głównie z własną niemocą.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA