fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Lot nad kukułczym gniazdem w Teatrze Śląskim

W katowickim „Locie nad kukułczym gniazdem” bohaterowie nie mają ochoty na bunt
Teatr Śląski, Krzysztof Lisiak Krzysztof Lisiak
Gorzki portret społeczny pokazuje w Katowicach w „Locie nad kukułczym gniazdem" reżyser Robert Talarczyk.
Bunt jest albo nie jest w modzie, albo ma wymiar narodowego piekiełka – mówi Robert Talarczyk, nowy dyrektor katowickiego Teatru Śląskiego, reżyser i twórca oprawy muzycznej sztuki Dale'a Wassermana. To adaptacja powieści Kena Keseya, spopularyzowanej filmem Milosa Formana z 1975 r.
Talarczyk stawia pytanie, czym bunt jest dzisiaj – gdy wolność oznacza konieczność trudnych wyborów i nieustanne ryzyko. Pyta, na co bunt, gdy w cenie są tylko sukces, młodość i szybkie tempo życia.
Do historii polskiego teatru przeszedł fantastyczny spektakl Zygmunta Hübnera w Teatrze Powszechnym w Warszawie w 1977 r. Był manifestem wolności człowieka przeciwstawiającego się totalitarnej dyktaturze.
Ten klucz interpretacyjny jest już passé. Talarczyk pokazał więc inaczej bohaterów: McMurphy'ego i Siostrę Ratched oraz Kombinat, nad którego regułami ona czuwa. Już w foyer aktorzy – personel i pacjenci szpitala psychiatrycznego – wchodzą w interakcję z widzami. Pułkownik Matterson prowadzi szarżę na wózku inwalidzkim. Scanlon pokazuje bombę, którą konstruuje, by wysadzić świat. Pielęgniarze przypominają, że należy wyłączyć komórki, nie nagrywać i nie fotografować. Reguły są jasne i podawane uprzejmie, acz stanowczo. Kombinat tworzymy zatem wszyscy.
Muzykoterapię rozpoczyna hymn „Va pensiero" Verdiego. Pieśń zniewolonych niesie ukojenie, bo Kombinat to świat, w którym, by przeżyć, trzeba się podporządkować nie tyle bezwzględnej władzy, ile regułom. One porządkują egzystencję i nadają jej sens. Nawet Doktor Spivey (Jerzy Kuczera) zna w nim swe miejsce, na terapię, którą prowadzi z Ratched, sam przynosi krzesełko, a potem grzecznie odnosi go do gabinetu.
Dziś bunt nie jest na miejscu. McMurphy (Dariusz Chojnacki) kiedyś był postacią heroiczną, dziś stał się jej karykaturą, hedonistą, który z przekory i chęci imponowania innym zaczyna rozgrywkę z Ratched (Katarzyna Brzoska). Również ona – wbrew literackiemu pierwowzorowi – jest młodą, atrakcyjną kobietą, pewnie dlatego, że w czasie dyktatury młodości stare pielęgniarki zwalnia się z posad, nim doczekają emerytury. To Perfekcyjna Pani Oddziałowa, szczupła, z malutkimi piersiami, a nie – cyborg z wielkim biustem, który jak trybik w maszynie realizuje obłąkańczy plan totalitarnego ucisku.
Starcie McMurphy'ego i Ratched kiedyś było starciem gigantów. U Talarczyka jest tylko grą skarlałych ludzi wiodących spsiałe życie.
Z Kombinatu, w którym jest tak bezpiecznie, a jeśli komuś przydarzy się jakaś tragedia, to dlatego, że naruszył jego reguły i zaburzył dotychczasową harmonię, nie ucieka nawet Wódz Brombden. Kiedy udusi poddanego lobotomii McMurphy'ego, nie wyrwie konsoli do hydromasażu, ale znów usiądzie i zastygnie w medytacji jak Budda. W takiej pozie widzimy go od pierwszej sceny i w takiej kończy ten spektakl.
Jednak bunt McMurphy'ego zaowocował – Brombden manifestuje swą wolność pióropuszem, który zakłada na głowę, zanim znów zapadnie w letarg.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA