Zbrodnia katyńska

Demony katyńskie

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Zawartość, jaką skrywa srebrna łuska w Kaplicy Katyńskiej w Katedrze Polowej, może wielu zaskoczyć.
Uwagę zwiedzających Kaplicę Katyńską w Katedrze Polowej Wojska Polskiego przykuwa marmurowy ołtarz. Autentyczne, wydobyte z dołów śmierci guziki z wojskowych i policyjnych płaszczy oraz mundurów tworzą aureolę nad wizerunkiem Madonny, powyżej – piękny orzeł z bursztynu. Wewnątrz ołtarza znajduje się metalowa łuska z wygrawerowanym orłem wojskowym z 1939 r. i informacją, że w środku znajdują się szczątki pomordowanych w Katyniu oficerów.  Łuska trafiła do katedry w 2005 r.
Okazuje się, że w środku jest „737  fragmentów zębów i szczęk oraz koronek, mostów i protez dentystycznych wykonanych ze złota i metalu białego". Należały one do zamordowanych. Wydobyto je podczas prac ekshumacyjnych, którymi kierował prof. Bronisław Młodziejowski. – To zwykła grabież, znieważenie zwłok – mówi Wanda Rodowicz, której ojciec chrzestny został zamordowany w Katyniu.
– Bulwersuje mnie taka ocena. To epatowanie makabrą, na którą nie można się zgodzić – kontruje Izabella Sariusz-Skąpska, przewodnicząca Federacji Rodzin Katyńskich. – Nie mieliśmy o tym pojęcia przez 20 lat, do 22 sierpnia ubiegłego roku, kiedy to sekretarz ROPWiM Andrzej Kunert, nie pokazał nam protokołów z prac ekshumacyjnych – opowiada Rodowicz. – Zawiadomiliśmy prokuraturę. Gdy odkryto groby, ciała były w rozkładzie. Szczątki uległy naturalnemu odłączeniu Doniesienie Rodowicz i Lechomira Domaszewicza, emerytowanego policjanta, trafiło w grudniu 2012 r. do prokuratora generalnego, a ten skierował je do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście. W marcu tego roku prokurator odmówił wszczęcia śledztwa w sprawie znieważenia szczątków ludzkich oraz przekroczenia uprawnień przez urzędników ROPWiM. – Powodem było przedawnienie karalności czynów. Jeśli taka przesłanka zachodzi, nie możemy nawet badać zarzutów – mówi „Rz" Zdzisław Kuropatwa, szef śródmiejskiej prokuratury. Prace ekshumacyjne prowadzono w Charkowie i Miednoje latem 1991 r., potem w 1994  i 1995 r.  Właśnie na ten okres powołuje się prof. Andrzej Koła w protokole zdawczo-odbiorczym podpiętym pod  dokument przekazania „depozytu wartościowego". Opis zajmuje kilkadziesiąt stron: „2 mostki w żuchwie: 4 siekacze i lewy kieł z czaszki Ofiary", „złota koronka i złoty ząb – prawe siekacze szczęki Ofiary", „Mostek z czterema złotymi zębami – szczęka prawa Ofiary". Prof. Bronisław Młodziejowski, choć minęło od tego czasu 20 lat, przypomina sobie okoliczności ze szczegółami. Jak mówi „Rz", to prokuratorzy, którzy kierowali pracami ekshumacyjnymi na miejscu, musieli zdecydować o zabezpieczeniu złotego uzębienia. – Już w toku ekshumacji w 1991 roku prokuratorzy zorientowali się, iż po kolejnym dniu pracy w otwartych jamach ze szczątkami pomordowanych ktoś interesował się ich zawartością i samodzielnie odsłaniał szczątki – opowiada profesor. –Ekipa w godzinach wieczornych wracała do hotelu, a terenu ekshumacji pilnowali funkcjonariusze MSW i wojska rosyjskiego – tłumaczy i dlatego, jak twierdzi, chcąc zapobiec dalszej penetracji, a może nawet i kradzieży, podjęta została decyzja, aby wszelkie wartościowe rzeczy (w tym i złote uzębienie) zabezpieczać oddzielnie na tzw. depozyt wartościowy. – Nie ma zatem mowy o bezczeszczeniu zwłok, a wręcz przeciwnie – ich ochronę przed złodziejami. Był to jeszcze ZSRR i tereny, o których mowa, były pilnowane przez wojska MSW ZSRR – podkreśla prof. Młodziejowski. Z kolei Andrzej Kunert, sekretarz ROPWiM, dodaje, że szczątki ofiar przez ponad pół wieku leżały ukryte w masowych dołach, gdzie przez cały ten czas trwał proces rozkładu. – Kiedy je odkryto, szczątki pojedynczych ofiar zbrodni często były już od siebie oddzielone – tłumaczy „Rz". – Także korony dentystyczne i mostki, z których część była wykonana ze złota, uległy naturalnemu „odłączeniu" od szczątków – dodaje. Lechomira Domaszewicza nie przekonują te wyjaśnienia. – Czuję się zniesmaczony grabieżą szczątków ofiar zbrodni katyńskiej. Nie ma żadnych usprawiedliwień dla sprawców okradania zwłok ludzkich. Mogę jedynie ubolewać, że to nie przedstawiciele komisji ekshumacyjnych ZSRR czy też Rosji dopuścili się tego haniebnego procederu – stwierdza. Izabella Sariusz-Skąpska, przewodnicząca Federacji Rodzin Katyńskich, jest zbulwersowana takimi sugestiami. – Nic nie ukrywano, sprawa była dla Rodzin Katyńskich znana i zrozumiała, przecież wiele lat trwało uzgadnianie, co z tym depozytem zrobić, by nie rozdzielono go na relikwie – mówi. Także Andrzej Kunert jest wzburzony: – Odrzucamy stanowczo sugerowanie, że specjaliści pracujący na zlecenie ROPWiM za jej zgodą lub bez jej wiedzy dopuszczali się wyrywania zębów, mostków i koronek, a zatem profanacji szczątków ofiar – mówi twardo. Dr Sławomir Kalbarczyk, historyk IPN zajmujący się zbrodnią katyńską, nie chce oceniać, kto ma rację. – Wydaje się, że państwo polskie wiele zrobiło dla wyjaśnienia tej zbrodni, trzeba to docenić i uszanować – ocenia dr Kalbarczyk. Jednak nie ma się co dziwić, że część rodzin katyńskich źle ocenia to, co zrobiono z dowodami rzeczowymi z masakry katyńskiej przywiezionymi do Polski. Po ekshumacji przywieziono do Polski ok. 70 czaszek zamordowanych oficerów. Dziś los części z nich jest nieznany. Na pewno jedną posiada Ogólnopolskie Stowarzyszenie Rodzina Policyjna 1939, kolejne 22 wróciły do Miednoje – zakopano je z powrotem w grobach. Dopiero rok temu z Muzeum Wojska Polskiego zabrano trzy czaszki (dwie we fragmentach), które przeleżały tam kilkanaście lat. Dwanaście czaszek z ekshumacji polskich oficerów zamordowanych w 1940 r. w Charkowie znaleziono przypadkiem w 2009 r. podczas inwentaryzacji w szkole policyjnej w Legionowie. Leżały w skrzyniach, w pomieszczeniu, do którego dostęp miał jeden pracownik – odkryto je, gdy zmarł. Badania genetyczne zlecone przez IPN nie doprowadziły do potwierdzenia tożsamości zamordowanych. Z kolei w 2007 r. „Rz" opisała historię wykupu przez polskie władze z rąk tajemniczego Rosjanina na warszawskim Kole kilku tysięcy pamiątek katyńskich. Wśród nich krzyży Virtuti Militari, notatki z lekcji języka angielskiego i ukrytego w menażce fragmentu sztandaru. Do dziś nie udało się ustalić, kim był Rosjanin, skąd miał te relikwie, które dziś leżą ukryte w magazynach. Andrzej Kunert przekonuje, że wszystkie pozostające w depozytach pamiątki po pomordowanych oficerach znajdą się wkrótce w Muzeum Katyńskim. – Będą stanowiły najistotniejszą część ekspozycji w nowo budowanej siedzibie muzeum na Cytadeli Warszawskiej – mówi Kunert.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL