fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Pieta Kim Ki-duka na ekranach

Min-soo Jo (Matka Mi-Son) i Jung-jin Lee (Syn Gang-Do)
Aurora Films
Okrutna i przewrotna opowieść o matczynej miłości. „Pieta" Kim Ki-duka od piątku na ekranach – pisze Barbara Hollender.
Co może być bardziej tragicznego niż matka trzymająca na kolanach ciało martwego syna? Do tego symbolu odwołuje się mistrz azjatyckiego kina w swoim ostatnim filmie nagrodzonym w 2012 roku weneckim Złotym Lwem. Zobacz galerię zdjęć
W jednej z pierwszych scen „Piety" bohater filmu zjawia się w nędznym zakładzie, w biednej dzielnicy Seulu. Szykuje imadło, wciska guzik od elektrycznej piły i obcina rękę błagającemu o litość mężczyźnie. Gang-do pracuje dla mafii. Jeśli dłużnicy nie spłacają pożyczek, okalecza ich, by zgarnąć pieniądze z ubezpieczenia. Jest jak maszyna. Bez uczuć, empatii, sumienia.

Żądza pieniądza

Koreańczyk opowiada o świecie, w którym rządzą pieniądze. „One są początkiem i końcem wszystkiego. Miłości, honoru, przemocy, furii, nienawiści, zazdrości, zemsty, śmierci" – usłyszy widz z ekranu.
– Jako artysta staram się rejestrować temperaturę otaczającego mnie świata – tłumaczy Kim Ki-duk. – A gdy spojrzałem z dystansu na koreańskie społeczeństwo, byłem wstrząśnięty, jak silnie ukształtował je ekstremalny, bezlitosny kapitalizm.
Akcja „Piety" toczy się tam, gdzie widać to szczególnie boleśnie. Wśród ludzi, którzy nie są w stanie wygrać walki o godne życie. A pożyczając od mafii pieniądze, pogrążają się jeszcze bardziej. Jednak 53-letni Kim Ki-duk nie byłby sobą, gdyby nie zostawił widzowi nadziei.
Bo okazuje się, że ta bestia łamiąca kręgosłupy nie jest utkana z samego zła. Jednego dnia w progu mieszkania Gang-do stanie kobieta. Powie, że jest jego matką, która porzuciła go 30 lat temu. Facet, który nauczył się żyć sam, odkryje nagle tęsknoty, jakie dusił przez całe życie. One uczynią go słabym, ale przez to ludzkim.
W każdym z nas tkwi oprawca i ofiara – zdaje się mówić Kim Ki-duk. Ale to jest cena, jaką Gang-do chce zapłacić za miłość, której nigdy przedtem nie zaznał.
Sam reżyser twierdzi, że matce zawdzięcza bardzo wiele. Urodził się w prowincji Kyonsang, w biednej rodzinie. Ojciec został ciężko ranny w czasie wojny koreańskiej. Zapamiętał go z dzieciństwa schorowanego. To matka zarabiała i troszczyła się o dom.
– Bez jej miłości byłbym nikim – mówi. – Robiąc ten film, myślałem także o niej. I o tym, jak miłość matki człowieka kształtuje.
Bohater „Piety" stwardniał, bo – porzucony tuż po urodzeniu – nigdy nie doświadczył uczucia rodzicielki. Teraz, gdy wróciła, wszystko się zmienia. Gang-do broni się: pastwi się nad kobietą, upokarza ją. A jednak ulega. Sweter zrobiony na drutach, kolacja podana w małych miseczkach, tort urodzinowy, czyjaś miłość prawdziwa – już nie potrafi, a może nie chce bez tego żyć.

Laury i depresja

A jednak nie ma w „Piecie" ckliwości. Ta potrzeba uczucia rodzi się przecież wśród okrucieństwa. I z góry skazana jest na porażkę. Przewrotny koniec filmu zaskakuje widza. W tym świecie nie ma miejsca na happy endy. To także 53-letni Kim Ki-duk wie ze swojego doświadczenia. Zadebiutował w kinie, mając 36 lat. Przedtem pracował w seulskiej fabryce, odbył służbę wojskową, którą wspomina jak koszmar. Ale wreszcie rzucił wszystko i pojechał w nieznane, do Paryża. Tam uczył się rysunku i odkrył dla siebie kino. Jako reżyser poznał smak wielkich sukcesów, zdobywając nagrody na festiwalach w Berlinie czy Wenecji i zyskując miano mistrza azjatyckiego kina. Ale też zapracował sobie na głęboką depresję, która wyłączyła go z życia na kilka lat.
Filmy Kim Ki-duka są bardzo różne. W „Wyspie", „Czasie" czy „Pustym domu" w niebanalny sposób opowiadał o miłości, nienawiści. Ale nie uciekał od kina społecznego, jak choćby w głośnym „Strażniku wybrzeża", gdzie pokazywał wrogość panującą w relacjach między Koreą Północną i Południową czy nagrodzonej w Wenecji „Samarytance" o nastoletnich prostytutkach z Seulu. A potrafił też – jak w obrazie „Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna" – zadumać się nad odwiecznym rytmem natury i parabolą ludzkiego losu. Gdy przed kilkoma laty przeżył kryzys – zaszył się na pustkowiu. Tam nakręcił „Arirang" – dokument o własnych niemożnościach. Potem była już „Pieta".
– Robię filmy tak, jak chcę, bo nie potrzebuję na nie wielkich pieniędzy – mówi. – Czasem śmieję się, że robię je sercem. „Pieta" kosztowała 100 tys. dolarów.
Odbierając za nią Złotego Lwa, Kim Ki-duk zaśpiewał koreańską pieśń „Arirang" o powtarzających się w życiu cyklach szczęścia i cierpienia.
– Mam nadzieję, że wychodzę na prostą po okresie blokady twórczej – powiedział.
Zapuścił włosy, dobrze skrojony garnitur zamienił na tradycyjny, azjatycki chałat do ziemi, a półbuty – na sandały. Ale jedno się nie zmieniło: podobnie jak w pierwszych filmach mistrz azjatyckiego kina namawia ludzi, by zatrzymali się w biegu i pomyśleli o tym, co ważne.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA