fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Szukają właściciela aż do skutku

Niewiele znalezionych przedmiotów ma jakąś wartość
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Aby opróżnić magazyny rzeczy znalezionych, Wrocław obniżył opłatę za ich odbiór, bo wyrzucić nie może.
Biura rzeczy znalezionych są w każdym większym mieście w Polsce. Trafiają tam rzeczy zgubione w miejscach publicznych. Część samorządów ma jednak problem, bo nie wie, co zrobić z nieodebranymi zgubami.
Od roku biuro działa we wrocławskim Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji. – Mamy ok. dwóch tysięcy znalezionych przedmiotów – mówi Agnieszka Korzeniowska, rzecznik MPK.
Do magazynów trafia biżuteria, laptopy, komórki, notatki, książki czy części garderoby. Za ich przechowywanie MPK nalicza opłatę – 10 zł plus złotówka za każdy dzień. Im dłużej dana rzecz leży w biurze, tym więcej właściciel musi płacić przy odbiorze.
– Zwykle odnajdują się oni w ciągu pierwszego tygodnia. Później rzadko się to zdarza – mówi Korzeniowska i dodaje, że jeśli właściciel zgłosi się po swoją własność w ciągu kilku pierwszych godzin do zajezdni, może odzyskać ją za darmo. Opłaty są bowiem naliczane dopiero po przewiezieniu zguby do biura rzeczy znalezionych.
W stolicy zalegające magazyn zguby są licytowane. Ale rzadko znajdują nabywców
Teraz MPK wpadło na pomysł promocyjnych cen. We Wrocławiu trwa bowiem „tydzień rzeczy znalezionych". – Każdy, kto od poniedziałku do piątku odbierze swoje zagubione przedmioty z biura, będzie płacił promocyjną stawkę 5 zł, niezależnie od czasu przechowywania – tłumaczy Korzeniowska.
Akcja cieszy się sporym zainteresowaniem, bo wiele osób dowiedziało się o istnieniu biura. Ludzie dzwonią, mailują, sprawdzając, czy nie ma tam ich rzeczy. Spis przedmiotów można znaleźć w Internecie (na stronie www.pasazer.mpk.wroc.pl).
W stołecznym biurze nie planują żadnej promocji cenowej, bo w Warszawie nie płaci się za czas przechowywania. Jest jedna opłata – 1 proc. wartości odnalezionego przedmiotu, a ile jest on warty, szacuje samo biuro. Stawka nie może być niższa niż 10 zł. Ryczałtowo 10 zł płaci się za dokumenty, które niemal hurtowo trafiają do biura. Złodzieje i inne osoby często wrzucają je do skrzynek pocztowych, a poczta przesyła do biura.
– Co kilka dni mamy od niej dużą paczkę – mówi Beata Kamińska, główny specjalista w stołecznym biurze. Dodaje, że w Warszawie nie trzeba nagłaśniać jego działalności, bo mieszkańcy wiedzą, że istnieje.
W Krakowie czy Gdańsku biura też nie pobierają żadnych opłat od właścicieli znalezionych rzeczy. Na stronach internetowych biur (w Krakowie w BIP urzędu miasta, a w Gdańsku  Straży Miejskiej) można znaleźć wykazy przedmiotów zgromadzonych w  magazynach.
– Właściciel musi podać charakterystyczne rzeczy, byśmy mogli zwrócić znaleziony telefon czy ubranie – tłumaczy Anna Broś, wicedyrektor wydziału spraw administracyjnych krakowskiego ratusza. Dodaje, że w tym mieście znalezione rzeczy trzyma się bezterminowo. – Nie ma przepisów, które pozwalają się ich pozbyć – tłumaczy nam urzędniczka.
To samo słyszymy we Wrocławiu. – Zgodnie z przepisami możemy je przekazać tylko właścicielom, a z tym jest pewien kłopot, więc je trzymamy – przyznaje Agnieszka Korzeniowska.
Okazuje się, że niektóre miasta jak Warszawa czy Gdańsk nie mają problemu z takimi rzeczami. – Po dwóch latach są one po prostu sprzedawane. To wynika z regulaminu biura – tłumaczy Miłosz Jurgielewicz, rzecznik Straży Miejskiej.
Beata Kamińska z warszawskiego biura opowiada, że po trzech latach, gdy nikt się po rzeczy nie zgłosi, na podstawie wyroków sądowych trafiają one do urzędu skarbowego.
Jak informuje Ewa Szkodzińska z warszawskiej Izby Skarbowej, większość przejmowanych rzeczy nie przedstawia żadnej wartości handlowej, a często i użytkowej. – To, co nadaje się do użytku, jest sprzedawane na licytacji. Cenę tych przedmiotów ustala biegły – dodaje Szkodzińska. Podkreśla, że jeśli nie ma chętnych do zakupu, wówczas skarbówka przekazuje je Polskiemu Komitetowi Pomocy Społecznej.
W ub. roku urząd skarbowy dostał z biura 531 depozytów, ale tylko 15 z nich miało jakąkolwiek wartość. Oszacowano ją na 3,6 tys. zł. –  Z tych 15 sztuk udało się sprzedać zaledwie dziewięć za 880 zł. Gotówkę przekazano na rachunek Skarbu Państwa – tłumaczy Szkodzińska.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA