fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prawie jak Lech Kaczyński

Mariusz Cieślik
Fotorzepa, Robert gardziński RG Robert gardziński
Podobieństw jest sporo, włącznie z poglądami, które sytuują Jarosława Gowina bliżej śp. prezydenta niż Donalda Tuska. Ale przede wszystkim chodzi o plan taktyczny – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej".
Trudno wyjaśnić, skąd się to bierze, ale Jarosława Gowina, polityka z Krakowa, łączy jakaś tajemnicza więź z działaczami Platformy z Łodzi. Tam ma najwierniejszych kibiców (do dzisiaj John Godson) i najbardziej zaciętych wrogów (reszta).
Znany z chrześcijańskiego miłosierdzia wobec przeciwników Stefan Niesiołowski w wywiadzie dla Polskiego Radia grzmiał, że Gowin jest wrogiem własnej partii i że jego postępowaniem kieruje nienawiść do Donalda Tuska, a przecież „na nienawiści nic nie da się zbudować". Czy w tej konkluzji miał na myśli również siebie, pozostanie jego słodką tajemnicą. Ale jeszcze dalej poszedł poseł Andrzej Biernat, który w ostatnich miesiącach chce najwyraźniej zagrozić pozycji Niesiołowskiego i zostać największym politycznym zakapiorem w rodzinnym mieście. Łódzki działacz rozdaje razy z wdziękiem młockarni, a ze szczególnym upodobaniem okłada właśnie Gowina. Jego usunięcia z Platformy domagał się już przed wewnętrznymi wyborami, a powstrzymał go tylko Donald Tusk. Jakby tego było mało, Biernat ujawnił „Gazecie Wyborczej", że Gowin szykuje się do startu w wyborach prezydenckich w 2015 roku przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. To nowość, bo do tej pory mówiło się o starcie polityka Platformy na prezydenta Krakowa, a sam zainteresowany twierdził, że taki scenariusz rozważa. W tym przypadku sprawę przytomnie skomentował Tomasz Nałęcz, zauważając, że poseł Biernat w roli rzecznika Gowina nie jest szczególnie wiarygodny, a ten ostatni ma na tyle „kompetencji politycznych i intelektualnych", że nie ma powodu sądzić, by „przypisywanie mu takich planów miało sens".
I jest to zapewne prawda, bo każdy, kto dziś snułby daleko idące plany dotyczące wyborów prezydenckich 2015, wykazałby się brakiem przytomności umysłu. Widać bowiem wyraźnie, że wkrótce czeka nas kolejne polityczne przesilenie, którego efektów nie sposób dziś przewidzieć. Ale jedno można powiedzieć prawie na pewno. Jakąś rolę w tym procesie odegra Jarosław Gowin.

Spektakl musi trwać

Jaka jest dziś sytuacja, widać choćby w sondażu „Rz" z wtorku, w którym przewaga PiS nad Platformą znowu się powiększyła i wynosi już 11 procent (33 do 22). Przy czym PO wciąż spada w rankingach (tym razem o 4 punkty w skali kilku tygodni), a jego największy konkurent na razie się zatrzymał. Tyle że gdyby liczyć wyłącznie ludzi zdecydowanych, by pójść na wybory, przewaga partii Kaczyńskiego byłaby jeszcze większa – tak duża, że PiS byłby bliski samodzielnych rządów.
A to chyba jeszcze nie koniec złych wiadomości dla partii premiera Tuska, której fatalna passa (kolejne przegrywane wybory, ostatnio w Elblągu, i spadki w sondażach) trwa od wiosny. Wkrótce czeka nas referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz i nie ma wielu takich, którzy byliby na 100 procent przekonani, że wynik tzw. bitwy warszawskiej będzie korzystny dla obecnej prezydent stolicy. No i już w tym tygodniu początek spektaklu pod tytułem „Wyrzucanie Gowina". Wniosek o zawieszenie na trzy miesiące w prawach członka Klubu PO już gotowy. Zamierza go złożyć Iwona Śledzińska-Katarasińska (z Łodzi, podobnie jak Niesiołowski i Biernat), a powodem ma być złamanie dyscypliny w głosowaniu nad nowelizacją ustawy budżetowej. Razem z Gowinem ukarany pewnie zostanie poseł Żalek (Godson odeszdł z klubu PO), który również nie chciał poprzeć zawieszenia 50-procentowego progu ostrożnościowego. Słusznie zauważając, że to prowadzi do dalszego zadłużania kraju.
Oczywiście broni nie składa poseł Andrzej Biernat, który wniosek o wyrzucenie Gowina już by złożył, ale czeka na ostateczną rozmowę z Donaldem Tuskiem. No i tu dochodzimy do sprawy kluczowej, a mianowicie stanowiska premiera. Każdy, kto choć trochę wie, jak działa polska polityka, doskonale rozumie, że to on podejmie decyzję w sprawie losu byłego ministra sprawiedliwości. A odpowiednie gremia tylko ją klepną.
Jaka będzie ta decyzja? Wyrok skazujący zapewne już zapadł, odroczono tylko jego wykonanie. Wydaje się, że Donald Tusk i jego otoczenie na początku trochę zlekceważyli Gowina, podobnie jak inicjatywę warszawskiego referendum. Mało kto chyba sądził, że skala frustracji członków Platformy jest tak duża. Przecież były minister sprawiedliwości jest w PO absolutnym outsiderem. Człowiekiem odwołującym się do kwestii moralnych, które w partii władzy mało kogo obchodzą. Politykiem apelującym o to, by troszczyć się o byt przyszłych pokoleń, podczas gdy większość Platformy interesuje wyłącznie praktyka rządzenia, „ciepła woda w kranie" dla ludzi żyjących „tu i teraz". A mimo to Gowin zdobył aż 20 procent głosów, czym chyba wszyscy byli zaskoczeni. Z pewnością zawdzięcza to również przychylności Grzegorza Schetyny (i jego ludzi), który o władzę walczy po cichu i nigdy nie zapomni Tuskowi upokorzeń.
To, że Gowin zostanie wyrzucony, wydaje się pewne, zresztą robi wiele, by ułatwić to swoim przeciwnikom – a to ogłaszając się spadkobiercą prawdziwych „wartości Platformy", którym obecny rząd się sprzeniewierza, a to opowiadając w „Rz" o pompowaniu kół, czyli dopisywaniu członków partii tuż przed wewnętrznymi wyborami. Oczywiście, byłemu ministrowi sprawiedliwości chodzi o to, by, jeśli już ma zostać wyrzucony (z czym chyba się pogodził), spektakl trwał jak najdłużej. Tak jak to było w przypadku wypychania przez Jarosława Kaczyńskiego polityków, którzy stworzyli później PJN, przede wszystkim Joanny Kluzik-Rostkowskiej, bo to ona była wtedy głównym adwersarzem prezesa, a później ekipy, która stworzyła Solidarną Polskę, czyli głównie Zbigniewa Ziobry. Im dłużej będzie Gowin w świetle reflektorów, tym łatwiejszy będzie miał start do politycznej samodzielności, tak zapewne kalkuluje.

Na pokładzie

Poseł Biernat wbrew wszystkiemu może więc mieć trochę racji, wskazując cele Gowina, choć na razie tylko per analogiam. Był już kiedyś w Polsce minister sprawiedliwości, który przyszedł do rządu zupełnie nieznany, a gdy go po roku wyrzucono, miał pozycję jednego z najpopularniejszych polityków w kraju. Tak, tak, chodzi o Lecha Kaczyńskiego.
Podobieństw jest sporo, włącznie z poglądami, które sytuują Jarosława Gowina bliżej śp. prezydenta niż np. Donalda Tuska. Ale przede wszystkim chodzi o plan taktyczny. Po tym, jak go wyrzucono z rządu Buzka, Lech Kaczyński stworzył swoją partię, został posłem, a potem wygrał wybory na prezydenta Warszawy. To z kolei okazało się trampoliną do sukcesu w wyborach na najwyższe stanowisko w państwie.
Wydaje się, że Jarosławowi Gowinowi marzy się podobny scenariusz, choć gdyby już w tej chwili myślał o Pałacu Prezydenckim, wykazałby się megalomanią. Bo na razie przed nim „najtrudniejszy pierwszy krok", jak mówi piosenka, czyli stworzenie własnego zaplecza politycznego.
Kiedy poseł Biernat mówi o Gowinie jako „Palikocie numer dwa", strzela ślepakiem. Skąd wziął się sukces biznesmena z Biłgoraja? Ano stąd, że znalazł on niezagospodarowany elektorat. Odwołał się do emocji antykościelnych, do walki o prawa mniejszości seksualnych, do anarchistycznych postaw młodzieżowych, krótko mówiąc, ustawił się na lewo od mainstreamowej lewicy i wygrał.
Gowin tego zrobić nie może. Na prawicy i w centrum nie ma już takich wyborców, dla których brak oferty. Znajdzie się coś nawet dla narodowców, dla tych, co lubią Kaczyńskiego, i tych, którzy go nie lubią (Ziobro, PJN i PO). Dla tych, co lubią Tuska i go nienawidzą (PiS). Jedyne, na co były minister sprawiedliwości może liczyć, to, że skala zniechęcenia do obecnego rządu jest tak duża, iż odbierze wyborców właśnie Platformie. Zaprezentuje się jako prawdziwy liberał broniący gospodarki przed szkodnikami (przede wszystkim ministrem Rostowskim), a jednocześnie obyczajowy konserwatysta, człowiek wierny zasadom (których Tusk i czołówka PO nie broni).
Kogo może zabrać na ten pokład? Zapewne kilku posłów PO. Może ludzi z PJN, którzy z 1-procentowym poparciem nie bardzo wiedzą, co ze sobą począć. Niedawnych uciekinierów z PiS, takich jak Przemysław Wipler, a niewykluczone, że także Jana Rokitę czy Kazimierza Marcinkiewicza, którzy wypadli na polityczny margines. Czy to wystarczy do osiągnięcia sukcesu?

Atuty najsilniejszych graczy

Pierwszym testem dla nowej formacji mogą być wybory europejskie na wiosnę przyszłego roku. Jeśli w nich Gowinowi się powiedzie, zapewne wystartuje na prezydenta Krakowa, a jak znowu się uda, może pomyśleć o kolejnych wyborach. Tyle że tak naprawdę niewiele tu w gruncie rzeczy zależy od samego zainteresowanego. Wszystkie atuty są wciąż po stronie dwóch największych graczy. Jeśli sytuacja będzie taka jak dziś, czyli obserwować będziemy powolną dezintegrację partii władzy, przy wstrzemięźliwym zachowaniu ludzi Kaczyńskiego, Gowin ma szansę. Jeśli jednak któraś ze stron – PO albo PiS – wywoła kolejną polsko-polską wojnę, angażującą media i emocje wyborców, skończy się jak zwykle – klęską partyjnego dysydenta.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA