fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Putin ma rację

Filip Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Rosyjska elita polityczna słusznie przeciwstawia się promowaniu stylu życia, którego istotą jest narcystyczna koncentracja na realizowaniu własnych potrzeb emocjonalnych – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Zakończone w niedzielę lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Moskwie okazały się politycznym poligonem przed przyszłoroczną zimową olimpiadą w Soczi. Pod koniec czerwca bieżącego roku Władimir Putin podpisał dwie ustawy: pierwszą – zakazującą „propagowania nietradycyjnych relacji seksualnych wśród nieletnich”, drugą – wprowadzającą kary za obrazę uczuć religijnych i bezczeszczenie świątyń.
Rosyjskie ustawodawstwo toleruje zachowania homoseksualne, ale ich nie akceptuje. Dla liberalnych, opiniotwórczych środowisk na Zachodzie taka sytuacja jest skandalem
Stały się one koronnym argumentem dla liberalnych opiniotwórczych środowisk na Zachodzie, które od długiego czasu przyprawiają Federacji Rosyjskiej gębę niemal totalitarnego państwa. Tyle że szwarccharakterem w tej wizji nie jest już marksizm-leninizm (czy raczej jego „wypaczona” wersja, jaką był sowiecki realny socjalizm), lecz prawosławny „fundamentalizm religijny”. I tak oto nasuwają się skojarzenia z sytuacją, która poprzedzała letnią olimpiadę w Moskwie w 1980 roku.

Geje jak Żydzi?

Kiedy 34 lata temu ZSRR dokonał zbrojnej interwencji w Afganistanie, aby wesprzeć komunistyczny reżim w Kabulu w walce przeciwko mudżahedinom, było to kolejną odsłoną zimnej wojny. W tej sytuacji wiele państw, w tym USA i RFN, zbojkotowało moskiewskie igrzyska.
Dlatego warto przypomnieć, w imię jakich wartości toczona była wówczas batalia przeciwko komunizmowi oraz Imperium Zła. Nie były to bynajmniej tradycyjne wartości cywilizacji chrześcijańskiej, którym hołdował Ronald Reagan, a przynajmniej nie one stanowiły spoiwo sił „wolnego świata”.
Zasadnicze przesłanie antysowieckiego kursu w stosunkach międzynarodowych – poza, rzecz jasna, uwarunkowaniami geopolitycznymi – określały takie pojęcia, jak demokracja i swoboda jednostki.
Nic zatem dziwnego, że sytuacja poniekąd się powtarza, chociaż efekt końcowy będzie prawdopodobnie inny. Bo przecież organizacja letniej olimpiady w Pekinie w roku 2008 też wywołała mnóstwo kontrowersji, a jednak „wolny świat” imprezy tej nie zbojkotował.
Przyjrzyjmy się sekwencji wydarzeń z ostatnich paru tygodni. Tuż przed rozpoczęciem moskiewskich lekkoatletycznych mistrzostw minister sprawiedliwości Niemiec Sabine Leutheusser-Schnarrenberger wezwała „wolny świat”, żeby się zastanowił nad tym, jak przeciwdziałać rosyjskiej „polityce wykluczania” mniejszości. Według „Der Spiegla” zwróciła się ona też do sportowców, wypowiadając znamienne słowa: „Nikt nie jest zmuszony do udziału w olimpiadzie”.
Mniej więcej w tym samym czasie krytycznie na temat „homofobicznego” kursu reżimu putinowskiego wypowiedział się sam Barack Obama. W telewizyjnym programie Jaya Leno amerykański prezydent wypalił: „Nie mam cierpliwości dla krajów, które próbują traktować gejów, lesbijki i osoby transseksualne w sposób, który może być dla nich poniżający lub bolesny”.
Z kolei brytyjski komik Stephen Fry (ten sam, który sugerował jakiś czas temu, że Polacy mają współudział w zbrodniach popełnionych w Auschwitz) wystosował list do Davida Camerona, w którym zaapelował do niego o to, żeby Wielka Brytania zbojkotowała igrzyska w Soczi.
W liście tym padły następujące argumenty: „Putin uczynił z homoseksualistów kozły ofiarne, dokładnie tak samo jak Hitler z Żydów”, „Putin powtarza tę samą szaloną zbrodnię, tylko tym razem wobec rosyjskiej społeczności LGBT. Pobicia, morderstwa i akty poniżenia są ignorowane przez policję. Jakakolwiek obrona czy sensowna dyskusja o homoseksualizmie są niezgodne z prawem”.
Na razie najbardziej spektakularnym echem tych wystąpień była postawa zachodnich sportowców na moskiewskiej imprezie. Amerykański biegacz Nick Symmonds poświęcił swój srebrny medal w biegu na 800 metrów „przyjaciołom gejom”. Z kolei podczas konkursu skoku wzwyż szwedzka zawodniczka Emma Green Tregaro miała paznokcie pomalowane w kolorach tęczy (barwy ruchu LGBT).

Dybią na prawa człowieka

Gorąco się jednak zrobiło wówczas, gdy w obronie rosyjskiego ustawodawstwa stanęła rekordzistka świata w skoku o tyczce Jelena Isinbajewa. W kwestii „propagowania nietradycyjnych relacji seksualnych” oznajmiła ona między innymi: „Jeśli pozwolimy promować tego typu zachowania na ulicach naszych miast, możemy zacząć się bać o nasz naród”.
Po tej wypowiedzi na carycę tyczki spadły gromy. Rosyjska lekkoatletka próbowała więc wyjaśniać, że nie chodziło jej o pochwałę dyskryminacji mniejszości seksualnych (usprawiedliwiała się słabą znajomością angielskiego – języka, w którym się wypowiadała), lecz wyłącznie o to, żeby respektować ustawodawstwo każdego kraju, w którym odbywają się zawody sportowe.
Tyle że Isinbajewa już wcześniej wyraźnie oświadczyła: „jestem przeciwna dyskusjom na temat gejów i ich stylu życia podczas igrzysk”. I dodała: „Nie jestem ich przeciwniczką. To jest ich życie i ich wybory. Jestem tylko przeciwna jawności takich zachowań w naszym kraju i dlatego popieram decyzję rządu”.
W Polsce w podobnym tonie wyraził swoją opinię Jan Tomaszewski, który, jeśli chodzi o kontrowersyjną rosyjską ustawę, wyznał: „chciałbym, aby w Polsce było takie prawo jak w Rosji”. Słynnemu bramkarzowi lewicowo-liberalna część mainstreamu w naszym kraju zarzuciła oczywiście homofobię. Tymczasem Tomaszewski bardzo jednoznacznie określił swoje nastawienie wobec homoseksualistów: „Ja ich toleruję, ale nie zaakceptuję. W Ameryce to zaakceptowano. Ja tego nie zrobię, bo taki jest mój światopogląd”.
I chyba tu dochodzimy do sedna sprawy. Rosyjskie ustawodawstwo toleruje zachowania homoseksualne, ale ich nie akceptuje. W praktyce oznacza to zamknięcie ich w sferze prywatności, którą państwo się nie zajmuje. Rzecz jasna, dla liberalnych, opiniotwórczych środowisk na Zachodzie taka sytuacja jest skandalem. Bo to one uważają siebie za ostateczną wyrocznię w kwestii tego, co powinno mieć prawo do obecności w przestrzeni publicznej.
Współczesny zachodni liberalizm kulturowy łączy w wielu przypadkach polityków mainstreamowych lewicy i prawicy. Instytucjonalizację „małżeństw” homoseksualnych przeprowadził we Francji socjalista François Hollande, natomiast w Wielkiej Brytanii zrobił to torys David Cameron.
W liberalnej narracji wrogami ludzkości są wszelkie systemy, które dybią na swoiście pojęte prawa człowieka. Z takiej perspektywy chrześcijaństwo i komunizm, mimo dzielących ich podstawowych, nieprzezwyciężalnych różnic, mają jedną cechę wspólną: zamiast szermowania hasłami w rodzaju: „Róbta, co chceta!”, stawiają one człowiekowi jakieś wymagania. To dla kulturowych liberałów wystarczający powód, żeby stawiać znak równości między praktykami reżimów totalitarnych a konserwatywnymi elementami, które wprowadzane są obecnie do rosyjskiego ustawodawstwa.
Można oczywiście wskazywać rozmaite przyczyny leżące u podłoża takiego, a nie innego kursu władz rosyjskich. Niekoniecznie czynnikiem decydującym jest tutaj troska Władimira Putina o kondycję moralną swoich rodaków. Może to być wyłącznie cyniczna, populistyczna gra obliczona na to, że społeczeństwo rosyjskie w swojej przeważającej części pozostaje odporne na nowinki obyczajowe, więc popiera polityków skłaniających się ku kulturowemu konserwatyzmowi.

Afirmacja „luzactwa”

Trzeba jednak wziąć też pod uwagę co innego. Wielu czołowych polityków rosyjskich, w tym sam rosyjski prezydent, wywodzi się z sowieckich struktur państwowych. Tymczasem zachodnia nowa lewica, która w latach 60. i 70. była głównym taranem rewolucji kulturowej, cieszyła się, przynajmniej biernym, poparciem ZSRR. Chodziło przede wszystkim o jej pacyfizm. W okresie zimnej wojny oddziaływał on demobilizująco na społeczeństwa Zachodu. I współbrzmiał z afirmacją „luzactwa”, w tym „wolnej miłości” w rozmaitych konfiguracjach.
Rosyjska elita polityczna chętnie widzi u swoich wrogów tego typu zjawiska, ale nie chciałaby ich mieć w rządzonym przez siebie kraju. Ale to nie sam homoseksualizm stanowi dla niej problem.
Tacy politycy jak Putin przeciwstawiają się raczej promowaniu stylu życia, którego istotą jest po prostu narcystyczna koncentracja na realizowaniu własnych potrzeb emocjonalnych. I akurat pod tym względem trzeba im przyznać rację.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA