fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Kwartet aniołów

Od lewej: Krassimira Stoyanova, Elina Garanca, Piotr Beczała i Dmitrij Biełossielskij, dyryguje Riccardo Muti
Salzburger Festspiele
Jedną z największych gwiazd w Salzburgu jest Piotr Beczała - pisze Jacek Marczyński z Salzburga.
W tym roku jest w Salzburgu wyjątkowo krótko, przyjechał na kilka dni prób oraz trzy koncerty. Ale jednocześnie przebywa wystarczająco długo, by stać się atrakcją festiwalu. Zdołano nawet zorganizować specjalne spotkanie publiczności z Piotrem Beczałą.
To miał być rodzaj rekompensaty dla pechowców, którzy nie dostali biletów na żadne z trzech wykonań „Requiem" Verdiego. Rozeszły się dawno temu, także te dodatkowe, na próbę generalną otwartą dla publiczności.

Nagłe zastępstwo

Z festiwalem w Salzburgu łączą Polaka długie związki. Po raz pierwszy zaśpiewał tu w 1997 roku w nagłym zastępstwie. W ciągu kilku godzin ściągnięto go z Polski, gdzie był na wakacjach i bez próby wszedł w główną rolę w „Czarodziejskim flecie".
– W pewnym momencie usłyszałem głos partnera i to był legendarny Hermann Prey, mój idol – wspomina dziś. – Nie miałem pojęcia, że jest w obsadzie. Wtedy pomyślałem sobie, że udało mi się osiągnąć coś istotnego.
Dziś Piotr Beczała jest twarzą festiwalu w Salzburgu, najważniejszym tegorocznym tenorem obok Jonasa Kaufmanna, którego wszyscy chcą obejrzeć jako Don Carlosa w inscenizacji opery Verdiego. Obaj przyćmili nawet Placido Domingo, który dał kolejny dowód swej żywotności. Przyjechał niemal wprost ze szpitala w Madrycie, by zaśpiewać wyczerpującą barytonową partię ojca Joanny d'Arc w innej operze Verdiego.
Beczała i Kaufmann są też bohaterami filmu dokumentalnego o tajemnicach zawodu śpiewaka, który wczoraj przed południem pokazał drugi program telewizji austriackiej. Na premierę czeka zaś dokument o Piotrze Beczale, który zrealizowała ekipa ORF, odwiedziwszy wraz z nim jego rodzinny Śląsk. Polak znalazł się też na okładce wakacyjnego numeru miesięcznika teatralno-muzycznego „Bühne".
Najważniejsze są jednak same koncerty. Używając języka mediów, „Requiem" znalazło się w prime-timie festiwalowego programu, gdy w połowie sierpnia następuje kulminacja wydarzeń. Wybrano zaś to dzieło, bo mamy Rok Verdiego, a przygotowanie powierzono legendarnemu Riccardo Mutiemu. Dyrygent to może o nie najłatwiejszym charakterze, ale na muzyce swego wielkiego rodaka zna się najlepiej.

Muti rozumie Verdiego

– Nikt nie ma odwagi poprawiać Mozarta, Wagnera czy Richarda Straussa, a do tego, co napisał Verdi, każdy się wtrąca – mówił Muti w Salzburgu. – A przecież on dokładnie wiedział, co robi, u niego nie ma ani jednej przypadkowej nuty. Trzeba tylko chcieć go zrozumieć. Tymczasem wielu dyrygentów traktuje „Requiem" jak symfonię, a to przecież rozmowa człowieka z Bogiem. Słowo jest najważniejsze, ono prowadzi muzykę.

Urzekające wiolonczele

„Requiem" to koncertowy hit, w tym roku rozbrzmiewa na świecie nieustannie. Wydaje się, że nic już nie można odkrywczego w nim znaleźć. A jednak nikt nie napełnia tej muzyki taką metafizyczną intensywnością emocji jak Riccardo Muti. On nie starał się ogłuszyć słuchacza kaskadą dźwięków. Wręcz stonował Wiedeńskich Filharmoników, ale dzięki temu odkrywaliśmy na przykład zagłuszane zazwyczaj urzekające tremolo wiolonczel. W „Dies irae" zaśpiewanym przez chór wiedeńskiej Staatsoper była groza Sądu Ostatecznego, pozostałe partie miały przejmujący ludzki wymiar.
To było wszakże tło dla kwartetu starannie dobranych solistów. Bułgarka Krassimira Stoyanowa znana jest ze swego sopranu o najdelikatniejszych pianach. Łotyszka Elina Garanca to dziś mezzosopran numer jeden na świecie, „Lacrimosę" zaśpiewała porywająco. O Polaku austriaccy krytycy piszą, że jego jasny, dźwięczny głos błyszczał, a najmłodszy w tym gronie Ukrainiec Dmitrij Biełossielskij to bas o pięknej barwie, któremu można wróżyć wspaniałą karierę. Gdyby zatem anioły były i płci męskiej, zapewne tak brzmiałby anielski kwartet w tej mszy żałobnej. Nic dziwnego, że gdy ostatnie dźwięki rozpłynęły się już w powietrzu, trzy tysiące widzów w Salzburgu poderwało się z miejsc.
– To było moje spotkanie z Riccardo Mutim po 17 latach – mówi „Rz" Piotr Beczała. – Wtedy zaangażował mnie do mszy Schuberta. Jako drugi tenor nie miałem wiele do zaśpiewania, ale dzięki temu zadebiutowałem w La Scali, a potem pojechaliśmy na tournée. W porównaniu z teatrem w Linzu, gdzie pracowałem, znalazłem się w innym świecie, także finansowo. Ponowne spotkanie znów dostarczyło wielkiej satysfakcji.
Przed laty Muti poradził też Polakowi, by koniecznie zaprezentował się jako Faust w operze Gounoda. Obecnie to jedna z jego popisowych ról. A w najbliższym sezonie wróci do La Scali, w której nie ma już, co prawda, Mutiego, by wystąpić w „Traviacie".
Na razie po ostatnim, wczorajszym koncercie w Salzburgu Piotr Beczała pojechał na jeden dzień do domu do Wiednia. Dziś już wylatuje do Nowego Jorku, gdzie rozpoczyna próby przed wrześniową premierą „Eugeniusza Oniegina" w Metropolitan Opera. W Ameryce spędzi kilka miesięcy, będzie się też tam uczył nowej roli, wiosną czeka go w Wiedniu trudny debiut – zaśpiewa tytułowego bohatera „Opowieści Hoffmanna".
Do Salzburga wróci w 2014 roku, ale tym razem w czerwcu. Zaprosiła go wciąż piękna Cecilia Bartoli na swój festiwal Pfingfestspiele, który w przyszłym roku w całości poświęca Rossiniemu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA