fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Hermaszewski musi nam wystarczyć

Bogusław Chrabota
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Niewiele wiem o kosmosie. Może odrobinę więcej od tego zakopiańskiego gazdy, w którego towarzystwie matka mojego kolegi latem 1969 roku oglądała transmisję z pierwszego lądowania na księżycu.
Gdy na ekranie pokazano jednego z astronautów przemierzającego w podskokach powierzchnię srebrnego globu, gazda zawyrokował: „Na tym ksienzycu to musi duć jak skur...syn!". Matka mojego kolegi, światła obywatelka miasta stołecznego Warszawy, zdecydowała się poprawić gospodarza: „Gazdo, na ksienzycu nie duje, bo tam nie ma atmosfery". Na co gazda z pewną zadumą: „No atmosfyry to tam ni ma, ale duć musi jak skur...syn...".
Prawda? Anegdota? Trudno powiedzieć, ale z pewnością oddaje w genialnym skrócie nasz polski stosunek do podboju kosmosu naznaczony zainteresowaniem, ale i lekkim sceptycyzmem, bo po co właściwie się tam pchać. No i ignorancja, bo skąd w końcu mamy wiedzieć, jeśli delikatnie mówiąc, nie jesteśmy jakimiś najważniejszymi liderami eksploracji sfer pozaziemskich.
Ze szkoły pamiętam fascynacje niektórych kolegów podbojem kosmosu. Oficjalnie kontestowali ruskich bohaterów i całą propagandę radzieckiej kosmonautyki, która mimo że chwilowo za Amerykanami, ale przecież jako postępowa musi wygrać, za to nocą rozstawiali na balkonie teleskop i marzyli o podboju gwiazd. Gdzieś tam przyświecali im w tych marzeniach bohaterowie serialu „Kosmos 1999", który dzięki Studiu 2 oglądaliśmy wszyscy z zapartym tchem (dzięki, panie Mariuszu!). Karmieni serialami, w których wszystko latało, fruwało, działało bez najmniejszych kłopotów, zastanawialiśmy się potem, skoro to wszystko takie proste, to czemu Polska, nasza socjalistyczna ojczyzna, nie ma własnego programu kosmicznego?
Zobacz pierwsze kroki człowieka na księżycu
Że to nie całkiem łatwe, miałem się przekonać wiele lat później i to na terenie Ameryki Południowej. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności uczestniczyłem w wystrzeleniu jednej z rakiet projektu Arianne na kosmodromie w Kuru we francuskiej Gujanie. Rakieta wynosiła na orbitę satelitę Hot Bird, więc na uroczystość zaproszono przedstawicieli stacji telewizyjnych, które miały z niej korzystać.
Właśnie w Kuru, w obłędnej duchocie amazońskiej dżungli, zrozumiałem, że programy kosmiczne to nie jakaś tam kromka chleba z masłem, ale arcyskomplikowana technologia, armia ludzi i gigantyczne koszta. W samym centrum operacyjnym, którego prace oglądaliśmy zza wielkiej szyby, pracowały setki ludzi. Kosmodrom był wielkości miasta, z własną infrastrukturą dróg, halami produkcyjnymi, bazą paliwową, hangarami, wyrzutniami. Ten widok wprowadzał rozbuchaną wyobraźnię we właściwe koleiny.
Start Arianne z satelity Hot Bird się powiódł, rychło i my mieliśmy skorzystać z jej możliwości, a ja wróciłem do Polski przekonany, że naszemu krajowi, naszej gospodarce żaden program kosmiczny nie jest potrzebny. Mamy ważniejsze narodowe cele. Po co wydawać miliardy na projekty kosmiczne i kosmodrom, lepiej budować drogi i szkoły. Niechże Rosjanie mają swoje Wostoki i Woschody, Amerykanie agencje NASA i marsjańskie łaziki, Francuzi Arianne, Chińczycy Długi marsz, nawet Turcy program Turksat, a Węgrzy Hungarosat. Nam musi wystarczyć Hermaszewski.
PSL celuje w kosmos
Minęły lata. Czy coś się zmieniło? Komercyjne używanie systemów satelitarnych na potrzeby telekomunikacji czy telewizji dzięki rozwojowi szerokopasmowego Internetu odchodzi powoli do lamusa historii. Loty załogowe w celach poznawczych przestały być modne. Rozwija się, choć ciągle jest jeszcze w powijakach, turystyka kosmiczna. Polscy uczeni (a nawet studenci) grzebią coś i to nawet z sukcesami w kosmicznych technologiach. Jeśli robią to bez nadmiernego obciążania podatnika, to dobrze, popieram, bo każda, z kosmiczną na czele, technologia jest częścią globalnego postępu, a ten – wciąż w to wierzę – ma rozwiązywać, a nie mnożyć problemy świata, w którym żyjemy.
Co warto zrozumieć, to prosty fakt, że skończyła się epoka mitologizacji podboju kosmosu. Kosmonautyka, astronautyka to nic innego, jak równoprawne elementy technologicznej współczesności. Nie można ich traktować w oderwaniu od globalnych ekonomii i ekologii. Środki na technologie nie biorą się znikąd. Musi nas być stać na rozwój. A ten ostatni powinien mieć sensowne cele, racjonalny, a nie wydumany kierunek.
Wydaje się, że współcześni liderzy podboju kosmosu (może poza Chińczykami, którzy pchają się na księżyc z pobudek czysto ambicjonalnych) te proste prawdy rozumieją. Bo przecież wciąż ważniejsza dla ludzi jest nasza nieco zapyziała, rodzima Ziemia, na której i dzięki której żyjemy, zanim trzeba się będzie z całą ludzkością ewakuować w kosmos. Ale od tej perspektywy, jeśli dobrze się porządzimy na naszej planecie, dzieli nas jeszcze jakieś sześć miliardów lat.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA