fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Doping w RFN: a nas przy tym nigdy nie było

Fotorzepa, Rafał Guz Rafał Guz
Raport o dopingowych winach zachodnioniemieckiego sportu został ujawniony. M.in. na prośbę Thomasa Bacha, walczącego o władzę w MKOl.
Jest z tym raportem trochę tak, jak z opasłymi tomami USADA w sprawie Lance’a Armstronga: kto się sprawami dopingu interesował, ten wielu nowych sensacji nie znajdzie, zwłaszcza że naukowcy, którzy go przygotowali, to co najsmaczniejsze podali już blisko dwa lata temu, na półmetku badań.
To wtedy stało się jasne, że zachodnioniemiecki sport był gotowy za wszelką cenę ścigać się z NRD w liczbie zdobywanych medali, zwłaszcza podczas igrzysk w Monachium w 1972 r., bo to od nich można mówić o systemie dopingowym, finansowanym z budżetu, rozwijanym przy milczącej zgodzie polityków.
Dopingowicze mogli również liczyć na wsparcie biznesu, choćby tego anegdotycznego producenta gumowych korków, który zaproponował swoje produkty, gdy okazało się, że „powietrzna lewatywa”, czyli pompowanie pływaków, by lepiej unosili się na wodzie, ma jeden feler: powietrze z nich uchodzi, zanim staną na starcie.
Teraz te wszystkie opowieści dostajemy jak w raporcie USADA zebrane w jednym miejscu. I nawet jeśli nie wszystkie są nowe, to razem robią wrażenie. Choćby informacje o tym, jak piłkarskich mistrzów świata z 1954 roku szprycowano opartym na amfetaminie Pervitinem, wcześniej pigułce pilotów Luftwaffe, zwanej pancerną czekoladą, i jak podawano im zastrzyki, jedną igłą dla wszystkich.
Wicemistrzowie świata z 1966 jechali już na efedrynie. Gdy ją FIFA wykryła, niemiecki związek piłkarski (DFB) wybronił ich, tłumacząc, że to był lek na przeziębienie. A gdy ujawnili to historycy i socjologowie tworzący raport (pod tytułem „Doping w Niemczech od 1950 roku do dzisiaj”) DFB zamknął przed nimi archiwa. I nie był jedynym związkiem, który tak zrobił.
Raport był gotowy od kwietnia, ale stał się zakładnikiem w sporach o to, ile prawdy wolno ujawnić. Trzeba było przecieku do weekendowej „Sueddeutsche Zeitung” i medialnej burzy, by wczoraj po południu Federalny Instytut Wiedzy o Sporcie (BISp) udostępnił raport z Internecie (www.bisp.de).
Znalazło się tam na początek pół tysiąca stron z 800, które przygotowali naukowcy z Berlina i Muenster. Wcześniej do takiej jawności wezwał m.in. Thomas Bach, czyli obecny szef niemieckiego komitetu olimpijskiego (DOSB), który od września będzie zapewne władcą Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.
Bach broni się przed zarzutami, że o dopingu wiedział i milczał, przypominając m.in., że to na zlecenie jego DOSB oraz BISp naukowcy zaczęli prace nad raportem.
Zbierali informacje rozproszone po różnych archiwach. To jedna z najważniejszych różnic między dopingiem w NRD i RFN. Po wschodniej stronie podzielonych Niemiec doping rozwijał się na rozkaz, według centralnego planu, nazwanego Staatsplan 14.25, a wszystko było udokumentowane przez Stasi: od prac naukowych, aż po dawkowanie leków konkretnym sportowcom. Cenzorzy pilnowali tajemnicy, a agenci Stasi nie zakładali w ogóle, że kiedyś ich zapiski zostaną ujawnione. Dlatego badacze wschodnioniemieckiego oszustwa i sędziowie w procesach dopingowych dostali po zjednoczeniu gotowiec. A ślady po zachodnioniemieckim dopingu były systematycznie zacierane z obawy przed przeciekiem do mediów. Dlatego tyle osób może ciągle bronić się, że niczego nie widziały i o niczym nie słyszały.
Ciekawie byłoby kiedyś przeczytać taki raport o dopingu w PRL. My też mamy z tamtych lat, zwłaszcza w lekkoatletyce, wyniki, które budzą i podziw, i strach. I tylko chętnego do dania zlecenia naukowcom na razie brak.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA