fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

XXX lat polskiej przedsiębiorczości

Atmosfera wokół biznesu jest ważna

Fotorzepa/Robert Gardziński
Polskie firmy mogą dołączyć do światowych liderów, stać się globalnymi graczami, ale wymaga to ogromnej pracy – uważa prof. Witold Orłowski.

Dorobiliśmy się po 30 latach gospodarki rynkowej firm choć trochę porównywalnych do Google'a czy Samsunga?

Wszyscy wiemy, że oczywiście nie. Mieliśmy i mamy w polskim biznesie wybitne postaci, wielkich przedsiębiorców, ale nie udało się stworzyć wielkich firm na światową miarę.

Właściwie dlaczego?

Myślę, że w Polsce cały czas brakuje tego rodzaju ambicji, by nie tylko zarabiać duże pieniądze, ale żeby też z dumą pokazać to światu. Pokazać, że ma się umiejętność stworzenia czegoś, co może konkurować i odnosić trwałe sukcesy w skali globalnej. W wielu krajach, gdzie się to udało, ambicja była istotnym czynnikiem motywującym. Proszę zwrócić uwagę, jak wiele niemieckich wielkich firm przemysłowych ma w nazwie nazwiska swoich twórców, zazwyczaj inżynierów-odkrywców. Bo to ich ambicja była motorem rozwojowym całego biznesu.

Może w Polsce zabrakło ducha przedsiębiorczości?

Na początku lat 90. duch przedsiębiorczości był ogromny, mieliśmy wręcz jej eksplozję. Mówiliśmy wówczas, że ku własnemu zdziwieniu okazaliśmy się narodem niezwykle przedsiębiorczym i kreatywnym. To dobrze wróżyło, ale zachwyt okazał się nieco przedwczesny. Później okazało się, że ta przedsiębiorczość jakoś nie chce się przekuwać w coś większego i bardziej trwałego, przejść na wyższy etap rozwoju. Że jakoś najchętniej zajmujemy się handlem, pośrednictwem, a jak produkcja, to broń Boże nic dużego. Oczywiście nieco przesadzam. W Polsce nie brakuje pomysłów, są też firmy, takie jak Solaris czy PESA, które mają globalne aspiracje, ale to raczej wyjątki od reguły.

Firmy nawet nie próbują stać się wielkimi?

Prawdziwe zyski w przemyśle czy usługach uzyskuje się, gdy sprzedaje się pod własną marką, bo wtedy uzyskuje się najwyższą marżę. Ale wiąże się z tym też ryzyko i przygniatająca większość polskich firm nie podejmuje tego ryzyka. Zadowala się pozycją poddostawcy dla zachodnioeuropejskich koncernów, bo tak też można zarobić pieniądze, wprawdzie skromniejsze, ale wygodniej i bezpieczniej.

Inna sprawa, że częściowo byliśmy skazani na taką sytuację. Bo zagraniczni inwestorzy, którzy pojawili się w Polsce, prawie zawsze sprzedają swoje produkty pod swoją marką, a nie pod marką kraju, gdzie zostały wykonane.

No właśnie, może myśmy się za bardzo otworzyli na świat i zagraniczne firmy zdominowały naszą gospodarkę, nie pozwalając, by w Polsce urodził im się zbyt silny konkurent?

Może i tak, ale do rozwoju zawsze potrzebne są inwestycje i kapitał. W latach 90. w Polsce ludzie nie mieli kapitału, bo został on w znacznej mierze zmarnowany w czasach komunizmu. Byliśmy też, i jesteśmy do dziś, krajem niskich oszczędności, bo ludzie są skłonni przede wszystkim konsumować, a rządzący upewniają ich dziś, że to absolutnie słuszna droga. I tę lukę uzupełniał kapitał zagraniczny.

Ale to wszystkiego nie tłumaczy. Rozumiem, że przez dziesięć pierwszych lat nie udałoby się inaczej niż przez inwestycje zagraniczne zmodernizować polskiego przemysłu. Ale do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt nie wybudował wówczas polskiej sieci hipermarketów, tak dużej, by była porównywalna do zagranicznych sieci obecnie działających w Polsce. Know-how było już dostępne, pieniądze też... Mam o to wielki żal do polskich przedsiębiorców, o takie przedsiębiorcze lenistwo.

Jedna z przyczyna tkwi w braku tzw. zaufania społecznego?

Z badań prof. Janusza Hryniewicza wynika, że większość polskich firm, w tym także tych należących do zagranicy, jest zorganizowana na zasadzie folwarku. To znaczy obie strony, właściciel i pracownicy, nie widzą firmy jako wspólnoty, tylko jako rodzaj gry. Gry, w której nikt sobie nie ufa, właściciel pilnuje, by ludzie pracowali, a pracownicy, by nie dać się nadmiernie wykorzystać. Problem w tym, że w taki sposób można nawet wymusić efektywną pracę, ale już nie da się wymusić myślenia, pomysłowości, kreatywności. Nie da się przekształcić firmy w fabrykę pomysłów i innowacji.

Oczywiście jesteśmy w tym względzie trochę historycznie upośledzeni, bo gdy zachodnia Europa i USA uczyły się tych procesów, a gospodarki przechodziły kolejne rewolucje przemysłowe, w podzielonej na zabory Polsce gospodarczo niewiele się działo.

Ale teraz dokonuje się rewolucja i na naszych oczach powstają firmy nowych technologii, które „przykrywają czapką" dotychczasowe potęgi przemysłowe. To dla nas szansa?

Tak, to jest szansa. Liczę na to, że proces uczenia w Polsce ma miejsce i że uczymy się wystarczająco szybko. Dziś rzeczywiście świat wchodzi w kolejną wielką rewolucję przemysłową i mam nadzieję, że tym razem w pełni weźmiemy w niej udział. Że po 30 latach nauki, jeśli nie zabraknie ambicji i woli, polscy przedsiębiorcy wezmą aktywny udział w tej rewolucji.

Potrzeba do tego specjalnych warunków?

Najważniejsze jest to, jak edukujemy ludzi i w jaki sposób kształtujemy ich postawy. Udanym przykładem, że można nauczyć ludzi przedsiębiorczości i współpracy, jest Finlandia. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale dokonano tam głębokiej reformy systemu edukacji, młodych ludzi uczy się postaw, a nie wbija do głowy kompendium wiedzy. Jednym z elementów edukacji powinno też być rozbudzenie wielkich ambicji. Choć zgadzam się, że w kraju, w którym większość mieszkańców jest przekonana, że najlepsze produkty są z importu, a jeśli naprawdę chce się coś dużego zrobić, trzeba wyemigrować, to trudne zadanie.

Kładzie pan nacisk na edukację, kształtowanie postaw, ale to oznacza, że efektów możemy spodziewać się... w następnym pokoleniu.

To prawda, ale można te procesy przyspieszyć, zmieniając atmosferę wokół przedsiębiorczości. Dziś niemal oficjalną linią rządzącej partii jest opinia, że jeśli komuś udało się w biznesie, to prawdopodobnie znaczy, że jest złodziejem – co jest zresztą odzwierciedleniem popularnego wśród Polaków podejścia do biznesu. Nie jesteśmy wyjątkiem, ale atmosfera wokół biznesu jest bardzo ważna. Mamy akurat ciekawy przykład. W Polsce premier Morawiecki broni się przed ujawnieniem całego swojego majątku, ponieważ – jak się można domyślać – zdaniem wyborców ten majątek może być zbyt duży. Prezydent USA broni się za to przed ujawnieniem swoich zeznań podatkowych prawdopodobnie dlatego, by nie wyszło na jaw, że wcale nie jest tak wielkim przedsiębiorcą, jak się chwali.

Może państwo powinno skupić się na tworzeniu lepszych warunków dla rozwoju biznesu?

Moim zdaniem najważniejsze czynniki niezbędne do tego, by polskie firmy mogły odnosić światowe sukcesy, to ambicja, zdolność do współpracy i odpowiednia edukacja. Chodzi o to, by ludziom chciało się chcieć. Dobre warunki dla biznesu i zachęty ze strony państwa też są ważne, ale na drugim miejscu. Mamy w Polsce ogromną liczbę subsydiów, grantów, dotacji, funduszy na przedsiębiorczość i innowacje, ale ich efekty są moim zdaniem niezadowalające. Jak są pieniądze do wzięcia, to zawsze ktoś po nie sięgnie.

Raczej miałam na myśli taką politykę państwa, która odgrywa bardziej aktywną rolę w gospodarce, tak jak udało się to w Korei Południowej czy Chinach.

Zwróciłbym uwagę, że to są akurat społeczeństwa, których nie trzeba uczyć współpracy, bo mają ją w genach. I do tego miały ogromne ambicje. Dopiero potem była pomoc państwa, a nie odwrotnie. Nie jestem wrogiem inteligentnej ingerencji państwa, jeśli wiadomo, czemu służy i jeśli jest tym trzecim elementem wsparcia dla rozwoju.

W historii mamy dwa udane modele rozwojowe. W pierwszym, amerykańskim, ludzie sami palą się, by coś zrobić, a państwo zapewnia jedynie sprawne działanie rynku i nie przeszkadza. W drugim modelu, np. koreańskim, ludziom też się bardzo chce, ale państwo poprzez liczne interwencje umiejętnie ich wspiera. Jaki model mogła wybrać Polska? Moja odpowiedź brzmi: którykolwiek, najważniejsze, by ludziom się chciało.

Podam taki przykład. W Chinach wspierająca rozwój polityka rządu jest oczywiście silna. Ale to głównie przedsiębiorcy nie zadowalają się tym, co mają w tej chwili, konkurencyjnością wynikającą z taniej siły roboczej. Myślą dwa kroki naprzód, bo ich ambicją jest bycie wielkimi graczami. Tamtejsze firmy mogłyby jeszcze długo „jechać" na tańszej pracy. Ale to Chiny są dziś światowym liderem inwestycji w robotyzację, instalowanych jest tam 40 proc. wszystkich robotów przemysłowych. Już dziś przygotowują się do nowego etapu globalnego wyścigu, w którym chcą być liderami. Wśród polskich firm nie ma tej świadomości, wciąż uważamy, że niskie koszty pracy na zawsze zapewnią konkurencyjność. I mało kto myśli, że wkrótce automat w fabryce w Niemczech może taniej złożyć samochód niż pracownicy w Polsce, a autonomiczna ciężarówka będzie tańsza niż praca polskiego kierowcy.

Ale przecież przez ostatnich 30 lat mamy też się czym chwalić.

Bo rozmawialiśmy głównie o tym, dlaczego nie dorobiliśmy się jeszcze globalnych firm. Ale sukcesy oczywiście są. Sukcesem jest to, że rozkwitła nam mała i średnia przedsiębiorczość, że są przykłady firm, które samodzielnie radzą sobie na zagranicznych rynkach, że mamy sporo kreatywnych i ambitnych ludzi. I przede wszystkim, że udało się wybudować sprawnie działającą gospodarkę rynkową, i to lepiej niż w innych krajach. Właśnie dzięki temu możemy w tej chwili myśleć, co jeszcze musimy zrobić, by polskie firmy dołączyły do światowych liderów. Potencjał na wielki sukces gospodarczy Polski jest, ale wymaga to ogromnej pracy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA