fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory samorządowe

Polacy nie chcą rządów monopartii

Fotorzepa, Robert Gardziński
Chciałbym spojrzeć na rezultaty tych wyborów nie tylko jako na efekt przeciągania liny między Zjednoczoną Prawicą, a Koalicją Obywatelską.

W tej grze w istocie wynik oscyluje blisko remisu.

Wyniki II tury wyborów samorządowych można znaleźć tutaj

PiS i koalicjanci zdecydowanie zwyciężyli w sejmikach i w ten sposób poszerzyli sferę swoich wpływów w samorządach. W miastach jednak doznali sromotnej klęski. Mimo obiecujących, świeżych twarzy i pełnego wsparcia ze strony centrali, nie tylko nie wygrali indywidualnych pojedynków w największych metropoliach, ale na dodatek stracili wiele miast, gdzie dotąd były w ich zasięgu.

Można na ten fenomen spojrzeć przez pryzmat udanej taktyki wyborczej Grzegorza Schetyny, który forsował model plebiscytarny tych wyborów. Można szukać dowodów na kolejne polskie linie podziałów. Można też zastanawiać się nad pragmatyką sprawowania władzy w samorządach przy klinczujących się politycznie organach kolegialnych i opozycyjnych wobec nich prezydentach, czy burmistrzach. Zwłaszcza ta ostatnia wątpliwość mnie nie przekonuje. Posługując się tą logiką można by i w skali kraju domagać się kumulacji całej w władzy w rękach jednej partii. Wtedy naprawdę łatwo by się rządziło, ale czyż tak już nie było? Czyż historia nie rozprawiła się z tym modelem ponad ćwierć wieku temu?

Właśnie tak. Po komunizmie przyjęliśmy model ustrojowy, który zakłada rozproszenie i wzajemną niezależność władz. Przy całej niedoskonałości konstytucji z 1997 roku trzeba przyznać, że jej sensem jest trójpodział władzy i kohabitacja równoważących się ośrodków: parlamentarnego, prezydenckiego i rządowego, a szerzej władzy centralnej i samorządu, sądów i administracji. Dlatego kumulacja całej władzy w jednych rękach jest po prostu przeciw DNA polskiej demokracji.

Wybory z 2015 roku były w tym sensie fenomenem i wyjątkiem. Gdyby powtórzyło się to w przypadku wyborów samorządowych, Zjednoczona Prawica miałaby w rękach wszystkie instrumenty rządzenia i ciężko by było mówić o jakiejkolwiek formie kohabitacji.

Tak się jednak nie wydarzyło, co oznacza, że Polacy świadomie, czy intuicyjnie, nie życzą sobie u sterów państwa monopartii. Jeśli wyrażona tu intuicja pokrywa się ze społecznymi faktami, to właśnie poparcie centrali dla młodych liderów w osobach  Patryka Jakiego, Małgorzaty Wasserman, czy Kacpra Płażyńskiego było największą kulą u nogi, a wysiłek wsparcia kandydatów przez premiera Morawieckiego i prezesa Kaczyńskiego zafundował im przegraną. Wzmocnił ich pozycję wśród wyborców PiS (ci i tak by na nich zagłosowali), ale zdystansował do nich neutralne centrum. A tylko dzięki niemu mogli wygrać. Zrozumienie tej prostej prawdy jest nie tylko łykiem zdrowego optymizmu, ale i poważną lekcja dla wszystkich uczestników polskiej polityki.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA