fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory do PE

Wybory do PE: Nie tylko miasta zdecydują

Fotorzepa, Łukasz Solski
Frekwencja może być najważniejsza dla wyniku eurowyborów. Ale wbrew przekonaniu wielu polityków, w poprzednich latach to nie wyborcy z dużych miast dominowali.

O frekwencji w kampanii do PE myślą stratedzy ze wszystkich partii. W 2014 wynosiła zaledwie 23 proc. Pytanie, kto będzie głosował i z jakich regionów kraju, może być najważniejszym w tych wyborach. Wiele działań polityków przed ostatnie miesiące to próba mobilizacji własnych zwolenników i demobilizacji przeciwników. Tak jak „piątka Kaczyńskiego” czy skład list na wybory do PE po stronie PiS, pełnych obecnych ministrów i znanych elektoratowi postaci. W środę na przykład PiS pokazało listę do PE w Małopolsce i Świętokrzyskiem. Są na niej Beata Szydło, Patryk Jaki, Dominik Tarczyński i Arkadiusz Mularczyk. I odwrotnie: Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Ewa Kopacz czy Janina Ochojska mają zmobilizować wyborców Koalicji Europejskiej. Tak jak Robert Biedroń, Joanna Scheuring-Wielgus po stronie Wiosny.

W przestrzeni publicznej funkcjonuje też teza, że to „duże miasta decydują”, bo to wyborcy dużych miast najliczniej stawiają się do wyborów europejskich. Jest to szczególnie często powtarzane przez polityków Koalicji Europejskiej. – Rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana – mówi nam prof. Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak pokazują dane PKW, w 2014 roku wyborcy małych i średnich gmin stanowili aż 58 proc. wyborców. 42 proc to głosujący z miast na prawach powiatu (Skierniewice i większe).

W 2009 roku było to odpowiednio 55 proc. i 45 proc. – To, że coś jest duże, nie znaczy jeszcze, że dominuje. To, że łatwiej dotrzeć do wyborców dużych miast, nie znaczy, że ta strategia ma na nich się tylko i wyłącznie koncentrować – mówi nam prof. Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak podkreśla, najłatwiej będzie pozyskać wyborców tam, gdzie jest przeciętna frekwencja, bo tam, gdzie jest wysoka, jest już mniej nowych wyborców do zmobilizowania.

Okręgi w wyborach do Parlamentu Europejskiego są bardzo duże. Dlatego partie bardziej niż w innych wyborach starają się pokazać listy zrównoważone geograficznie. Dlatego np. na liście PiS do PE w okręgu małopolsko-świętokrzyskim jest i poseł Arkadiusz Mularczyk z Nowego Sącza, i posłowie Anna Krupka i Dominik Tarczyński z Kielc. PiS, podobnie jak Koalicja Europejska, liczy też na wewnętrzną rywalizację w ramach list.

W przypadku KE sprawa jest o tyle skomplikowana, że listy tworzą przedstawiciele pięciu partii z różnymi elektoratami. W Platformie wysokie miejsca dla polityków SLD przyjęto z dużym niezadowoleniem. W ramach KE dominuje elektorat PO. – Można się spodziewać, że Platformersi startujący z dalszych miejsc będą przeskakiwać innych kandydatów – martwi się jeden z polityków mniejszej partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej. Taka sytuacja może mieć miejsce na przykład w woj. lubelskim.

Tam „jedynką” będzie europoseł PSL Krzysztof Hetman, a „dwójką” posłanka PO Joanna Mucha. W Koalicji Europejskiej zdania są podzielone, kto zdobędzie więcej głosów. Z kolei na Podlasiu startująca z 2. miejsca Urszula Pasławska z PSL może przeskoczyć nowego w świecie polityki byłego piłkarza Tomasza Frankowskiego. – Media są skupione na rywalizacji w PiS, ale w Koalicji też będzie zacięta walka – podsumowuje nasz rozmówca z Platformy. Partia Schetyny oficjalnie potwierdzi nominacje w sobotę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA