fbTrack
REKLAMA

Wspomnienia

Paweł Śpiewak: Marcin Król szedł niezależnie, ale nie przeciw

Prof. Marcin Król
Prof. Marcin Król (1944–2020)
PAP/ Marcin Kaliński
Marcin Król nie mieścił się w łatwych podziałach politycznych. Ta odrębność, osobność dla mnie była u niego najważniejsza – mówi prof. Paweł Śpiewak.

W wieku 76 lat odszedł prof. Marcin Król, wybitny historyk idei, filozof, opozycjonista z czasów PRL i publicysta, założyciel pisma „Res Publica", które od 1979 r. istotnie poszerzyło pole debaty na ówczesnej opozycji. Co należałoby do tego dodać?

Na pewno to, że był obecny w życiu publicznym, ale ze swego rodzaju dystansem, z perspektywy zaangażowanego obserwatora. Ideowo lokował się zawsze po własnej, na ogół nietypowej stronie. W tym sensie był osobą wyjątkowo niezależną w swoich poglądach i też mającą własny styl działania. Wybierał na początku konserwatyzm i w pewnym sensie, mam wrażenie, konserwatystą był do końca życia. Ale konserwatyzm w znaczeniu szacunku dla trwałości kultury, szacunku dla podstawowych wartości cywilizacyjnych, ale też rozumienia, jak działają mechanizmy polityki, niezależnie kto ją uprawia.

Ten wymiar konserwatyzmu, co warto podkreślić, nie ma nic wspólnego z tym, jak dzisiaj wielu rozumie to pojęcie. A konserwatyzmu nie można mylić z prawicowością, która ma bolesny wymiar nacjonalistyczno-klerykalny. Tego Marcin Król nie lubił i nie szanował. W najlepszej, moim zdaniem, jego książce – „Podróży romantycznej" wydanej w 1986 r. znajdziemy bardzo dobry esej o mentalności wywodzącej się z okopów św. Trójcy, jak kiedyś mówiono, czy okopów barskich. Jego przerażało to duszące zagrożenie taką prymitywną bogoojczyźnianą retoryką.

Jako historyk idei zaczynał od badania pism konserwatywnych Stańczyków, a potem zajął się myślą liberalną.

Był badaczem – jak sam mówił – „liberalizmu strachu i nadziei". Ukazywał, jak łatwo liberalizm zamienia się po pierwsze w neoliberalizm, czyli – jego zdaniem – błędną koncepcję myślenia o gospodarce. Tu z Marcina wychodziła wrażliwość na orientację lewicową. Pisał, że na początku transformacji nie rozumieliśmy, jak bolesna jest ona dla ludzi ubogich czy zmarginalizowanych. Ale zarazem bronił się przed liberalizmem, który przyjmuje postać czysto defensywną – jedynie staje w obronie pryncypiów, natomiast nie proponuje żadnych nowych rozwiązań w dziedzinie ustrojowej. Tutaj był głębokim liberałem. W tym sensie Marcin Król realizował postulat Leszka Kołakowskiego – najpierw żartobliwy, a w sumie jednak poważny – i był konserwatywno-liberalnym socjalistą, choć może lepiej powiedzieć: lewicowcem.

Często liberałom zarzuca się przesadne skupienie na jednostce, a prof. Marcin Król podchodził z dużym zrozumieniem do potrzeb wspólnoty i mimo wszystko wspólnotowej tożsamości.

Miał bardzo silne poczucie wartości, jaką jest naród i wspólnota kulturowa. To dziedzictwo konserwatywne. Rozumiał doskonale, że nasze samostanowienie jako jednostek jest określone przez jakość wspólnoty, przez to, jak ona funkcjonuje. I nie możemy widzieć siebie w całkowitym oderwaniu od porządku kultury czy polityki. Dlatego Marcin nie mieścił się w łatwych podziałach politycznych. I właśnie ta odrębność, osobność, dla mnie była u niego najważniejsza. On szedł niezależnie. Nie przeciw, tylko niezależnie od środowiskowych koniunktur. Nie był jakimś wielkim zwolennikiem opozycyjnego moralizmu politycznego, który w latach 80. dominował. Myślę, że nie musiał w sposób otwarty angażować się po stronie Solidarności – nie dlatego, że jej nie cenił, tylko dlatego, że cenił również swoją niezależność. On uważał, że jest powołany do życia intelektualnego, do swej wewnętrznej wolności i ta wolność była podstawową wartością w jego życiu.

Co pozostawił po sobie?

Każdemu – coś innego. Potrafił obserwować świat i umiał go nazywać. Był dobrym rozmówcą i potrafił zjednywać sobie ludzi. Prowadził pismo i odnajdywał świetnych współpracowników, którzy mieli do niego zaufanie i go cenili. Oprócz tego zostawił dużo dobrych książek, które pewnie będziemy jeszcze czytali. W swoim pisarstwie pozostał eseistą. Mam poczucie, że esej jest jednym z największych polskich osiągnięć intelektualnych. I w tym sensie Marcin wpisywał się w tradycję, którą można łączyć z Jerzym Stempowskim czy Stanisławem Vincenzem, a ze współczesnych najbliższy był mu na pewno Wojciech Karpiński, zresztą jego przyjaciel. W jego pisaniu i sposobie życia, w tej wewnętrznej niezależności, było coś... właśnie takiego Marcinowatego. Był osobny, własny i silny – przekonany, że jego droga jest jego drogą i chciał ją po prostu spełnić.

Bardzo uderzyło mnie wspomnienie socjolożki Pauliny Bednarz-Łuczewskiej, kojarzonej z feminizmem, ale chrześcijańskim, która napisała na Facebooku: „Jego życzliwość nie miała granic. Wspierał swoje naukowe dzieci zupełnie nie zważając, czy różnią się od niego »poglądami«. Pierwszeństwo miało zwykłe, proste człowieczeństwo".

Marcin rzeczywiście lubił rozmawiać z ludźmi, nie tworzył żadnego sztucznego dystansu, choć na uniwersytecie takie feudalne nawyki często są wciąż obecne. I na pewno umiał czytać, a to jest sztuka rzadka, moim zdaniem, wyjątkowa. Recenzował ostatnio pracę jednego z moich doktorantów i jak zwykle to nie była recenzja urzędowa, mechaniczna, tylko naprawdę napisana z pasją i zaangażowaniem. Ważniejsza była dla niego nie tyle poprawność warsztatowa czy ideowa, ile pewna namiętność poszukiwania i wewnętrzne poczucie sprawczości, wiedzy. To najbardziej cenił w uczniach, ale też w przyjaciołach. I uważam to za bardzo piękny rys.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA