fbTrack
REKLAMA

Wspomnienia

Jan Krenz: Ostatni z wielkich

Fotorzepa/ Grzegorz Hawalej
W wieku 94 lat zmarł Jan Krenz, wybitny kompozytor, który przez większą część życia był wyjątkowym dyrygentem.

Odszedł ostatni przedstawiciel pokolenia, które odbudowało potęgę polskiej muzyki po II wojnie światowej. Tym bardziej dla niej zasłużony, że częściej wspierał innych twórców, nie eksponując siebie na pierwszym planie.

Gdy ktoś żyje tak długo, na dodatek od szeregu lat wycofawszy się z powodów zdrowotnych z czynnej działalności artystycznej, jest narażony na to, że młodsze generacje nie będą znać jego dokonań. Jan Krenz pozostał legendą  polskiej muzyki, ale gdy nadeszła wiadomość o jego śmierci, warto przybliżyć powody, dla których powinniśmy o nim pamiętać.

– Urodziłem się muzykiem – powiedział kiedyś wspominając swoją młodość. Prawykonanie pierwszego skomponowanego przez niego utworu odbyło się na konspiracyjnym koncercie w Warszawie w listopadzie 1943 roku. Jan Krenz miał wtedy 17 lat, tym niemniej po zakończeniu II wojny światowej wydawało się, że przeznaczona jest mu przede wszystkim kariera pianistyczna. W tym też kierunku kontynuował rozpoczętą za okupacji naukę. Bardzo szybko okazało się jednak, że pisana jest mu dyrygentura.

Budowniczy najlepszej orkiestry

Po krótkim związku z Filharmonią Poznańską w 1949 roku został asystentem słynnego Grzegorza Fitelberga, który wróciwszy z wojennej tułaczki przejął prowadzenie Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Jan Krenz wytrzymał tam dwa lata, jak bowiem wyznał swemu mentorowi, ciągnęło go do komponowania, a Fitelberg to dobrze zrozumiał. Sam był niespełnionym do końca kompozytorem.

Grzegorz Fitelberg zmarł w 1953 roku, a jego następcą na dyrektorskim stanowisku został zaledwie 27-letni wówczas Jan Krenz. Kierował WOSPR-em przez prawie 15 lat, przez następnych kilka dekad pozostał jej dyrygentem honorowym. Uczynił z katowickiej orkiestry wizytówkę polskiej kultury, nasz czołowy muzyczny towar eksportowy, zwłaszcza po politycznej odwilży 1956 roku. WOSPR odbywał z nim długie podróże artystyczne po Europie, Azji, Australii i Nowej Zelandii, przywożąc znakomite recenzje.

Porzuciwszy dyrektorska posadę sam jeździł wiele po świecie. Został pierwszym dyrygentem Orkiestry Denmarks Radio w Kopenhadze, współpracował z Yomiuri Nippon Symphony w Tokio oraz prowadził gościnnie najlepsze zespoły: Berlińskich Filharmoników, Staatskapelle Dresden, Filharmonię Leningradzka, orkiestrę Concertgebouw w Amsterdamie.

Przyjaciel kompozytorów

Na słynnym zjeździe w Łagowie w 1949 roku, kiedy to komunistyczna władza ogłosiła konieczność tworzenia sztuki socjalistycznej, zaprzyjaźnił się z dwoma kolegami kompozytorami: Tadeuszem Bairdem i Kazimierzem Serockim. Utworzyli nieformalną Grupę 49, starającą się w tych trudnych czasach tworzyć muzykę własną.

Szybko jednak stało się tak, że Jan Krenz przede wszystkim wprowadzał na estrady muzykę swoich przyjaciół, na pisanie własnej nie miał casu. Został wytrwałym propagatorem polskich kompozytorów. Po latach nazywał siebie na wpół żartobliwie nadwornym dyrygentem Witolda Lutosławskiego, on też pod bokiem Krenza nabywał umiejętności dyrygenckich, choćby wtedy, gdy prowadził z nim wspólnie wykonanie swoich „Trzech poematów Henri Michaux” na Warszawskiej Jesieni w 1963 roku.

To Jan Krenz na tym samym festiwalu jedenaście lat później dyrygował prawykonaniem burzliwie przyjętego „Krzesanego” Wojciecha Kilara. Utwór potraktowano jako zdradę ideałów awangardy, a Jan Krenz wypowiedział słowa, które potem towarzyszyły światowej karierze tego utworu: „Kilar otworzył okno i wpuścił do zatęchłego pokoju muzyki polskiej świeże górskie powietrze”.

Nie zapominał też o polskich kompozytorach, którzy po 1945 roku wybrali emigrację – o Michale Spisaku, Aleksandrze Tansmanie czy Romanie Palestrze. Wprowadzał do programu swoich koncertów ich utwory, gdy tylko komunistyczna cenzura poluzowała zakaz ich wykonywania.

Wybitny dyrektor

Operą zainteresował się stosunkowo późno, pod koniec lat 60., gdy został zastępcą, a następnie kierownikiem artystycznym Teatru Wielkiego w Warszawie. Nie wytrzymał tam długo, ale muzycznie przygotował kilka premier, które przeszły do historii polskiego teatru: „Otella” Verdiego, „Elektry” Straussa (oba spektakle w reżyserii Aleksandra Bardiniego) czy „Borysa Godunowa” Musorgskiego.

W latach 1979-1982 pracował jako Generalmusikdirektor miasta Bonn i do jego obowiązków obok działalności koncertowej należało też prowadzenie przedstawień operowych. Doprowadził więc do premiery „Strasznego dworu” Moniuszki z polskimi wykonawcami, nie mniej głośna było też wystawienie „Lulu” Berga pod jego batutą.

Przygodę z operą zwieńczył w 1978 roku nagraniem „Strasznego dworu” z chórem i orkiestrą Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie. Nie odmówili mu wówczas współpracy najlepsi polscy śpiewacy: Andrzej Hiolski, Wiesław Ochman, Andrzej Saciuk czy Bożena Betley i Wiera Baniewicz.

Oryginalny kompozytor

Próbował ciągle tworzyć własną muzykę, ale tak naprawdę komponowaniu poświęcił na dobre od połowy lat 80. gdy stopniowo zaczął ograniczać swa aktywność dyrygencką, dzieląc kolejne lata na dwie połowy, każdą poświęcając innej działalności. I okazało się, że jest niezwykle oryginalnym kompozytorem.

Zaczynał od drobniejszych form , by na przełomie stuleci przejść do większych utworów takich jak III Symfonia, Uwertura na orkiestrę symfoniczną, „Tryptyk na obój i orkiestrę smyczkową”, czy wyjątkowego Requiem stworzonego w 2007 roku na baryton, chór i Orkiestrę. Jest też autorem poruszającej „Elegii katyńskiej” z 2009 roku (w Katyniu zginął ojciec jego żony).

Miał też Jan Krenz, o czym mało kto pamięta, udział w sukcesach polskiej szkoły filmowej. Jest bowiem autorem muzyki do „Popiołu i diamentu” i „Kanału” Andrzeja Wajdy, a w 1953 roku rozpoczął współpracę z Andrzejem Munkiem, dla którego stworzył m. in. ścieżkę muzyczną do „Eroiki” i „Zezowatego szczęścia”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA