fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wojna w Syrii

Turecka armia w Syrii: Zaduszanie "armii terroru"

AFP
Armia turecka rozpoczęła atak na kurdyjską enklawę Afrin w Syrii. Operacja może jeszcze pogorszyć stosunki między Waszyngtonem i Ankarą.

Zaczęło się w sobotę późnym popołudniem od nalotów, w których wzięły udział 72 samoloty. Potem granicę turecko-syryjską przekroczyły wojska lądowe, wyposażone w czołgi i transportery opancerzone.

Nie było to zaskoczeniem, politycy tureccy, w tym prezydent, od kilku dni zapowiadali, że rozprawią się z syryjskimi Kurdami na terenach przygranicznych. 15 stycznia Recep Tayyip Erdogan oskarżył w czasie przemówienia w Ankarze Amerykanów, że tworzą tam „armię terroru". – Naszym obowiązkiem jest zadusić ją, zanim się naprawdę narodzi – dodał.

Zaduszanie trwa. Turecki premier Binali Yildirim powiedział w niedzielę, że celem operacji jest utworzenie rozciągającej się 30 km w głąb terytorium Syrii strefy bezpieczeństwa, w której „terroryści" zostaną zlikwidowani. Po stronie tureckiej miało nie być ofiar.

Natomiast po stronie kurdyjskiej już w sobotę mówiono o kilkunastu zabitych, w tym cywilach. Kurdyjskie źródła podawały też, że tureckie bomby spadły na obóz uchodźców na przedmieściach miasta Afrin.

Na Afrinie ma się nie skończyć. Podróżujący po Turcji prezydent Erdogan (w sobotę był w bazie wojskowej Kütahya w środkowej części kraju, a w niedzielę w Bursie) zapowiedział, że operacja w Afrinie skończy się „bardzo szybko". Natomiast potem turecka armia zabierze się do innych regionów w północnej Syrii kontrolowanych przez Kurdów. – Następny będzie Mandżib – powiedział Erdogan cytowany przez Reutersa. Manbidż dzieli od enklawy Afrinu kilkadziesiąt kilometrów terytorium, które są poza kontrolą Kurdów (a także rządu dyktatora Baszara Asada; panuje tam zbrojna opozycja, której część wsparła atak na Afrin). Od Mandżibu na wschód wzdłuż granicy z Turcją ciągną się tereny kurdyjskie aż po Irak – po autonomiczny region kurdyjski. To quasi-państwo u swoich granic Turcja uważa za zagrożenie „na zawsze".

W Afrinie podobnie jak w innych regionach północnej Syrii przy granicy z Turcją USA wspierają oddziały Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), które są zdominowane przez Kurdów (tworzy je m.in. ich najważniejsza formacja zbrojna YPG i jej żeński odpowiednik YPJ). Ankara nie robi różnicy między SDF a innymi zbrojnymi organizacjami kurdyjskimi, w tym terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), utworzoną w Turcji, ale mającą też bazy po drugiej stronie granicy.

Kurdyjskie oddziały zasłużyły się w Syrii (i również Iraku) w walce z najważniejszym z punktu widzenia wrogiem – dżihadystami z tzw. Państwa Islamskiego (które już dogorywa). SDF dostały solidne wsparcie z Ameryki, a także mniejsze z Rosji. Moskwa dogadywała się jednak ostatnio z Ankarą w sprawach syryjskich. Teraz wycofała z regionu Afrinu swoich mundurowych – doradców wojskowych i żandarmerię wojskową.

USA nawołują należącą do NATO Turcję, by zamiast Kurdami zajęła się dokończeniem walki z dżihadystami. Działania sojusznika w Afrinie określiły mianem „destabilizujących".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA