fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telekomunikacja i IT

Krucjata przeciw chińskim aplikacjom

Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu.
AFP
Departament Stanu USA chce m.in., by na smartfonach z Chin nie mogły działać amerykańskie aplikacje.

Amerykański Departament Stanu ogłosił rozszerzenie programu „Czystej sieci" mającego za zadanie ochronę amerykańskich sieci telekomunikacyjnych. Program jest otwarcie wymierzony w Chiny. Jego nowe elementy przewidują nie tylko to, że „niezaufani" dostawcy usług telekomunikacyjnych z ChRL nie będą mogli być obecni w amerykańskich sieciach, ale również to, że wzbudzające zastrzeżenia chińskie aplikacje będą musiały zniknąć z amerykańskich sklepów internetowych. To, które z nich zostaną uznane za podejrzane, będzie zależeć od władz USA.

„Aplikacje z ChRL zagrażają naszej prywatności, rozprzestrzeniają wirusy, propagandę oraz dezinformację. Najbardziej wrażliwe informacje biznesowe i osobiste Amerykanów muszą być chronione na ich telefonach komórkowych przed wykorzystywaniem i kradzieżą na korzyść Komunistycznej Partii Chin" – mówi komunikat Departamentu Stanu.

Wielka czystka

Program „Czystej sieci" przewiduje również, że „niezaufanym" chińskim producentom smartfonów zostanie zablokowana możliwość preinstalowania na swoich produktach „zaufanych" amerykańskich aplikacji. Nie będą oni mogli też umożliwiać ściągania tych aplikacji ze swoich sklepów internetowych.

Departament Stanu wyszczególnił pod tym względem koncern Huawei. Amerykańscy regulatorzy odcięli mu w zeszłym roku możliwość korzystania z kluczowych usług Google'a. Huawei odpowiedział na to stworzeniem własnego sklepu z aplikacjami. „Huawei, czyli ramię systemu inwigilacji ChRL, handluje innowacjami oraz reputacją wiodących amerykańskich i zagranicznych spółek. Te spółki powinny usunąć swoje aplikacje ze sklepu z aplikacjami Huawei, by zapewnić, że nie są partnerami spółki łamiącej prawa człowieka" – ostrzega Departament Stanu.

Podjęte mają zostać też działania mające zapobiec umieszczaniu przez Amerykanów wrażliwych informacji w systemach opartych na chmurze, których operatorami są takie chińskie spółki jak Alibaba, Baidu czy Tencent. Nowy element programu „Czystej sieci" obejmuje też działania mające zapobiec wykorzystywaniu przez Chiny podmorskich kabli telekomunikacyjnych do szpiegowania.

Nie wiadomo jeszcze, jakie konkretne działania władze USA podejmą, by wdrożyć ten program. Jego konsekwentna realizacja może jednak bardzo mocno uderzyć w wiele chińskich spółek. O ile dotychczas sankcjami zostali dotknięci tacy producenci smartfonów jak Huawei i ZTE, o tyle teraz pod presją mogą się znaleźć inne marki (np. Xiaomi, Oppo czy Vivo), a także firmy stojące za popularnymi aplikacjami, takimi jak np. WeChat.

Amerykanie wyraźnie liczą, że do tej krucjaty przeciwko chińskim aplikacjom przyłączą się ich sojusznicy. – Już ponad 30 krajów zostało uznanych za państwa „czyste". Także wiele spośród największych światowych firm telekomunikacyjnych ma status „czystych". Stany Zjednoczone wzywają naszych sojuszników oraz partnerów w rządach i spółkach na całym świecie, by połączyli się z rosnącą falą mającą zabezpieczyć nasze dane przed kompleksem inwigilacyjnym Komunistycznej Partii Chin oraz innymi wrogimi podmiotami – stwierdził Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu.

Bariery rosną

– Wiele chińskich spółek objętych amerykańskimi sankcjami jest niewinnych, a ich technologie i produkty są bezpieczne. Absurdem jest mówienie przez USA o czystej sieci, gdy jest ona pokryta ich własnym brudem – stwierdził Wang Wenbin, rzecznik chińskiego MSZ. Chiny już od lat blokują wiele amerykańskich serwisów i aplikacji (np. YouTube i Facebook).

Eksperci obawiają się, że nasilający się konflikt supermocarstw doprowadzi do wzrostu barier w internecie. – Negatywnym skutkiem amerykańskiego programu będzie to, że wizja prawdziwie globalnego i pozbawionego barier internetu nie przetrwa tej wojny. Wygląda na to, że celem tej kampanii jest usunięcie chińskiej technologii z wszelkich aspektów transmisji i przetwarzania danych w USA. Dopiero się przekonamy, czy jest to możliwe w praktyce – twierdzi Paul Haswell, partner w firmie prawniczej Pinsent Masons.

– Ta kampania może być jednak bardzo trudna do wdrożenia poza USA – uważa Mathew Ball, analityk firmy badawczej Canalyst.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA