Jacek Cieślak: Zdarzyło się panu obserwować reakcję zagranicznych turystów na pana rysunki w galerii?
Andrzej Mleczko: Kraków to miasto turystyczne. W sezonie czasem odwiedza moją autorską galerię więcej obcokrajowców niż Polaków. Coraz częściej tłumaczę teksty na angielski i niemiecki, żeby były dla wszystkich zrozumiałe. I przeważnie są, szczególnie jeśli dotyczą spraw męsko-damskich. Reakcje bywają różne. Latynosi krzyczą i śmieją się głośno, Skandynawowie kontemplują w milczeniu, Amerykanie wygłupiają się i poklepują mnie po ramieniu, a z Azjatami, jak zwykle, nigdy nic nie wiadomo. Chociaż nie tak dawno odwiedziła mnie japońska studentka o wdzięcznym nazwisku Seiko Suzuki, studiująca polonistykę w Tokio i opowiedziała mi, że tam na zajęciach uczą się języka polskiego na podstawie moich rysunków. Bardzo mi to poprawiło samopoczucie. Obawiam się jedynie efektu tej nauki, bo w tekstach robię bez przerwy straszliwe błędy ortograficzne.
Ilu Polaków nosi koszulki i bokserki z pana rysunkami, pije herbatę z kubków nimi ozdobionych?
Nigdy nie liczyłem, ale myślę, że niemało, bo galeria w Krakowie działa w końcu ponad 20 lat i cały czas jest często odwiedzana. Otworzyłem ją, bo był stan wojenny i nie bardzo wypadało publikować w prasie, a z czegoś trzeba było żyć.
Wiele osób uważa, że otworzył pan Polaków na tematykę obyczajową, przełamał erotyczne tabu, pokazał, że można na ten temat żartować.