fbTrack

Świat

Oficjalnie jest tu wolność słowa

Peter Greste (Peabody Awards-CCA 2.0)
Wikimedia Commons
Rozmowa z Peterem Greste, australijskim dziennikarzem anglojęzycznej Al-Dżaziry, który przez 400 dni był więziony w Egipcie.

Rzeczpospolita: Siedział pan za kratkami z powodów politycznych. Mogę pytać o sytuację polityczną w Egipcie?

Peter Greste: Dla egipskiego wymiaru sprawiedliwości wciąż jestem skazanym za terroryzm, czekam na ułaskawienie przez prezydenta. Pytać można o wszystko, ja, odpowiadając, muszę ważyć słowa.

To pytam. Dlaczego Abdel Fatah as-Sisi, wówczas jeszcze nie prezydent, lecz szef armii, postanowił walczyć z katarską telewizją Al-Dżazira?

Trwało wielkie geopolityczne starcie między Egiptem a Katarem. A arabskojęzyczna Al-Dżazira była na dodatek podejrzewana o wspieranie Bractwa Muzułmańskiego. Miałem wrażenie, że aresztowanie mnie i moich dwóch redakcyjnych kolegów wymyślił ktoś z władz, kto uznał, że trzeba zastraszyć dziennikarzy, i padło na Al-Dżazirę.

Został pan aresztowany w grudniu 2013 roku, kilka miesięcy po obaleniu przez armię prezydenta Mursiego z Bractwa Muzułmańskiego. Jak się to odbyło?

Byłem w kairskim hotelu na wyspie Zamalek. Około siódmej wieczorem usłyszałem pukanie do drzwi. Weszło kilku funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa w cywilu, bez mundurów i oznaczeń. Nic nie mówiąc, zaczęli przeszukiwać pokój, zabrali sprzęt, laptop, dokumenty, notatki. Byłem przekonany, że to pomyłka. Nic złego nie zrobiłem, byłem w Egipcie od dwóch tygodni, nie współpracowałem ze zdelegalizowanym Bractwem Muzułmańskim, robiłem wywiady z jego liderami, ale wielu dziennikarzy by chciało. Sądziłem, że wszystko się szybko wyjaśni.

Nie wyjaśniło się.

Współwięzień z celi obok, bloger Alaa Abdel Fatah, uświadomił mi, że to się będzie ciągnęło miesiącami. Na początku warunki w więzieniu były bardzo ciężkie. W malutkiej celi tłoczyło się 16 osób, nie było miejsc do spania, tylko podłoga. Po kilkunastu dniach trochę się polepszyło, miałem łóżko, toaletę, wodę. Pozwalali mi wtedy także parę godzin rozmawiać i ćwiczyć. Potem w drugim więzieniu byliśmy razem z kolegami z Al-Dżaziry we trójkę 23 godziny na dobę w jednej celi.

To uwięzienie to była gra polityków czy wymiaru sprawiedliwości?

Wymiar sprawiedliwości jednak działa niezależnie od rządu. Widać to po werdykcie w mojej sprawie. Zostałem deportowany z Egiptu na podstawie specjalnego dekretu prezydenckiego. Sędzia powiedział, że nie uznaje tego dekretu. Sprzeciwiał się wypuszczeniu mnie z Egiptu. Pozwolono mi wyjechać na początku lutego, gdy przez chwilę byłem poza systemem wymiaru sprawiedliwości. W momencie, gdy pierwszy werdykt został anulowany i ze skazanego znowu stałem się oskarżonym o terroryzm, nowy proces miał się dopiero rozpocząć. Wtedy Sisi pozwolił mi wyjechać. Dlatego wierzę, że bezpośrednio nie wpływał na decyzję sądu.

Może sędziowie wiedzą, czego prezydent sobie życzy?

To inna kwestia, nie mogę komentować.

Jaki wpływ pańska sprawa ma na egipskie media?

Władze wciąż twierdzą, że w Egipcie reporterzy nie siedzą w więzieniach, bo jak tam trafiają, to nie za to, że wykonywali pracę dziennikarza. Dotyczyło to i mnie. Mówili, że złamałem prawo dotyczące bezpieczeństwa narodowego, choć nie ma na to żadnych dowodów. Wszyscy dziennikarze egipscy, którzy obserwowali mój proces, wiedzą, że sprawa Al-Dżaziry to przestroga, próba ich zastraszenia. Oficjalnie jest wolność słowa, ale moja sprawa ma destrukcyjny wpływ na niezależność egipskich mediów. Pocieszające, że wypuszczono mnie na wolność, ale sprawa nie jest zamknięta.

Czy jeśli chodzi o represje i naciski, to teraz jest lepiej niż w czasach obalonego w 2011 roku dyktatora Hosniego Mubaraka?

To jest pytanie, na które nie chciałbym odpowiadać.

—rozmawiał Jerzy Haszczyński

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL