fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Żółta kartka dla Merkel

Kierowana przez Angelę Merkel CDU traci zwolenników, ale nie na tyle, aby wróżyło to rychły koniec politycznej kariery pani kanclerz. Na zdjęciu szefowa niemieckiego rządu przybywa na szczyt UE 7 marca tego roku
AFP
Niedzielne wybory w trzech landach trudno uznać za kulminację protestu przeciwko polityce imigracyjnej rządu.

Jak wynika z pierwszych ocen wyników wyborów do trzech lokalnych parlamentów, kierowana przez Angelę Merkel CDU poniosła pewne straty. Największe w Badenii-Wirtembergii, gdzie w porównaniu z poprzednimi wyborami straciła ponad 12 punktów procentowych. Straty w Nadrenii-Palatynacie oraz Saksonii-Anhalt wyniosły zaledwie ok. 3 punktów.

Jeszcze większe zanotowała SPD. Zyskali nieco Zieloni, ale przede wszystkim Alternatywa dla Niemiec (AfD).

O wielkiej klęsce polityki Angeli Merkel w najważniejszej sprawie, jaką jest kryzys imigracyjny, nie sposób mówić. Wyniki wyborów są jednak poważnym ostrzeżeniem przed przyszłorocznymi wyborami do Bundestagu. Pani Merkel nie czyni tajemnicy, że chciałaby zdobyć mandat wyborców po raz czwarty.

Czas Alternatywy dla Niemiec

Jak było do przewidzenia, największym wygranym niedzielnych wyborów jest nowe ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec (AfD). Jest to w pewnym sensie partia będąca polityczną emanacją powstałego w Dreźnie ruchu Pegida, czyli Patriotycznych Europejczyków przeciwko Islamizacji Zachodu. Wiece, marsze i protesty Pegidy przeciwko polityce imigracyjnej kanclerz Angeli Merkel zradykalizowały początkowo jedynie eurosceptyczną Alternatywę dla Niemiec na tyle, że stała się największą partią niemieckiej skrajnej prawicy. I to tak radykalnymi hasłami jak rozważania na temat konieczności strzelania do imigrantów na granicach, gdyby starali się je przekroczyć nielegalnie. AfD nie miała przy tym żadnych problemów, aby w niedzielnych wyborach pokonać próg wyborczy w trzech landach: Badenii-Wirtembergii, Nadrenii-Palatynacie i Saksonii-Anhalt.  W tym ostatnim landzie stała się drugą po CDU siłą polityczną. Głosował tam na AfD co czwarty mieszkaniec landu.

To najlepszy dowód, że partia ma szanse, aby wedrzeć się do Bundestagu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. I to zaledwie w cztery lata od swego powstania. Ugrupowania o takim profilu w powojennej historii Niemiec w Bundestagu jeszcze nie było.

Ale nie brak w Niemczech głosów zadowolenia, że to właśnie AfD robi niesłychaną karierę, a nie uznawana za neonazistowską NPD. – To w pewnym sensie oznaka niemieckiej „normalności" – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Eckhard Jesse, politolog. W końcu AfD jest ideologicznie bliska francuskiemu Frontowi Narodowemu czy holenderskiej Partii Wolnościowej Geerta Wildersa.

Test dla pani kanclerz

Niemcy jako kraj federalny  są krajem permanentnych wyborów. Nierzadko wyniki elekcji w poszczególnych landach mają decydujący wpływ na układ sił na szczeblu federalnym i tym samym na kształt zagranicznej polityki Niemiec. Tak było w 2010 roku, kiedy w obliczu wyborów w Nadrenii Północnej-Westfalii kanclerz Merkel zwlekała długie miesiące z decyzją o ratowaniu bankrutującej Grecji za pomocą pieniędzy niemieckich podatników. Porażka socjaldemokratów z SPD w tym landzie w 2005 roku skłoniła Gerharda Schroedera do rozpisania wyborów do Bundestagu co spowodowało utratę władzy.

Dzisiaj wybory w trzech niemieckich landach można traktować co najwyżej jako praktyczny sprawdzian polityki Angeli Merkel w obliczu najważniejszego wyzwania, jakim jest dla Niemiec napływ uchodźców. Wiadomo z licznych sondaży, że zdecydowana większość obywateli (80 proc.) nie popiera polityki pani kanclerz, która manifestuje się w słynnym już zdaniu z końca sierpnia ubiegłego roku: „Wir schaffen das" (Damy radę). Wtedy pani kanclerz rozważała nawet wysłanie autobusów do Budapesztu, aby sprowadzić do Niemiec tysiące uchodźców koczujących na stołecznym dworcu.

Miał to być gest humanitarny będący dowodem, że Niemcy stać jeszcze na empatię, że nie zapomniano o powojennym doświadczeniu, gdy do kraju przybyły miliony Niemców wysiedlonych przymusowo z państw środkowej i wschodniej Europy, jak i doświadczeniach sprzed dwu dekad, gdy Niemcy udzieliły schronienia setkom tysięcy imigrantów z ogarniętej wojną byłej Jugosławii.

Wtedy Niemcy dali radę, ale i wtedy płonęły schroniska dla uchodźców. Tak jak i dzisiaj w sytuacji gdy do Niemiec przybyło w minionym roku 1,1 mln uchodźców. Otwierając granice dla uchodźców z Węgier, pani kanclerz wysłała jednocześnie sygnał dla świata, że Niemcy stoją dla nich otworem.

Kto zapłaci za błędy?

To był poważny błąd. Jak i liczenie na solidarność państw UE. Jak wiadomo, apele Berlina kierowane do innych stolic o przyjmowanie uchodźców pozostały bez echa.

Czy więc pani kanclerz zapłaci za te błędy? – Merkel na razie nic nie grozi – komentuje „Spiegel Online" . W Badenii -Wirtembergii kierowana przez nią CDU nie może marzyć o powrocie do władzy, utraconej w 2011 roku po ponad półwieczu rządów. Z sondaży i ocen dokonanych już po zamknięciu lokali wyborczych wynika, że CDU została upokorzona przez Zielonych, którzy uzyskali lepszy wynik wyborczy niż ugrupowanie pani kanclerz. Po raz pierwszy w historii.

W Nadrenii-Palatynacie CDU przegrała z rządzącą tam SPD mimo sondażowej przewagi jeszcze do niedawna. Jest to rachunek za politykę imigracyjną Merkel. Ale już w Saksonii- -Anhalt nic nie zagroziło zwycięstwu CDU i tym samym Angeli Merkel.

W sumie wygląda na to, że pani kanclerz wychodzi z wyborczej próby poturbowana, ale nie pokonana. Mogło być gorzej. Nie było, bo granice

Niemiec przekraczają ostatnio, po zamknięciu tzw. szlaku bałkańskiego, jedynie setki uchodźców dziennie. Jeszcze w grudniu było to kilka tysięcy osób.

W takich warunkach w ostatnich tygodniach jej popularność w skali kraju znacznie wzrosła. Sympatią darzy ją już 56 proc. Niemców. Jest to wzrost o osiem punktów procentowych. Nieźle wyglądają notowania kierowanej przez panią kanclerz CDU. Ma, w zależności od sondażu, w granicach 37–38 proc. zwolenników. To znacznie powyżej granicy 30 proc., poniżej której, jeżeli wierzyć wielu ocenom, niezadowolenie w CDU przeciwko polityce imigracyjnej Angeli Merkel mogłoby przybrać formę otwartego buntu zakończonego dymisją szefowej rządu. – Buntu nie będzie, ale to nie znaczy, że panią kanclerz czeka już tylko świetlana przyszłość – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Werner Patzelt, politolog zbliżony do CDU.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA