fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Mała Rosja w Bułgarii

Fotorzepa/Jerzy
Moskwa liczyła, że będzie to jej koń trojański w Unii Europejskiej. Ma w Sofii wpływy, ale nie takie, jak by chciała.

Pomorie to jedna z najbardziej znanych miejscowości na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego. Ma 14 tysięcy mieszkańców. Rosjan bywa w sezonie dużo więcej. Dla nich są rosyjskie napisy w lokalach gastronomicznych i sklepach, dla nich powstało osiedle Mała Rossija oraz – to już z angielskojęzyczną nazwą – Aivazovsky Park.

Poza sezonem Rosjan zostaje w Pomorie niewielu, poznałem jednego, młodego emeryta – uciekiniera z Moskwy, który skarżył się na to, że w zimie musi spać w czapce, bo apartamentowce nie mają ogrzewania. Ilu obywateli rosyjskich ma w tej niewielkiej miejscowości mieszkanie (zazwyczaj – drugie, obok tego w ojczyźnie)? Na to pytanie nie jest łatwo odpowiedzieć.

Na pewno można mówić o tysiącach właścicieli i członków ich rodzin.

Wynika to z mojej rozmowy z szefową największego biura nieruchomości w Pomorie. To ono wybudowało tu ponad tysiąc apartamentów, ostatnio sprzedawanych w cenach od 750 do 1000 euro za metr kwadratowy. Większość z nich należy do rodzin rosyjskich, choć szefowa nie chce ujawnić szczegółów, podkreśla, że ma też kilku klientów z Polski czy USA, nie mówiąc już o Ukraińcach (zazwyczaj rosyjskojęzycznych). Na planach nowego domu leżącego przy trzeciej linii od morza, które mi pokazała, były jednak prawie same rosyjskie nazwiska właścicieli.

Kontakty biznesowe z byłymi kagiebistami

Rosyjscy posiadacze bułgarskich apartamentów bez trudu wjeżdżają do Unii Europejskiej.

Eksperci uspokajają. – Tacy Rosjanie nie stanowią zagrożenia. Zresztą rezydenci mają mieszkania, ale nie mogą mieć zgodnie z prawem ziemi, na której one są – mówi „Rzeczpospolitej" Wesela Czernewa, szefowa sofijskiego biura czołowego europejskiego think tanku ECFR.

Podobnego zdania jest Dimitar Beczew, autor książki o rosyjskich wpływach na Bałkanach („Rival Power: Russia in Southeast Europe") oraz ekspert amerykańskiego think tanku Atlantic Council: – To biznes lokalny. Na dodatek ci Rosjanie są z klasy średniej, często krytycznie nastawieni wobec Putina. Trudno mówić o niebezpieczeństwie akurat w tej branży. Są bardziej wrażliwe: służby specjalne, sektor energetyczny, powiązania polityków. Niektóre są z czasów komunistycznych, przerodziły się w kontakty biznesowe z byłymi kagiebistami – podkreślał Beczew, gdy rozmawiałem z nim w październiku.

Szesnasta republika

Bułgaria przystąpiła do Unii Europejskiej 1 stycznia 2007 roku. Kilka tygodni wcześniej Władimir Czyżow, ambasador Rosji przy Unii, powiedział, że będzie koniem trojańskim jego kraju we Wspólnocie. Nie wiadomo, co by powiedział teraz (a nadal dowodzi placówką w Brukseli). Ale raczej musi być rozczarowany, Sofia nie okazała się pomocna choćby w sprawie zniesienia unijnych sankcji. Można natomiast powiedzieć, skąd brały się te trojańskie nadzieje związane z najbiedniejszym krajem UE.

Opisał je Dimitar Beczew w raporcie sporządzonym w 2015 roku dla New Direction, fundacji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (do których należy PiS). Bułgaria w czasach komunistycznych zwana była żartobliwie szesnastą republiką radziecką. Sympatia miała znacznie dłuższe tradycje. Wielu Bułgarów szukało schronienia przed imperium otomańskim w Imperium Rosyjskim. To dzięki wojnie toczonej (1877–1878) przeciw Turkom przez cara Aleksandra II zaistniała współczesna Bułgaria.

W drugiej połowie dwudziestego wieku przez moskiewską szkołę elit MGIMO (Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych) przeszło 650 Bułgarów, którzy jeszcze niedawno zajmowali ważne stanowiska (z premierem z lat 90. Żanem Widenowem włącznie; absolwentką tej uczelni była też czołowa dyplomatka bułgarska Irina Bokowa, która zrobiła największą karierę międzynarodową – była w latach 2009–2017 dyrektor generalną UNESCO).

Do tego dochodziły powiązania gospodarcze, w tym uzależnienie od rosyjskich surowców energetycznych. I działalność szefa bułgarskiego oddziału rosyjskiego giganta naftowego Łukoilu Walentina Zlatewa, który uchodził za tego, który decyduje o obsadzie najważniejszych stanowisk.

Za przykładem Niemiec

Czy tak jest nadal? – Łukoil jest największym inwestorem, ale historycznie, bo obecnie inwestycje pochodzą głównie z Zachodu. Zlatew nie jest też teraz jedynym oligarchą, nawet nie jest najważniejszy na pograniczu polityki i gospodarki. Jest natomiast bliskim przyjacielem premiera Bojka Borisowa, który był właścicielem firmy ochroniarskiej strzegącej obiektów Łukoilu – mówi Dimitar Beczew.

Jak dodaje, Rosja może kupować w Bułgarii ludzi, „to nie jest drogie", bo można znaleźć wystarczająco dużo chętnych do grania roli destrukcyjnej w strukturach Zachodu i oskarżycielskiej wobec Zachodu.

– Ale gdyby Sofia została zepchnięta do narożnika i postawiona przed wyborem, to jestem pewien, że postawiłaby na Zachód, a nie na Rosję. Dlatego, że przewaga siły jest po stronie zachodniej. Jak się spojrzy na te miliardy euro wsparcia, to Rosja nie ma oferty, która by to przebiła. Bułgaria jest częścią zachodniej sfery wpływów, a w głosowaniach w Unii dotyczących Moskwy podąża za przykładem Niemiec – komentuje pochodzący z Bułgarii analityk amerykańskiej Atlantic Council.

Gazprom silniejszy od rządu w Sofii

O lojalności wobec Unii mówi też Wesela Czernewa z sofijskiego oddziału unijnego think tanku ECFR. Niektórzy, jak podkreśla, uważają nawet, że jest to zbytnia lojalność. Bułgaria wycofała się z rosyjskiego projektu South Stream z powodu niezgodności z unijnym pakietem energetycznym, a inni, w tym Niemcy, nie wycofali się przecież z projektu Nord Stream 2.

– Niemcy mają różnorodne stosunki z Rosją, mają możliwości negocjacyjne. Jak buduje, to na warunkach niemieckich. A Bułgaria by budowała na warunkach rosyjskich, Gazprom jest bowiem silniejszy od rządów bułgarskich, jeżeli nie mają za plecami UE – tłumaczy Czernewa.

Ta lojalność jest tym cenniejsza, że z badań wynika, iż większość społeczeństwa bułgarskiego jest pozytywnie nastawiona do Moskwy. Przyjazne podejście ma również większość polityków. W rządzie oprócz centroprawicowej partii premiera Borisowa GERB, która w tych sprawach zachowuje się jak unijny mainstream, jest jeszcze koalicja Zjednoczeni Patrioci – trzech partii nacjonalistycznych. W niej tylko jedno ugrupowanie, partia Walerego Simeonowa, jest antyrosyjskie (wśród nacjonalistów w UE – rzadkość), inne – Ataka – rusofilię ma wpisaną w podstawy programowe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA