fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Eliza Maniewska: Zagubiony etos sędziego

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Wymiar sprawiedliwości w naszym kraju przechodzi wyraźny kryzys, i to nie od dziś. Nie może być bowiem mowy o właściwym orzekaniu, jeśli obywatele nie mają poczucia, że w sądzie się z tą sprawiedliwością spotykają – uważa prawnik Eliza Maniewska.

Choć konstatacja ta jest przykra dla osób, które całe swoje życie zawodowe poświęciły służbie sędziowskiej, częstokroć – a w zasadzie w większości – kosztem życia rodzinnego i prywatnego, są obiektywne podstawy uznania, że wymiar sprawiedliwości w naszym kraju przechodzi wyraźny kryzys, i to nie od dziś. Ujmując rzecz w skrócie, być może zbyt patetycznie, ale i sama sprawiedliwość to przecież kwintesencja patosu, nie może być mowy o właściwym wymierzaniu sprawiedliwości przez sądy, jeśli obywatele nie mają poczucia, że się w nich z tą sprawiedliwością spotykają.

Na poczucie sprawiedliwości składa się zaś kilka czynników, z których właściwe zastosowanie prawa materialnego bynajmniej nie jest dominujące. To komponent różnych okoliczności. Ujmując rzecz konkretnie, nie sądzę, aby poczucie sprawiedliwości i to niezależnie od tego, czy dotyczy strony, która w sądzie wygrała czy przegrała, miał ktoś, kto: nie ma pełnego szacunku do sędziego; uważa, że sędzia nadaje większe znaczenie kwestiom formalnym niż materialnym (strona może nie rozumieć, że w dużej mierze w prawie mamy do czynienia z dominacją procedury nad kwestiami materialnymi); wie, że sędzia wychodzi na salę nieprzygotowany lub przejrzał akta bezpośrednio przed rozprawą; w rezultacie dopiero na rozprawie podejmuje decyzje procesowe, które powinien podjąć w ramach przygotowania do rozprawy, co oprócz innych czynników jest jednym z powodów przewlekłości postępowań; dostrzega, że kultura osobista sędziego rozmija się z jego wyobrażeniem, jaki poziom powinna sobą reprezentować osoba pełniąca taką funkcję, a przede wszystkim orientuje się, że to, co sędzia ustalił jako podstawę faktyczną wyrokowania, rozmija się z rzeczywistym stanem faktycznym (ten, co przegrał, ma poczucie krzywdy; ten co wygrał, że udało mu się sąd „wymanewrować", co przecież nie przyczynia się do prestiżu sądownictwa).

Zły klimat

Oczywiście nie wolno generalizować i twierdzić, że dotyczy to wszystkich spraw i sędziów. Należy mieć nadzieję i wierzyć, że są to przypadki odosobnione. Niestety, bardzo wielu obywateli takie opinie wyraża i to jest niepokojące. Gdyby czynili to tylko politycy lub tzw. czwarta władza, która goni za sensacją, można by przykładać do tego mniejsze znaczenie, ale niestety jest inaczej.

Za taki stan rzeczy wini się samych sędziów, a co najgorsze, władza wykonawcza i ustawodawcza „biorąc niejako w obronę obywateli" spektakularnie głosi, że będzie sądownictwo naprawiać, a czyni to w atmosferze walki z sędziami. Zarówno jednak ustawodawcy, jak i władzy wykonawczej umyka, że to te władze są winne takiemu stanowi sądownictwa. Sprawa sądownictwa, choć jest ono – co widać szczególnie obecnie – filarem demokracji (jako stróż prawa) została w dużej mierze zapomniana w okresie transformacji.

Od adeptów prawa, którzy kończyli studia w latach dziewięćdziesiątych, zgodnie z tezą, że najważniejszy jest rynek, nie wymagało się już szerokich, jak przystało na absolwenta uniwersytetu, horyzontów. Z ław uniwersyteckich zaczęła wkraczać na tzw. rynek, obok ludzi światłych w pełnym tego słowa znaczeniu, rzesza świetnie wykształconych „rzemieślników prawa", którzy częstokroć uważali, że ich wiedza „bo uczyli się już nowego prawa" jest lepsza niż prawników wykształconych w starym systemie. Ta część, która trafiała na aplikację sędziowską – a doprawdy byli to ludzie z ogromną wiedzą teoretyczną, gdyż egzaminy wstępne były bardzo trudne – dodatkowo spotykała się deprecjonowaniem walorów etycznych i niezależności sędziów orzekających w poprzednim systemie, co było w ogromnym stopniu krzywdzące. A to oni przecież mieli ich nauczyć zawodu, oni byli ich patronami, oni mieli ich uczulić, jak być sędzią wymierzającym sprawiedliwość, a nie sędzią tylko stosującym prawo, jak podejść do stron, jak przemówić do różnych ludzi, jaką przyjąć metodykę pracy. To ci „starzy" sędziowie mieli większe wyczucie społeczne, wyczucie sprawiedliwości i prestiż, niezależnie od tego, jak w poprzednim systemie ta sprawiedliwość była rozumiana i jakie były realne ramy jej urzeczywistniania. Pamiętajmy, że godnych potępienia była tylko garstka tych sędziów, którzy nie dochowując niezawisłości, działali na polecenie władz w procesach politycznych.

Czegoś brakowało

Procesy transformacji ustrojowej, niejako jako odprysk, zmniejszyły chęć i potrzebę czerpania z wiedzy i doświadczenia starej kadry sędziowskiej. Zarazem w programie szkolenia aplikantów do niedawna na próżno było szukać problematyki sprawiedliwości: jej rozumienia, obiektywnej i subiektywnej postaci; podstaw psychologii; wiedzy o różnych postawach ludzkich oraz umiejętności mediacji (przecież wciąż pierwszym obowiązkiem sędziego jest w procesie cywilnym dążenie do ugodowego zakończenia sporu). Na wykładach z etyki przyszłych sędziów pouczało się głównie, czego im nie wolno, nie zwracano natomiast należytej uwagi na to, co sędzia czynić powinien, jaki przykład dawać innym, w jaki sposób odnosić się i jak szanować innych. Przede wszystkim jednak nie prowadziło się żadnych specjalistycznych kursów metodyki pracy na potrzeby efektywności, ekonomiki działań, segregacji spraw, porządkowania i selekcji wniosków płynących z postępowania dowodowego, wyrabiania potrzeby i nawyku robienia notatek ze sprawy i sposobu ich sporządzania, aby przed następnym terminem (na ogół za kilka miesięcy) nie trzeba było czytać akt od nowa itd.

W takiej atmosterze przyszli sędziowie byli wrzucani na front walki z ogromnym wpływem spraw, wygenerowanym oczywiście głównie przez nowe uwarunkowania gospodarcze i społeczne, ale w dużej mierze także przez nazbyt szerokie ramy prawa do dwuinstancyjnego rozpoznania każdej sprawy przez sąd. Przykładowo w pierwszym okresie ostatniego dwudziestolecia młody sędzia (wówczas asesor) obejmował po egzaminie sędziowskim w warszawskim sądzie pracy referat liczący ok. 1000 spraw, a jego przełożeni (prezesi wykonujący polecenia Ministerstwa Sprawiedliwości), których ocenie jako asesor był poddawany i którzy decydowali, czy zostanie sędzią, na każdym kroku dawali mu do zrozumienia, że najważniejsza jest szybkość, a nie jakość załatwiania spraw; że ludziom teraz nie chodzi o sprawiedliwość, ale o sprawne załatwienie sprawy w sądzie.

Młodzi sędziowie dostawali polecenia objęcia wokandy za chorego kolegę, o czym dowiadywali się w tym samym dniu. Przełożeni z pełną premedytacją wysyłali ich do sądzenia spraw, wiedząc, że nie mogli się do nich przygotować, bo dowiedzieli się o nich przed kwadransem. Ważniejsze było jednak, aby nie zdjąć sprawy z wokandy, wykazać się statystyką. Nie można sobie wyobrazić lepszych warunków do deprawacji młodych, pełnych dobrych chęci i ideałów ludzi. Przy najlepszych intencjach młody człowiek, chcąc wykonywać ten zawód, wcześniej czy później musiał zacząć działać na skróty, bo spraw (i dalej w niektórych sądach jest ich tyle), nie sposób było ogarnąć, tym bardziej że sędzia nie miał wystarczającego dobrze wykwalifikowanego aparatu pomocniczego i oprócz pracy sędziowskiej musiał wykonywać prace właściwe dla niższego personelu, które w normalnym stanie rzeczy nie powinny go w ogóle obchodzić.

Równolegle do opisanych patologicznych praktyk władzy wykonawczej ustawodawca uznał, że wspomoże sędziów „uproszczeniem" procedury, co najogólniej mówiąc, zaowocowało większym jej sformalizowaniem, a przede wszystkim wprowadzeniem silnych akcentów kontradyktoryjności. Efektem tej mającej swoje plusy idei sędziowie, aby sprostać wymaganiom statystycznym, zaczęli ulegać kolejnemu mechanizmowi deprawacyjnemu; wykorzystywać możliwości formalnego zakończenia sprawy (zrobienia tzw. numerku) bez jej merytorycznego rozstrzygania, bo cały czas byli i są nadal rozliczani głównie z załatwialności. Sędzia jest tym lepszym sędzią, im więcej załatwia spraw, i to kryterium wciąż jest jednym z istotniejszych przy decyzji o awansie.

Systemowa luka

Mało kto głośno mówi także o tym, że w wyniku działań władzy wykonawczej w sądach pracy i ubezpieczeń społecznych, a więc w sądach, w których – obok rodzinnych – szczególnie powinna być wymagana duża wrażliwość społeczna, właściwie martwa stała się instytucja posiedzenia wyjaśniającego. Sędziom dano bowiem do zrozumienia, że nie jest mile widziane wyznaczanie tego rodzaju posiedzeń. To na tym posiedzeniu zaś sędzia powinien uchwycić istotę sporu między stronami i już na tym etapie podjąć w drodze działań koncyliacyjnych próbę ugodowego jego zakończenia (nawiasem mówiąc, nikt sędziów nie uczył, jak to się robi), a jeśli to niemożliwe, ułożyć sobie wizję jego sprawnego i słusznego rozstrzygnięcia. Dziwi to zwłaszcza w czasach, w których tak wiele mówi się o mediacji i potrzebie jej wykreowania. Rodzi się pytanie, po co było ją „uśmiercać". Na koniec tej krótkiej, uproszczonej, a przez to może krzywdzącej diagnozy trzeba powiedzieć, że w tym wszystkim pierwszą dyrektywą, której uczono aplikanta jest, że sędzia wypowiada się tylko w uzasadnieniu i nie udziela wywiadów, ponieważ musi być apolityczny. Nie wolno mu wchodzić w polemiki, bo polemiki mają zawsze wydźwięk polityczny. Innymi słowy, musi z pokorą i w milczeniu przyjmować każdą krytykę; nie może się bronić, bo to nie licuje z jego godnością.

Nie ma lepszej sytuacji dla atakującego sędziów, tym bardziej gdy to, co formułuje w swoich atakach, jest w znacznej części prawdą. Ten atakujący zapomina jednak i może pora, aby sobie to uświadomił, że sam jest winien takiemu stanowi rzeczy. To nie jest wina sędziów, że nie mogą sprostać wymaganiom społecznym. Oni w większości bardzo ciężko i z ogromnym poświęceniem pracują, często po nocach, bez urlopów, kosztem najbliższych, ale są tylko ludźmi, nie bogami, też można ich kształtować, deprawować i oni nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Chcąc jak najlepiej, stają się trybami takiego systemu wymierzania sprawiedliwości, w jakim osadziła ich władza wykonawcza i ustawodawcza. A gdy chcą tej władzy coś wytłumaczyć, na coś się poskarżyć, o coś poprosić, z czymś się nie zgodzić, to ona się od nich odwraca. Zupełnie naturalne w takiej sytuacji jest, że środowisko sędziowskie zamyka się w swoich okopach, co sprawia wrażenie alienacji i wywyższania się.

Pewnie bywa i tak, ale to tylko ludzie, jedni większego, a drudzy mniejszego formatu, choć należy ufać i mieć nadzieję, że tych pierwszych jest więcej. Pamiętajmy jednak, że w dużej mierze to nie oni są odpowiedzialni za taki stan rzeczy. Jeśli władza wykonawcza i ustawodawcza im to umożliwi, z pewnością wszystko da się naprawić. Proces będzie żmudny, długi i bardzo trudny, bo mamy za sobą ćwierć wieku zaniedbań i – nie bójmy się tego słowa – puszczenia wymiaru sprawiedliwości na żywioł, w którym od czasu do czasu gasiło się tylko pożary. Po to, by odbudować etos sędziego, nie wystarczy jedynie mówić o potrzebie etycznej odnowy.Sędziemu należy stworzyć po temu warunki a etos wcześniej czy później objawi się sam.

Autorka jest pracownikiem biura ekspertyz i analiz w Sądzie Najwyższym

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA