Rzecz o prawie

Orzecznictwo w oku cyklonu - Andrzej Bryk o sporze o nominacje do SN w USA

Adobe Stock
USA: Więcej polityki niż prawa (część 2)

Nominacje do Sądu Najwyższego USA od lat 80. stały się przedmiotem sporu ideologiczno-kulturowego i liczeniem „naszych" i „waszych" sędziów. Oskarżenie o napastowanie seksualne, obok rasizmu, stało się w USA najbardziej nośną medialnie bronią polityczną wykorzystywaną w tym sporze. To jeden z przykładów na to, jak feminizm przedefiniował relacje kobiet z mężczyznami w relacje polityczne, a mówiąc inaczej, w broń w walce o władzę. To „ broń atomowa" nie tylko amerykańskiej polityki, używana też, co pokazały sprawy Clarence Thomasa i Bretta Kavanaugha, w procesie nominacyjnym do Sądu Najwyższego.

Więcej kultury!

Sąd ten stawał się bowiem skutecznym narzędziem spełniania politycznych postulatów drogą interpretacji konstytucji.

Pytaniem zasadniczym współczesnych, ostro już podzielonych społeczeństw liberalnej demokracji jest to, jak przywrócić kulturę prawną wymuszającą na sędziach interpretowanie prawa, a nie używanie go do wspierania określonej polityki. To trudne zagadnienie, ponieważ tworzenie takiej kultury jest zdominowane przez elity prawnicze, a to oznacza iż jej odbudowanie wymagałoby samoograniczenia silnego, politycznego w swej istocie interesu korporacyjnego.

Trump zmienił ekspertów

Współczesne amerykańskie nominacje są niemal zawsze ostro kontestowane według linii partyjnej. Trump wprowadził jednak nieznaną dotychczas praktykę polegania na ekspertach nie z najważniejszych, miażdżąco obecnie liberalnych uniwersyteckich wydziałów prawa, lecz z konserwatywnych fundacji The Heritage Society i The Federalist Society. To oni przygotowali listę nominacyjną wybitnych prawników, którą Trump, rzecz bezprecedensowa, ogłosił już w czasie kampanii wyborczej po śmierci sędziego Antonina Scalii.

Sprawy kultury prawnej są w sporach nominacyjnych szczególnie istotne, ponieważ dla liberalnej lewicy Sąd Najwyższy stał się narzędziem wprowadzania poza procesem legislacyjnym „postępowego" programu drogą elastycznego interpretowania konstytucji, z powołaniem się też, od sprawy Lochner versus New York z 1905 r. na fundamentalne wartości konstytucyjne przez siebie definiowane.

Czytaj też:

#Me Too: molestowanie seksualne i nominacje do Sądu Najwyższego

Morał ze sprawy sędziego Kavanaugh

Formułą tą posłużył się niedawno francuski Trybunał Konstytucyjny (Conseil constitutionnel), stwierdzając, iż rolnik przemycający nielegalnie imigrantów do Francji, nie pogwałcił prawa, gdyż konstytucja francuska opiera się na zasadach braterstwa, w imię których działał oskarżony. Sędziowie przyznali sobie tym samym prawo do dowolnego interpretowania konstytucji w imieniu de facto „ogólnoludzkiej sprawiedliwości", W tym kierunku zmierzają też sądy europejskie, powołując się na wartości europejskie przez siebie definiowane. To wyraźny objaw ich oligarchizacji.

Być może Kavanaugh da konserwatystom przewagę w Sądzie Najwyższym, chociaż jego orzecznictwo było dotychczas niespójne. Niemniej liberałowie obawiają się, że rewolucja liberalno-progresywna tocząca się od lat 60. może zostać cofnięta, np. poprzez obalenie takich precedensów konstytucyjnych jak prawo do aborcji czy małżeństw jednopłciowych, rozszerzanie władzy federalnej kosztem stanowej, czy blokowanie kontroli nad agendami federalnymi łączącymi funkcje legislacyjne, wykonawcze i sądownicze.

Szacunek dla precedensów

W przypadku amerykańskich nominacji nie jest jednak jasne, co dokładnie oznacza stwierdzenie, iż sędziowie są konserwatystami. To pojęcie bowiem na gruncie orzecznictwa amerykańskiego ma wiele znaczeń. Spór między konserwatystami a liberałami przebiega na wielu, często sprzecznych płaszczyznach, a orzecznictwo tzw. konserwatywnych sędziów często odbiega po nominacji od oczekiwań. Ważną zasadą konstytucjonalizmu amerykańskiego, możliwą do przełamania tylko w przełomowych momentach amerykańskiej historii, jest bowiem zasada szanowania precedensów. Choć wiele z nich jest ewidentnie sprzecznych z literą konstytucji i wymaga rewizji, to równoważy ten dyskomfort pragmatyczna zasada poszanowania stabilności prawa.

Krytycy uważają, że takie orzecznictwo podważa legitymację demokracji amerykańskiej i suwerenność ludu, obniżając znacząco prestiż Sądu Najwyższego. Część sędziów uważa, np. obecny prezes SN John Roberts, że należy wydawać tylko orzeczenia z poparciem zdecydowanej większości składu, tj. 9:0, czy 8:1 , co wymusza wzajemny konsensus sędziów liberalnych i konserwatywnych, a unikać orzeczeń polaryzujących 5:4 , np. w przypadku uznania za konstytucyjne małżeństwa homoseksualnego. Takie orzeczenia podważają bowiem wiarygodność Sądu Najwyższego, zostawiając je do rozstrzygnięcia ustawodawcy.

Amerykański Sąd Najwyższy jest instytucją w oku cyklonu, poddanym nieustannej presji rzeczywistości politycznej i medialnej, niezwykle skonfliktowanego społeczeństwa późnego liberalizmu, a także poglądów samych sędziów ulegających pokusie, by interpretować nie literę, ale ducha i wartości konstytucyjne, które oni sami wyznają. Niemniej tylko od nich zależy, czy SN będzie cieszył się szacunkiem, czy zostanie uznany, a taka możliwość rysuje się także w sądach konstytucyjnych np. w Unii Europejskiej, za jeszcze jeden organ wdrażający liberalne rozumienie postępu w imię sprawiedliwości pod pretekstem interpretacji konstytucji.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL