fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Składki a stan spoczynku sędziego

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Sędziowski stan spoczynku powszechnie stawia się w jednym rzędzie z emerytalnymi przywilejami rolników czy górników. To nieporozumienie – uważa Rafał Krawczyk.

Na łamach „Rzeczpospolitej " trwa ożywiona debata o planowanych zmianach w systemie podatkowym i ubezpieczeń społecznych. W dyskusjach o projektach jednolitego podatku, który objąć miałby wszystkich podatników, oraz zmian w przepisach emerytalnych bardzo często podnosi się argumenty dotyczące sędziów. Nie są to oczywiście tezy zmierzające do obrony wysokości wynagrodzeń sędziowskich w obliczu planowanych zmian, raczej przyklaskiwanie opiniom o konieczności odebrania sędziom niezasadnie przyznanych przywilejów. Poklask zdobywają zgłaszane raz po raz propozycje włączenia sędziów do powszechnego systemu emerytalnego i obciążenia ich wynagrodzeń składkami na ubezpieczenia społeczne.

Stan spoczynku to nie wcześniejsza emerytura...

Sędziów powszechnie ustawia się w jednym rzędzie z rolnikami czy górnikami. Uwypuklanie socjalnej funkcji stanu spoczynku jest wyłącznie świadectwem braku zrozumienia istoty tej instytucji i jej znaczenia dla niezawisłości sędziego. Tymczasem uprawnienie do stanu spoczynku wynika wprost z art. 180 konstytucji i na tym stwierdzeniu można poprzestać, komentując zgłaszane propozycje. Jego likwidacja wymagałaby zmiany konstytucji, do czego nie ma odpowiedniej większości w Sejmie. Na marginesie tylko zauważyć wypada, że gdyby udało się zmienić konstytucję i objąć sędziów systemem ubezpieczeń społecznych, przyniosłoby to nie oszczędności, ale ogromne wydatki dla budżetu państwa. Osoby postulujące taką zmianę zapominają o tym, iż włączenie do systemu ubezpieczeń kilkunastu tysięcy osób, które nie opłacały dotychczas składek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, wymagałoby jednorazowego ich uiszczenia, i to za wszystkie lata , w ktorych nie były one pobierane. Odbyć by się to musiało na zasadzie identycznej z przewidzianą dzisiaj dla tych sędziów, którzy zrzekają się urzędu. Kwestię tę reguluje art. 91 ust. 10 do 12 prawa o ustroju sądów powszechnych. Zgodnie z tymi przepisami od wynagrodzenia wypłaconego sędziemu w okresie służby, od którego nie odprowadzano składki na ubezpieczenie społeczne, przekazuje się wszystkie zaległe składki do ZUS, po ich wcześniejszej waloryzacji.

...a składki nie idą do kieszeni sędziego

Zostawiając zatem na boku kwestię stanu spoczynku, warto rozprawić się wreszcie z powielanym nie tylko przez polityków, ale także poważnych ekonomistów i publicystów mitem o uprzywilejowaniu sędziów w oskładkowaniu wynagrodzeń. Powszechnie nagłaśniane korzyści w tym względzie mają jakoby wynikać z tego, iż sędziowie nie płacą od swych pensji składek na ubezpieczenia społeczne, tym samym znajdując się (wraz z prokuratorami) w sytuacji znacznie lepszej niż wszyscy pozostali zatrudnieni na etatach.

Prawdą jest, że wysokość wynagrodzeń brutto sędziów różni się od pensji zwykłych etatowców o 13,71 proc., co stanowi sumę składek na ubezpieczenia społeczne (emerytalnych, rentowych i chorobowych) w części przypadającej na pracownika. Fakt ten jest oczywisty i wynika z przyjętego przez państwo modelu zabezpieczenia społecznego sędziów po zakończeniu przez nich aktywności zawodowej. Wyłączenie sędziów z powszechnego systemu emerytalnego i rentowego nierozerwalnie musi bowiem łączyć się z brakiem obowiązku uiszczania składek na ubezpieczenia społeczne.

Wskazana różnica w wysokości wynagrodzeń jest jednak podstawą do prezentowania od lat wniosków na temat kolejnych nieuzasadnionych profitów, jakie wiążą się z powołaniem na stanowisko sędziego.

Nieoskładkowanie sędziowskich pensji stało się podstawą do formułowania tez, że sędziowie wręcz opływający w najróżniejsze przywileje, jako kolejny dostają taki, iż ich pensja jest de facto wyższa o prawie 14 proc. od pensji każdego innego podatnika. Ostatnio szum medialny związany z omawianą kwestią nasilił się przy okazji planowanego na 2018 r. wprowadzenia jednolitego składkopodatku. Nie wiadomo, czy ganiący ten rzekomy przywilej wierzą w formułowane przez siebie teorie, czy też, co jest bardziej prawdopodobne, nie mają pojęcia, o czym mówią i piszą.

Różnica między pensją sędziów, prokuratorów (i, o czym się zapomina, służb mundurowych) i etatowców nie jest bowiem wyrazem jakiegokolwiek przywileju nadanego tym pierwszym przez obecne, poprzednie czy jeszcze wcześniejsze władze. Jej geneza nie ginie jednak w pomroce dziejów i przodownicy walki z przywilejami sędziowskim mogą je sobie przypomnieć. Otóż owe niespełna 14 proc. składek pobieranych od pensji pracowników, ponad to, co państwo zabiera i im, i sędziom w podatkach i składkach zdrowotnych, wynika z przepisów wprowadzających reformę emerytalną z lat 90. Pobieżna ich analiza, zrozumiała nawet dla osób zawodowo niezajmujących się prawem, pozwala ustalić, że sędziowie nie tylko nie mają pensji wyższych o prawie 14 proc. od ogółu, ale nigdy mimo występowania tej różnicy nie uzyskali z tego tytułu nawet dodatkowej złotówki.

Tajemnice ubruttowienia

Przypomnieć zatem należy, że przed 1 stycznia 1999 r. pensje sędziów były obciążone takimi samymi daninami publicznymi jak wszystkich pozostałych podatników. Istota reformy ubezpieczeniowej polegała natomiast na wprowadzeniu świadczeń z ubezpieczeń społecznych uzależnionych od wysokości opłacanych przez ubezpieczonego składek. Wcześniej składek takich nie było, dlatego albo można było zacząć je pobierać, pomniejszając pensje wszystkich pracowników o kilkanaście procent, albo doliczyć je do tych pensji. Oczywiście zdecydowano się na to drugie rozwiązanie, efektem czego była neutralność przeprowadzanej reformy dla wynagrodzeń osób nią dotkniętych. Wszyscy pracodawcy jako płatnicy składek musieli bowiem podwyższyć (zgodnie z art. 110 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych z 13 października 1998 r. ) zatrudnianym przez siebie pracownikom świadczenia w taki sposób, aby po potrąceniu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe oraz na ubezpieczenie chorobowe nie były one niższe niż przed przeliczeniem.

Sens tej czynności nazywanej ubruttowieniem sprowadzał się do nieprzerzucania kosztów reformy na ubezpieczonych. Operacja ta polegała zatem na przymusowej i powszechnej podwyżce wynagrodzenia należnego od 1 stycznia 1999 r. Nie objęła ona wówczas sędziów (i innych grup nieobjętych systemem ubezpieczeń społecznych), ponieważ zdecydowano, że składki od ich wynagrodzeń nie będą pobierane. Pomimo powstania różnicy w wynagrodzeniu brutto pensje netto sędziego i otrzymującego przed 1 stycznia 1999 r. identyczna kwotę pracownika pozostały po 1 stycznia 1999 r. na tym samym poziomie.

Z powyższego wynikają dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że podnoszone do znudzenia tezy o uprzywilejowaniu sędziów wynikającym z braku oskładkowania ich wynagrodzeń są całkowicie nieprawdziwe. Z tego tytułu sędziowie nie odnoszą bowiem żadnych korzyści finansowych. Drugi sprowadza się do stwierdzenia, że po ewentualnym wprowadzeniu jednolitej daniny publicznej obejmującej podatek oraz wszystkie składki na ubezpieczenia społeczne w stosunku do wynagrodzeń sędziów, prokuratorów (i wszystkich służb, w których wynagrodzenia nie są oskładkowane) konieczne będzie przeprowadzenie operacji identycznej z tą z 1999 r. Inaczej mówiąc, przed objęciem tych pensji jednolitą daniną będzie je trzeba wcześniej ubruttowić. Z praktycznego punktu widzenia byłoby to jednak przekładanie tych samych pieniędzy przez państwo z jednej kieszeni budżetowej do innej. Bez ubruttowienia osoby wyżej wymienione byłyby natomamiast, po prawie 20 latach, jedynymi poszkodowanymi w operacji ubruttowiania płac z latach 90. Nawet bez pogłębionej argumentacji takie nierówne traktowanie należałoby uznać za rażąco niezgodne z konstytucją.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Toruniu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA