fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Tymoteusz Zych: portale społecznościowe wpływają na wyniki wyborów

Fotorzepa, Radek Pasterski
W czasach, gdy informacja jest kapitałem, a o dostępie do niej decydują portale społecznościowe, regulacja prawna ich działania oraz jej formuła wpłyną nie tylko na rzeczywisty zakres wolności obywatelskich, ale też na potencjał rozwojowy naszego kraju - pisze członek zarządu Instytutu Ordo Iuris.

Po ujawnieniu afery Cambridge Analytica nikt nie ma już wątpliwości, że wielkie portale społecznościowe mają rozstrzygający wpływ na wyniki wyborów i najważniejsze decyzje polityczne. Sam Mark Zuckerberg przyznał, że Facebook ma więcej cech rządu niż „tradycyjnej prywatnej firmy". Właściciele największych portali pogodzili się już, że ich działanie zostanie poddane głębszej regulacji prawnej. W najbliższych miesiącach rozstrzygnie się, czy nowe przepisy będą skutecznie chroniły wolności obywatelskie czy ograniczą dostęp do informacji.

Ujawniony kilka miesięcy temu wyciek danych osobowych z Facebooka wywołał dyskusję o luźnym traktowaniu standardów prawnych przez administratorów części największych sieci społecznościowych. Najważniejszym efektem debaty (jej kulminacyjnym punktem były przesłuchania Marka Zuckerberga przed Kongresem USA i Parlamentem Europejskim), było uświadomienie opinii publicznej, że w czasach, gdy dla coraz większej liczby osób sieci społecznościowe są podstawowym źródłem informacji o otaczającej ich rzeczywistości, sposób ich funkcjonowania tworzy ramy debaty publicznej.

Lepiej niż na tablicy

W amerykańskiej literaturze prawniczej coraz częściej pisze się o portalach społecznościowych jako o „nowych regulatorach", którzy wykonują wiele funkcji właściwych dotychczas dla władz publicznych. Chociaż w praktyce przyjęte przez nie wewnętrzne zasady moderacji nie podlegają negocjacjom z internautą, określają granice, w jakich może on uczestniczyć w dyskusjach na najważniejsze tematy życia publicznego.

Amerykański Sąd Najwyższy w orzeczeniu Packingham v. North Carolina uznał wręcz, że prawo do korzystania z portalu społecznościowego wynika z wolności wypowiedzi, którą gwarantuje pierwsza poprawka do Konstytucji USA. W jego uzasadnieniu sędzia Anthony Kennedy pisał, że „o ile w przeszłości trudno było określić, jakie miejsca (...) są najważniejsze z punktu widzenia wymiany poglądów o tyle dzisiaj nie ma wątpliwości, że jest to cyberprzestrzeń". W Polsce to, że korzystanie z portali społecznościowych stanowi „dużo skuteczniejszą metodę komunikowania się niż wywieszanie ogłoszeń na tablicy", dostrzegł m.in. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku.

Choć podczas przesłuchań przed amerykańskim Kongresem Mark Zuckerberg zaprzeczał, że jego firma jest monopolistą, nie potrafił wskazać, kto stanowi jej bezpośrednią konkurencję. Facebook z ponad dwoma miliardami użytkowników ma całkiem inny charakter niż choćby Twitter, z którego korzysta 330 mln osób, czy YouTube, na którym publikowane są tylko nagrania wideo. Senator Lindsey Graham rozwiewał te wątpliwości: „Gdy kupuję forda i nie działa on dobrze (...), to mogę kupić chevroleta. Jeżeli nie jestem zadowolony z Facebooka, z jakiego podobnego produktu mogę skorzystać?".

Mowa nienawiści

O ile status internetowych monopoli jest dyskutowany, o tyle nikt nie ma wątpliwości, że użytkownik sieci społecznościowej jest konsumentem, a umowa, którą zawiera z portalem społecznościowym, powinna podlegać przepisom powszechnie obowiązującego prawa.

Ze szczególną uwagą analizowane powinny być zwłaszcza wszystkie przypadki kasowania przez portale społecznościowe treści jako potencjalne naruszenie wolności obywatelskich, w tym praw konsumentów. Tymczasem obok uzasadnionych przypadków eliminacji treści niezgodnych z prawem, materiałów pornograficznych i reklam, usuwane są także posty prezentujące poglądy polityczne ich autorów.

Regulamin Facebooka wymienia szereg podstaw umożliwiających usuwanie treści. Największe zastrzeżenia budzi nieostre pojęcie „mowy nienawiści". Portal zastrzega sobie prawo do eliminacji na tej podstawie całej działalności niektórych organizacji lub nawet zakazu prezentowania ich logotypów. Nie podaje jednak szczegółowej definicji tego terminu, odsyłając do bloga. Informuje też, że w zakresie mowy nienawiści współpracował z liberalnym myślicielem Timothym Gartonem Ashem z Oxfordu.

W Polsce tradycją stało się już kasowanie na Facebooku profili konserwatywnych, patriotycznych i narodowych przed Świętem Niepodległości. W zeszłym roku usunięto ich ponad 300. Znikają też materiały zamieszczane przez dziennikarzy. Często uzasadnienie usunięcia treści budzi konsternację, np. rzekoma „nagość" na zdjęciach przedstawiających książki czy na fotografii pokazującej piłkarzy Lechii Gdańsk w koszulkach z symbolem Polski Walczącej.

Uwagę zwracją podwójne standardy stosowane przez administrację portali – mimo licznych zgłoszeń funkcjonują na nich strony o wulgarnym antychrześcijańskim profilu.

Kasowanie treści przez Facebooka to nie tylko specyfika polskiego internetu – podczas przesłuchań w amerykańskim Kongresie senator Ted Cruz zwracał uwagę na zniknięcie kilkudziesięciu stron katolickich oraz prawicowych, w tym mających miliony subskrybentów. W odpowiedzi Mark Zuckerberg przyznał, że stara się zachować bezstronność, ale Dolina Krzemowa, w której znajduje się siedziba jego firmy, to „jedno z najbardziej lewicowych miejsc na świecie". Kontrowersje wokół uprzedzeń politycznych moderatorów portalu były tak duże, że w maju Facebook zgodził się na przeprowadzenie audytu w tej sprawie, którego koordynację powierzono byłemu republikańskiemu senatorowi Jonowi Kylowi. Portal na swoim blogu podaje, że ze względu na występowanie „mowy nienawiści" usuwa na świecie tygodniowo średnio 66 tys. materiałów.

Szczegółowe kryteria eliminowania treści przyjmowane przez portale nie są znane. Wiemy jedynie, że moderatorzy – których sieci społecznościowe zatrudniają od kilku do kilkunastu tysięcy – dysponują obszernymi zbiorami wewnętrznych wytycznych. Niektóre z tych dokumentów, publikowane w internecie przez byłych pracowników portali, budzą zdziwienie.

Jeszcze większe wątpliwości budzi praktyka różnicowania zasięgu udostępnianych treści ze względu na kryteria polityczne i ideologiczne. W przeciwieństwie do otwartego usuwania treści nie jest ona widoczna, trudniej jej dowieść i otwarcie zaprotestować. Potwierdza ją jednak opublikowany w 2016 r. przez amerykański portal Gizmodo raport, z którego wynika, że w działającej na Facebooku sekcji „trendów" dyskryminowane były strony konserwatywne. Choć Facebook zaprzecza, że stosuje taką praktykę, dowodzą jej byli pracownicy firmy.

Nie litera, lecz duch

Ci spośród użytkowników portali społecznościowych, którzy chcieli protestować przeciwko usuwaniu zamieszczanych przez nich treści, do niedawna – o ile w ogóle uzyskiwali uzasadnienie – często nie mieli realnych możliwości odwołania się od podjętej decyzji. Polaków, którzy chcieli dochodzić roszczeń w sądowych sporach z Facebookiem, regulamin odsyłał przed sądy w Kalifornii. Choć zakazuje tego art. 385[3] kodeksu cywilnego, który w sporach konsumentów z przedsiębiorcami przewiduje właściwość polskiego prawa i jurysdykcję polskich sądów, postanowienie takie obowiązywało w regulaminie najpopularniejszej sieci społecznościowej przez ponad 10 lat.

Regulamin Facebooka wciąż wskazuje, że administrator może odejść od litery jego postanowień, odwołując się do ich „ducha", co tłumaczy zróżnicowaniem kulturowym świata. Oznacza to możliwość arbitralnie szerokiej interpretacji postanowień zawartych w regulaminie portalu przez jego pracowników, co także jasno wyklucza kodeks cywilny.

Niemcy dali radę

Problem ignorowania przez wielkie sieci społecznościowe obowiązujących norm prawnych dostrzegła też Komisja Europejska. Na skutek jej działań Facebook oraz inne sieci podjęły na początku roku decyzję o zmianie swoich regulaminów, dostosowując je do przepisów unijnego prawa konsumenckiego. To wtedy w regulaminie Facebooka pojawiło się postanowienie, że spory z konsumentami stale mieszkającymi na terenie Unii Europejskiej podlegają jurysdykcji sądów państw członkowskich. Wkrótce potem Facebook zadeklarował wprowadzenie jasnej, wewnętrznej, procedury odwoławczej, w której decyzję o usunięciu ma zweryfikować w ciągu 24 godzin człowiek. Przyjęte modyfikacje są jednak fragmentaryczne, co dostrzega Komisja Europejska. Jej działania wskazują, że podstawowym celem będzie zapewnienie skutecznej eliminacji z internetu określonych kategorii treści.

W kwietniu KE ogłosiła, że chce walczyć z „fake news" poprzez „stworzenie europejskiej sieci podmiotów weryfikujących fakty", wskazując „obszary dezinformacji", jak problematyka zmian klimatu, migracji czy finansów. Komisja zapowiada też ogólnie „promowanie różnorodności informacji".

O tym, że skuteczna regulacja portali społecznościowych jest możliwa, świadczy obowiązująca od kilku miesięcy w Niemczech ustawa o poprawie egzekwowania prawa w sieciach społecznościowych. Wkrótce po jej wejściu w życie w regulaminie Facebooka pojawił się fragment, który niezależnie od wybranej wersji językowej zawsze wyświetlał się po niemiecku, odsyłając do postanowień dostosowanych do prawa tego kraju.

Autorzy ograniczyli obowiązywanie niemieckich przepisów do największych portali społecznościowych, które mają ponad 2 mln użytkowników – tylko one są w praktyce monopolistami. Niemiecka ustawa miała zapewnić skuteczną eliminację treści niezgodnych z prawem tego kraju oraz zagwarantować ochronę danych osobowych obywateli Niemiec. Z tego względu – mimo swej skuteczności – spotkała się z silną krytyką internautów, którzy podnosili, że w praktyce wzmacnia cenzurę.

Potrzebę skutecznego egzekwowania prawa w sieciach społecznościowych dostrzeżono też w Polsce. Pierwszą próbą był projekt ustawy przygotowany w Ministerstwie Cyfryzacji, który ujrzał światło dzienne latem zeszłego roku. Propozycja spotkała się z krytyką ze względu na szeroki zakres zmian – przewidywano zarówno stworzenie ustawowej procedury odwoławczej dla konsumentów, którym usunięto treści, jak i mechanizmów oznaczania „fake newsów" oraz rozwiązania służące usuwaniu treści niezgodnych z prawem. Ministerstwo ostatecznie wycofało się z tej propozycji, tworząc jedynie punkt kontaktowy dla osób blokowanych w social mediach.

Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że problem nie traci aktualności, a na sposób funkcjonowania mediów społecznościowych można realnie wpłynąć. Przypomina to stan z końca XIX w., gdy powstały pierwsze prywatne monopole, a interwencja władz poszczególnych państw okazała się niezbędna dla zapewnienia wolności gospodarczej. Przebieg debaty w naszym kraju wskazuje, że zmiany prawne powinny skupić się na zapewnieniu przestrzegania przez sieci społecznościowe praw i wolności obywatelskich. Najważniejsze, by precyzyjnie ustalić, na ile ich administratorzy mogą wpływać na toczącą się debatę. Drugim elementem jest stworzenie ustawowych gwarancji procedury odwoławczej dla użytkowników portali, których prawa zostały naruszone. Nie bez znaczenia jest też wykluczenie możliwości dyskryminacji użytkowników poprzez różnicowanie materiału na podstawie przesłanek światopoglądowych, politycznych, religijnych czy narodowościowych.

W czasach, gdy informacja jest kapitałem, a o dostępie do niej decydują portale społecznościowe, regulacja prawna ich działania oraz jej formuła wpłyną nie tylko na rzeczywisty zakres wolności obywatelskich, ale też na potencjał rozwojowy naszego kraju. ?

Autor jest członkiem zarządu Instytutu Ordo Iuris

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA