fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Prof. Nowińska o tym, jak została prawnikiem: musiałam kupować alkohol

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Jak zostałam prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej”: Prof. Ewa Nowińska kieruje Zakładem Prawa Konkurencji i Środków Masowego Przekazu na Uniwersytecie Jagiellońskim

Rz: Podobno bliżej pani było do sztuki niż do prawa.

Prof. Ewa Nowińska: Ze szkolnymi przyjaciółmi interesowaliśmy się historią sztuki. Prawie wszyscy jednak postanowiliśmy iść na prawo. I dobrze. Gdybym wybrała historię sztuki, teraz zapewne robiłabym na drutach pończochy. Czasy się tak zmieniły, że nie zawsze to, co człowieka fascynuje, pozwala godziwie żyć.

Jak wspomina pani życie studenckie?

Było bogate i naukowo, i kulturalnie. Sobotnie wieczory to przeważnie Piwnica pod Baranami, spotkania towarzyskie. Właściwie codziennie spotykaliśmy się w słynnej kawiarni w Krzysztoforach, w której pani Joanna, znając stan naszych finansów, dawała studentom wrzątek, herbata była własna. Spotkań rozrywkowych też było dużo. Obowiązkowe było chodzenie do Starego Teatru, potem szło się niekiedy – już nieco mniej kulturalnie – na piwo na dworzec. To było jedyne otwarte o późnej porze źródło. Choć wystrój nie powalał przytulnością, było przyjemnie, bo byliśmy razem. To charakteryzowało czasy nieboszczki komuny: żyliśmy w grupach towarzyskich.

A na uczelni?

W czasie moich studiów nasi wykładowcy, dla nas starcy (zapewne teraz jestem w ich wieku!), to były prawdziwe osobowości. Uczyli nas wielcy profesorowie, także z Uniwersytetu Lwowskiego. Ich wiedza była imponująca, ale baliśmy się ich straszliwie. Kiedy egzamin przypadał w dzień deszczowy, modliliśmy się o choć odrobinę słońca. Reumatyzm odbierał profesorom życzliwość.

Wykładali wybitni uczeni, jak choćby Wolter, Nahlik, Krzyżanowski, Gwiazdomorski, Vetulani i wielu innych. Mieliśmy np. niezwykłego profesora Wacława Osuchowskiego, wybitnego znawcę prawa rzymskiego. Profesor miał poczucie humoru. Jeden z moich kolegów nie bardzo przygotował się do egzaminu, co zresztą wobec ogromu materiału nie było takie dziwne. Profesor Osuchowski stwierdził, że skoro nie ma wiadomości merytorycznych, to może chociaż błyśnie rozrywkowymi. Spytał go więc, czy jego dziewczyna mogłaby w Rzymie prowadzić dom publiczny. Niezrażony pytaniem student stwierdził, że jego dziewczyna nie, ale żona profesora już tak, ponieważ wedle prawa rzymskiego kobiety mogły mieć własny majątek, który jednak musiał być zarządzany przez mężczyznę.

Współcześnie zadajemy sobie pytanie, czy studentom są potrzebne autorytety, jakimi dla nas byli nasi wykładowcy. Nawet jeśli tak, to ze względu na liczbę słuchaczy trudno jest z nimi nawiązać kontakt osobisty. Nie spotykają się bezpośrednio z prowadzącymi zajęcia nawet na egzaminach. Potem, w szczególności przy obronie pracy magisterskiej, okazuje się, że egzamin ustny jest dla nich ogromnym stresem.

Czy od razu po studiach zaczęła pani pracę na uczelni?

Nie. Praca na uczelni była moim marzeniem, jak zresztą większości moich przyjaciół. Najpierw dostałam nakaz pracy. Półtora roku przepracowałam, razem z profesorem Januszem Bartą, na kolei. To był koszmar. Służyliśmy przede wszystkim do robienia zakupów dla urzędników, w tym różnego rodzaju napojów, także mocnych. Pili ze szklanek wyglądającą jak herbata tzw. przepalankę, czyli wódkę z karmelizowanym cukrem. Uczyliśmy się też pisać na ówczesnym nowym urządzeniu, tj. na maszynie elektrycznej. Próbowaliśmy – z nudów – nawet napisać książkę.

Jaką?

To miało być jakieś straszliwe romansidło, nie przypominam sobie tematyki. Na całe szczęście jej nie ukończyliśmy, bo dostaliśmy pracę na uczelni. Profesor Stefan Grzybowski wywalczył możliwość otwarcia instytutu naukowego zajmującego się prawnymi aspektami własności intelektualnej. Powstał z początkiem lat 70. pod nazwą Międzyuczelniany Instytut Wynalazczości i Ochrony Własności Intelektualnej. Przez długie lata był jedyną taką jednostką naukową w Polsce. Teraz mieści się w strukturze Wydziału Prawa i Administracji UJ jako Katedra Prawa Własności Intelektualnej. Zostałam jego pierwszym pracownikiem. I tak się zaczęła moja trwająca do dziś przygoda z nauką.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA