fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Prawo w czasch wojny o kulturę: Artykuł 7 to temat zastępczy

Fotolia.com
Komisja Europejska a Polska – część trzecia

Uruchomienie procedury z art. 7 przez Komisję Europejską może być przyczynkiem do zrozumienia, dlaczego dyskusja z organami unijnymi jest niezwykle trudna. Kluczem jest właściwe rozumienie liberalnej demokracji jako bezalternatywnej drogi świeckiego „zbawienia". Wymaga ona całkowitej emancypacji z wszelkich więzów wspólnotowych zakorzenionych w tradycji, pamięci, rolach społecznych na rzecz równościowej utopii wymiennych funkcji, organizowanych prawami w abstrakcji liberalnej zwanej Unia Europejska. To świecka wizja lecząca rany przeszłości i uświęcająca przyszłościowy raj „wybrańców" prowadzonych przez „kapłanów postępu". Lecz istotą tego projektu jest nieustanne wyrywanie ludzi z naturalnych więzi w imię utopii perfekcyjnego porządku według biurokratycznych regulacji w świecie absolutnie egalitarnym. Świat taki będzie jednak niekomplementarny, a w końcu obojętny i samotniczy.

Wymazanie przeszłości i pamięci w liberalno-lewicowym projekcie powoduje, że traktowane są one zawsze jako przeszkoda w realizacji obietnicy przyszłości. Ta świecka teodycea, zbastardyzowana wersja chrześcjańskiego usprawiedliwiającego przekonania o dobroci Boga w świecie skażonym złem, gdzie postęp i równość uniwersalna mają prowadzić ku ostatecznemu zbawieniu w historii, nadaje projektowi europejskiemu potężną siłę.

Obecna działalność prawna UE obsesyjnie skupia się na przebudowie rzeczywistości z niedostrzeganiem aksjologicznej pustki, w której centrum stoi promocja rewolucji seksualnej, w tym genderu i aborcji, czy ostatnio szczególnie imigracji. Stają się one nie przedmiotem namysłu moralnego czy politycznego, lecz rodzajem sakramentów nowej „religii" europejskości. Ich siła zależy bowiem od napędzającej je wiary, że są one konieczną częścią emancypacyjnej narracji moralnej, by ostatecznie zakończyć Postęp, a tym samym historię. Ma ona bowiem sens, jedynie jeśli zmierza w już zdefiniowanym a priori kierunku. Jest to konieczny warunek uznania, iż istnieje w niej i w indywidualnym życiu ludzkim jakikolwiek moralny sens. Przekonanie to stanowi uzasadnienie inżynierii społecznej liberalnych elit niepotrafiących uznać, iż może on mieć inne ontologicznie i poznawczo bardziej prawomocne jego źródło. Elity te nie potrafią go znaleźć w niczym, poza przekonaniem, że działanie na rzecz coraz większego „wyzwolenia" z każdych więzów wspólnotowych jest konieczne. Takie wyzwolenie jest dla nich synonimem postępu rozumianego jako dążenia do równości.

Bitwa według nich toczy się bowiem nie o konkretne działania w świecie realnym, lecz o zachowanie moralnej integralności świata w historii. Jakiekolwiek odstępstwa oznaczałyby katastrofę nie tyle polityczną, ile moralną. To jedyny sens historii, a wszelkie inne, np. chrześcijaństwo, to zawalidroga na drodze prawdziwego postępu. Odstępstwa od tej ortodoksji – czy to Brexit czy Węgry czy Polska, czy w Ameryce Trump – nie stanowią żadnych alternatyw, legitymowanych korekt.

To dywersja wobec świeckiego planu zbawienia, herezja wymagająca natychmiastowego „procesu pokazowego". To kolejna utopia zbawienia człowieka w niedoskonałym świecie przez politykę. Jest to zadanie niewykonalne, bo oznacza działania biurokratyczne, w którym ludzie i samo życie są przeszkodą. Domniemana z definicji opresja jakiejkolwiek władzy, instytucji, autorytetu, wspólnoty to zagrożenie dla absolutnej równości utożsamianej ze sprawiedliwością. A ta musi być zlikwidowana nieustannym wdrażaniem reguł prawnoadministracyjnych wymuszających uległość pod groźbą co najmniej marginalizacji. Ujął to wzorcowo czołowy ideolog liberalizmu John Rawls w „Teorii Sprawiedliwosci" z 1971 r., fundamentalnej dla elit pokolenia 1968 r. budujących sprawiedliwe społeczeństwo tożsame z totalną równością, łącznie z unicestwieniem różnic płci. Według Rawlsa porządek prawny ma wykluczać działania polityczne. Spór o prawdę i kształt moralny świata został bowiem rozstrzygnięty na rzecz liberalnej „teorii sprawiedliwości", stanowiąc ostateczny koniec historii. Ta teoria wymaga wdrożenia jedynie słusznej i skutecznej metody prawnoadministracyjnej, myśl w istocie totalitarna.

Nie może być bowiem świeckiej teodycei, bo nadzieje na przezwyciężenie zła w totalnie skażonej historii i jego eliminacja w teraźniejszości są pokusą totalitarną. A skutkuje ona nie sprawiedliwością, lecz nieustannie wzrastająca przemocą. Jak zauważył Benedykt XVI, „Nikt i nic nie może odpowiedzieć ani [zbawić] świata od jego przeszłych i [obecnych] cierpień". Bo nie ma takiej mocy. Świecka liberalna teodycea myli się w definiowaniu przeszłości i teraźniejszości, a stąd i przyszłości. Tradycja bowiem to nie ruiny do posprzątania, a pamięć to nie obciążenie, lecz Dom. Tradycja mówi nam też o czymś ponadczasowym, a to, co wieczne, jest zawsze nowoczesne. Igranie z tą prawdą to niezniszczalna totalitarna pokusa każdej utopii. I liberalny projekt sprawiedliwości, obecnie hegemoniczny w świecie Zachodu i definiowany ogólnie jako liberalno-lewicowy, nie jest od niej wolny. Więcej, jest jego miękką realizacją.

Ów projekt, który establishment liberalny traktuje jako bezalternatywny, ujął zwięźle wspomniany J.Rawls. Dla niego nadzieja w przyszłości zależy od sukcesu politycznego liberalizmu. Bóg stał się zbędny, to liberalizm staje się bogiem sprawiedliwości. Stają się nimi ludzie, pod warunkiem, że kierują nami „oświeceni" monitorujący nasze prawa równościowe według swojego o nich wyobrażenia. W „Samych swoich" określiła to Leonia Pawlak. Wreczając granat Kazimierzowi udającemu się do sądu, powiedziała: „sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie".

- Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA