fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Konserwatyzm jest w genach

Polska nie stanie się nagle krajem przyjaznym LGBT
shutterstock
Marek Migalski nie ma racji, pisząc, że Europa uważa nas za archaicznych. Zależy, kogo się słucha.

Marek Migalski, autor artykułu pt. „Kaczyński prawie jak Putin", sprawił, że z melancholią sięgnęłam po wywiad z George'em Sorosem, opublikowany 4.11.2018 r. w hiszpańskim dzienniku „ABC". Cóż za niebywała koincydencja: zarówno pan Migalski, jak i pan Soros martwią się o losy homofobicznej Polski, która podąża śladem Rosji. Intrygujące: dwie tak różne osoby, a jednakowe zatroskanie i porównania. Czytając perły myśli Sorosa w weekendowym dodatku, byłam jednak spokojna, że z chwilą, gdy omiata je wzrokiem przeciętny Hiszpan – wyszydzona przez niego Polska i Węgry raczej od razu punktują. Gdy jednak polski czytelnik zapozna się z artykułem Migalskiego, można domniemywać, że spuści głowę i poczuje się zakałą już nie tylko Europy, ale też cywilizowanego świata.

Władza i elity

To jednak, co uderza mnie w tekście Migalskiego, mogłabym opisać, kradnąc jedną z nieśmiertelnych fraz Cervantesa: „Sancho umierał z chęci rezonowania". A jakże: rezonujmy we wszystkim z postępowym Zachodem i tańczmy, jak nam zagrają. Niech współbrzmią nasze myśli, zachowania, priorytety z nieomylnym dyrygentem z Zachodu. Kto nie rezonuje, ten Putin! Ha!

Nie jest prawdą, jakoby cały Zachód patrzył na nas „z obrzydzeniem", a kraj nad Wisłą był przystanią dla „aberracji". A przede wszystkim cóż właściwie znaczy „Zachód"? Bo zdaje się, że mowa tu o ośrodkach władzy, elitach i wielkich domach medialnych. Tymczasem przeciętny np. hiszpański Fernandez czy Garcia, zmęczony życiem w lewicowym reżymie odziedziczonym jeszcze po Zapatero, coraz częściej przygląda się Polsce (i Węgrom) jako ostatnim przyczółkom, gdzie cytując Pilcha – owszem – „każdy przywódca państwowy kocha dzieci i młodzież", ale dodajmy – homoseksualistów – już jakby mniej...

Czy warto używać całego repertuaru synonimów wokół słowa „aberracja", a przede wszystkim przymierzać Kaczyńskiego do Putina, aby opisać zwyczajną ostrożność polskiego rządu, cieszącego się wciąż szerokim poparciem społecznym? A jeśli już sięgamy po hiperbolę, to i mnie proszę pozwolić na rozmach argumentacji.

Ot, przykład, jakich coraz więcej: 29 stycznia 2019 r. radna hiszpańskiej prawicowej partii ludowej (PP) w okręgu Lorca przewodziła ceremonii zaślubin dwóch psów policyjnych z całym należnym ceremoniałem i mowami godnymi powagi zawieranego związku. Może niedługo Zieloni, Partia na rzecz Zwierząt też rozpoczną swatanie i żeniaczki między pupilami? Co wtedy autor nam doradzi? Rezonować?

Czy w związku z tym, że w Polsce instytucja małżeństwa ma wyjątkowe znaczenie i jest tak zazdrośnie strzeżona (przede wszystkim konstytucją) musimy doprawdy poczuwać się do skruchy, że nie chcemy się nią dzielić z parami homoseksualnymi? A może, jak śmiesznie zwykł mawiać Antoni Słonimski „my po prostu mamy inne tiki"? Nasza przeszłość, tradycja, wierzenia ojców sprawiają, że jesteśmy opieszali w tym „postępie" obyczajów i na jedno pstryknięcie lub ofuknięcie Zachodu nie staniemy się nagle ojczyzną przyjazną ruchom LGBT, pomimo najlepszych chęci – a jakże!

A może paradoksalnie ten sceptycyzm, który każe nam z nieufnością przyglądać się zmianom obyczajowym na Zachodzie, pochodzi z tego samego genu w naszym DNA, przez który ci zza Odry i ci zza Buga nie dali rady nam wcisnąć swoich chorych systemów totalitarnych do głów? Ryzykowna teza? Nie sądzę, mogę ją długo i z upodobaniem rozwijać.

Promocja obowiązkowa

Przyznam, że z powodów zawodowych żyję „w rozkroku" między Polską a Hiszpanią – krajem ponoć ekstatycznie „gay friendly". Stopień udręczenia społeczeństwa wcielanymi w życie postulatami ideologii gender i przeróżnymi mutacjami prawa (w zależności od regionu) mającego na celu „obronę praw mniejszości LGBT" wydaje mi się sięgać zenitu, gdy spojrzeć na buzujące sieci społecznościowe. Gdy w 2016 r. władze regionu Madrytu zaaprobowały głosami wszystkich partii (także prawicowej) nowe prawo zwane antydyskryminacyjnym wobec mniejszości seksualnych, szybko okazało się, że nawet podstawowe szkoły prywatne katolickie(!) muszą od tej pory podporządkować się nauczanym treściom, wprowadzać uczniów w historię ruchów LGBT, promować różnorodność seksualną, a nawet – uwaga – proponować „gry erotyczne" dla dzieci przedszkolnych (głośna propozycja autonomicznych władz regionu Nawarry z 2018 r.).

Tak zwane „chocho charlas" – zajęcia z masturbacji dla nieletnich – powracają jak echo w doniesieniach prasowych. Kaczyński zdaje się więc być obdarzony sporą intuicją, mówiąc: „wara od naszych dzieci".

Jak pokazuje przykład Hiszpanii, rodzice stracili prawo do decydowania, w jakim duchu chcą wychowywać swoje dzieci. Drastyczne kwoty kar pieniężnych, jakie wprowadza to prawo, zwane przez wielu „Ley Mordaza" (prawo knebla), idą w zupełnej kontrze do prawa wolności wyznania, wypowiedzi, przekonań religijnych. A zaczęło się to wszystko od niewinnej walki z homofobią...

Hiszpanie mają już dosyć. Ziemia obiecana dla postępowców spod flagi tęczowej zaczyna głośno artykułować sprzeciw.

Vox Dei?

Jednym z jego widocznych przejawów jest niebywały sukces wyborczy partii Vox, której oficjalnie odmawiano istnienia, przemilczano w mediach aż do jej „wybuchu" w grudniu 2018 r. Liderzy tej partii liczyli po cichu na trzy–pięć mandatów w Parlamencie Andaluzji, a otrzymali 12, przez co po 40 latach niepodzielnej władzy w tym regionie lewica musiała ustąpić.

Jednym z głównych założeń tej partii jest walka z ideologią gender i aborcją na życzenie. I co ciekawe – jeden z szefów tej partii poprosił pewną Polkę o szczegóły na temat polskiego prawa antyaborcyjnego, z całym dostępnym materiałem na temat podziemia aborcyjnego, liczb, danych, ponieważ partia rozważa wzorowanie się na polskiej legislacji w tym zakresie. Skąd o tym wiem? Bo to mnie poproszono o ten wykaz...

Niestety pan Marek Migalski bez przerwy każe mi się wstydzić za „archaiczną" Polskę.

A może właśnie i paradoksalnie – jak powiedział kiedyś Erwin Axer – „Tylko to, co dostatecznie przestarzałe, jest stosunkowo nowe"? Może na tym polega właśnie innowacyjność Polski – że trwamy przy swoim, że nie ulegamy ani totalitarnym systemom, ani totalitarnym modom?

Przyznaję, że nigdy i nigdzie nie zdarzyło mi się słyszeć tylu pochwał wobec moich rodaków i konserwatyzmu, z jakiego są znani (i potępiani wśród elit), jak właśnie w Hiszpanii. Dlatego też nie dam sobie wmówić autorowi, że jesteśmy pośmiewiskiem Europy. Widocznie zależy, gdzie ucho przyłożyć: czy tam, gdzie się jada ośmiorniczki i kawior, czy jednak tam, gdzie się je chleb powszedni.

Autorka jest kaligrafem i kronikarzem. Publikuje m.in. we „Frondzie" i „Niedzieli"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA