fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rząd PiS

Szumowski: Efekty reform w służbie zdrowia będą widoczne za 10 lat

materiały prasowe
Efekty reform w służbie zdrowia będą w pełni widoczne za dziesięć lat – mówi prof. Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

Plotkuje się o pana dymisji...

Pracuję dla dobra pacjentów. Czasami wymaga to odporności psychicznej na ataki. Inwencja twórcza niektórych mnie zadziwia.

Atakiem jest sugestia, że Agencję Badań Medycznych, która ma się zajmować m.in. badaniami klinicznymi, stworzył pan niepotrzebnie?

ABM powstaje z myślą o pacjentach, którzy dzięki niej będą mogli być leczeni skuteczniej i nowocześniej. Ma wypełnić lukę na polskim rynku i i zagospodarować pomysły, które na poziomie nauk podstawowych finansuje Narodowe Centrum Nauki, a na poziomie technologii – Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Dzisiaj te wynalazki lądują w szufladzie albo są przejmowane przez międzynarodowe firmy farmaceutyczne. Chcemy dać im szansę rozwoju.

Emocje budzą źródła finansowania ABM – w szczególności odpis z budżetu NFZ. Mówi się, że to zabieranie pieniędzy na leczenie pacjentów.

Badania kliniczne to przecież leczenie pacjentów. Tyle że metodą innowacyjną, której skuteczność jest badana. Owszem na początku na mniejszej grupie, ale docelowo mają służyć poprawie skuteczności i wdrożeniu lepszych terapii dla wszystkich chorych. Mówi się, że w Polsce jest problem z podwójnym finansowaniem. Gdy robimy badanie kliniczne, to choć jest ono zwykle finansowane przez firmę farmaceutyczną, za część procedur płaci NFZ. Chcę podkreślić, że pieniądze z odpisu z NFZ trafią bezpośrednio do pacjenta. Nie będzie ich można przeznaczyć na publikacje, administrację, budynki. Administracja ABM finansowana będzie także z pieniędzy z budżetu państwa i to one zostaną przeznaczone na koszty funkcjonowania agencji takie jak pensje czy budynek. Czyli to wszystko, czego nie powinien finansować NFZ. Pozostała, większa część finansowania z budżetu również trafi na badania kliniczne, czyli do pacjentów.

Wątpliwości budzi też budżet agencji – docelowo aż 1 mld zł.

Taką kwotę ABM powinien osiągnąć za dziesięć lat. W ciągu najbliższej dekady Polska wyda ponad 1 bln zł na ochronę zdrowia, a więc wydatki ABM będą stanowiły niecały 1 proc. tych środków. Polski rynek badań klinicznych to 1,2 mld zł i porównując się do rynków zachodnich, mamy do przyciągnięcia do Polski drugie tyle. Jeśli firma chce zrobić komercyjne badanie kliniczne w Polsce, musi rozmawiać z każdym podmiotem odrębnie. Kiedy powstanie ABM, czyli podmiot centralny, o badanie będzie znacznie łatwiej. Stąd już dziś jest zainteresowanie firm współpracą na zasadach komercyjnych.

Obecnie bardziej palącym problemem służby zdrowia jest zadłużenie szpitali.

Dlatego w tym roku przeznaczamy dodatkowe 900 mln zł na poprawę dostępności do świadczeń. Zasadnicza część tych pieniędzy trafi również do szpitali. Warto przypomnieć, że wycena świadczeń niewiele się zmieniała od dłuższego czasu, a system działał coraz oszczędniej. Chcemy, by wzrost wycen, który właśnie uruchamiamy, przyczynił się do przywrócenia równowagi na rynku i poprawił sytuację finansową placówek.

Od roku w resorcie trwają intensywne prace nad reformą polegającą na retaryfikacji świadczeń? Dlaczego zdecydował się pan ponownie przeliczyć koszty leczenia?

Chcieliśmy się dowiedzieć, ile tak naprawdę kosztuje leczenie w Polsce, bo okazało się, że choć NFZ płaci za nie konkretną kwotę, tak naprawdę nie wiemy, za co. Do tej pory wycenionych było 20–30 proc. jednorodnych grup pacjentów (JGP) i nigdy nie przeanalizowano, ile w przypadku pozostałych grup kosztuje diagnostyka i terapia każdego pacjenta.

Kiedy poznamy pierwsze nowe wyceny?

Żeby wyciągnąć wnioski, musimy mieć całość obrazu. Może się okazać, że część procedur jest niedofinansowana, a część przeszacowana, bo np. spadają koszty różnych produktów medycznych, a rosną pozostałe koszty. Musimy to właściwie wyregulować, bo nie powinno być tak, że niektóre obszary są dla szpitala deficytowe, a inne przynoszą zyski. Pierwsze wyniki powinniśmy poznać w najbliższych miesiącach i będziemy je podawać dalszej, wewnętrznej analizie.

Rozmawiamy o projektach, które są abstrakcyjne dla pacjentów. Co pan robi konkretnie dla nich?

Obszarów priorytetowych jest kilka. Pierwszy to kadry. Jedna z organizacji pacjenckich zrobiła ostatnio analizę, na ile poprawiła się sytuacja pacjenta po zmianach związanych z działaniami kadrowymi, czyli po włączeniu do podstawy wynagrodzenia dodatku dla pielęgniarek, podwyżkach dla ratowników, lekarzy rezydentów i specjalistów. Zauważyłem, że dziś rozmawiamy nie o tym, ile kto będzie zarabiał, ale czy w ogóle będzie kto się miał nami opiekować i nas leczyć. Bez tych rozwiązań za dziesięć lat mogłoby się okazać, że nie ma pielęgniarek i lekarzy, bo pielęgniarki, których średnia wieku wynosi obecnie 55 lat, skończą lat 65 i pójdą na emeryturę. Jeśli jedna trzecia pielęgniarek, których mamy dziś ok. 250 tys., poszłoby na emeryturę, czekałby nas prawdziwy kataklizm. Już teraz wiem, że działania rządu przyniosły efekt, zatrzymaliśmy wreszcie niekorzystny trend. Jak informuje Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych, w roku 2018 niemal 100 proc. absolwentów kierunków pielęgniarskich wystąpiło do samorządu zawodowego o prawo wykonywania zawodu, podczas gdy – dla porównania – wcześniej 30 proc. tego prawa nie odbierało i podejmowało prace w innym zawodzie. Rośnie również liczba uczelni z kierunkami pielęgniarskimi. Pielęgniarki chcą pracować w zawodzie.

Dyrektorzy szpitali twierdzą, że koszty tych odważnych decyzji przerzucił pan na nich.

Wizytowałem ostatnio wiele szpitali powiatowych. Ich szefowie przyznali, że wyższe koszty nie do końca wynikają z ustawowych podwyżek płac, bo większość lekarzy jest na kontraktach, a na pielęgniarki przeznaczają dokładnie tyle, ile dostali z NFZ. Kłopot w tym, że zainwestowali w rozwój szpitala, podczas gdy ryczałt pozostawał na stałym poziomie. Koszty im wzrosły, a przychody nie wzrastały współmiernie.

A co dzięki tym zmianom pacjent zyskał tu i teraz?

Intensywnie pracujemy nad wieloma różnymi rozwiązaniami, ale siłą rzeczy na efekty musimy trochę poczekać. Nie jest tak, że dziś zainwestujemy pół miliarda i od razu będzie świetnie. Efekty naszych działań zobaczymy za rok, dwa, pięć, a czasami, jak z kadrami, za dziesięć lat. Sukcesy odnotowujemy też w informatyzacji. Jeżeli jednak chcemy mówić o zwrocie w kierunku płacenia za jakość, a nie za usługę, informatyzacja jest niezbędna. Ruszyliśmy z infolinią NFZ. Pacjenci mogą się dowiedzieć, gdzie uzyskać świadczenie i jak szybko. W stosunkowo niedługiej przyszłości będzie działała 24 godziny na dobę. Zależy nam także na poprawie dostępu do badań patomorfologicznych. Patologów jest tylko 770, a ich praca nigdy nie była wyceniona niezależnie, bo to usługa zaszyta w innych procedurach. Tymczasem szybkość, z jaką zrobimy tomografię, i fakt, że chirurg będzie stał z nożem gotowy do operacji, nie będą miały żadnego znaczenia, jeśli przyjdzie nam czekać miesiąc na wynik badania patomorfologicznego. Dlatego trzeba też zadbać o jakość, m.in. poprzez certyfikację zakładów przygotowywaną wspólnie z Polskim Towarzystwem Patologów.

Czy zdąży pan z tym wszystkim do wyborów parlamentarnych?

Taki jest mój cel. Zakładam, że efekty niektórych zmian pacjenci powinni poczuć już w ciągu najbliższych miesięcy. Inne z kolei, jak np. dbałość o kształcenie kadr medycznych, gdzie mamy bardzo duży postęp, dadzą efekt w przyszłości. Przykładem tego jest choćby zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych w trybie stacjonarnym z ok. 3100 w 2014 do ok. 4600 w tym roku akademickim. Trzeba będzie poczekać, ale są to zmiany niezbędne i pozytywne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA