fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Semka: Sojusz chwiejnych państw

W marcu amerykańskie oddziały przejechały przez Polskę. Na zdjęciu: spotkanie z mieszkańcami Białegostoku
PAP
Ameryka nie jest ideałem, bywa cyniczna i perfidna, ale na tle reszty Zachodu zachowuje najwięcej bliskiego Polakom rozumienia dla logiki konfliktu dobra ze złem – pisze publicysta.

Ponad miesiąc temu na łamach polskich gazet, także „Rzeczpospolitej", pojawił się sondaż renomowanego ośrodka Pew Research Center. Badania wykazały, że ponad połowa obywateli Niemiec, Włoch i Francji nie poparłaby udzielenia wsparcia wojskowego zaatakowanym państwom NATO – ofiarom agresji ze strony Federacji Rosyjskiej. Za uchyleniem się od walki z ewentualną agresją Władimira Putina opowiedziało się 58 proc. obywateli Niemiec, 53 proc. Francuzów oraz 51 proc. Włochów. Dla odmiany jednoznacznie za zbrojnym wsparciem sojuszników z paktu opowiedziało się 56 proc. Amerykanów, 53 proc. Kanadyjczyków, 49 proc. Brytyjczyków oraz po 48 proc. w Polaków i Hiszpanów.

Niepokojące wnioski

Do myślenia dawało też geograficzne rozłożenie aprobaty dla wysyłki broni na Ukrainę. Decyzję taką wsparło 50 proc. obywateli Polski, ale tylko 19 proc. ankietowanych mieszkańców Niemiec, 22 proc. respondentów z Włoch i 25 proc. z Hiszpanii. Wejście Ukrainy do NATO wspierane jest przez 59 proc. obywateli Polski, 62 proc. Amerykanów, ale tylko 35 proc. Niemców i 36 proc. Włochów.

Zdecydowana większość obywateli krajów Europy Zachodniej jest z kolei przekonana, że w wypadku zagrożenia sojusznikom z NATO pomocy wojskowej udzielą Stany Zjednoczone. Przekonanych o tym jest 68 proc. ankietowanych z Włoch i Niemiec, 66 proc. Brytyjczyków oraz 65 proc. Francuzów.

Co znaczące, Polacy – jedni z najbardziej skłonnych do realizowania zobowiązań do wzajemnej obrony w ramach NATO – z największym sceptycyzmem podchodzą do zapewnień, że z pomocą przyjdą nam Amerykanie. Pewnych tego jest 49 proc. obywateli naszego kraju.

Równie niepokojące jest też to, że gwałtownie obniżyło się poparcie dla paktu północnoatlantyckiego w Niemczech – z 73 do 55 proc. w latach 2009–2015.

W tej sytuacji sondaż Paw Research Center powinien być dla polskiej opinii publicznej niezwykle ważnym świadectwem nastrojów w Europie. A jednak nie stał się przedmiotem zbyt wielu głębszych analiz. Nie zauważyłem też żadnych komentarzy polityków. Naprawdę nie ma nic do komentowania?

A przecież wnioski płynące z lektury sondażu są, delikatnie mówiąc, alarmujące. W grupie najważniejszych państw unijnych, jednocześnie członków NATO – Francji, Niemiec i Włoch – większość obywateli bez zażenowania wyraża pogląd, że ofiary rosyjskiej agresji powinno się pozostawić swojemu losowi. Jednocześnie to właśnie te kraje są najmocniej przekonane, że w razie poważnego zagrożenia militarnego z pomocą ruszą im właśnie Stany Zjednoczone. Kolejny paradoks, choć tylko pozorny, pokazuje, że mimo trudnych do przeoczenia przykładów agresji Putina na Ukrainie ankietowani mieszkańcy Francji, Niemiec i Włoch są coraz bardziej niechętni NATO.

Lęk przed Stalinem

Kto dziś jeszcze pamięta, że NATO powstało znacznie wcześniej niż Unia Europejska i liczy więcej członków? Gdy 1949 roku powstawał pakt północnoatlantycki, lęk przed agresją Stalina na Zachód był ogromny. Nikt nie wątpił, że armia, która zdobyła Berlin, jest w stanie dojść do Gibraltaru. W całej Europie spodziewano się incydentu, który stanie się początkiem nowej wojny.

Anglicy okupujący Włochy obawiali się ataku sił jugosłowiańskiego komunisty Josipa Broz-Tito na Triest. W Berlinie Zachodnim aliantów przeraziła blokada drogowo-kolejowa zarządzona przez Sowietów. Każdy przelot amerykańskich transportowców mógł się zakończyć incydentem zbrojnym, który mógł zamienić wojnę zimną w gorącą.

Niewielu pamięta, jak bardzo zależało wtedy kanclerzowi Konradowi Adenauerowi, aby RFN wraz z nowo utworzoną Bundeswehrą weszła do nowego sojuszu – NATO – jako pełnoprawny uczestnik. Zachodni Niemcy argumentowali, że tylko naród, który będzie gotowy bronić swojej wolności i wolności innych, może być godny zaufania jako stabilna demokracja. Przekonanie to potwierdziła postawa mieszkańców Berlina Zachodniego, którzy wobec wrogich posunięć Sowietów przełamali niechęć wobec zachodnich okupantów i uznali ich za swoich obrońców. W wychłodzonym z powodu blokady transportów węgla mieście w zimie z 1948 na 1949 rok żartowano: „W Berlinie jest zimno, ale na Syberii jeszcze zimniej".

Podobnie wielu Francuzów obawiających się komunistycznego puczu od wewnątrz uznawało obecność amerykańskich garnizonów na swojej ziemi za gwarancję stabilności.

Nowe tabu Europejczyków

Dziś po tych nastrojach nie ma śladu. A większość Niemców, Francuzów i Włochów nie widzi związku między korzystaniem z bezpieczeństwa a gotowością do pomagania innym. Udział w NATO, wcześniej uważany za powód do dumy, stał się reliktem minionej epoki i przestał pasować do antymilitarystycznych nastrojów. I choć w tych krajach dawno zarzucono obowiązkowy pobór do armii, nie zmieniło to niechętnego stosunku do misji wojskowych za granicą. Co więcej, jak wykazał wspomniany sondaż, obywatele Niemiec są przeciwni nawet tworzeniu stałych baz NATO we wschodnich krajach Europy. Uznają je za ryzykowny czynnik, który może rozdrażnić Rosję.

Charakterystyczne jest też podejście Francuzów, Niemców i Włochów do sprzedaży broni Ukrainie. Sam fakt użyczenia sprzętu wojskowego ofierze agresji traktowany jest jako awanturnictwo, a nie pomoc tym, którzy bronią swojej wolności. Amerykanie i Polacy traktują to jako naturalny obowiązek państw demokratycznych.

Ale to nie wszystko. NATO stało się organizacją niemal nieistniejącą w świadomości większości mieszkańców Zachodu. O ile flagi unijne są eksponowane na każdym kroku, o tyle idea wspólnej obrony nie budzi już żadnej pozytywnej emocji. Długie lata głoszono nawet, że nie ma komu zaatakować państwa NATO. Agresja Putina na Ukrainę niewiele tu zmieniła.

Ale może nie ma się czemu dziwić. Unijne instytucje dbają o piar – parady, konkursy wiedzy czy specjalne biura informacyjne. NATO to zaś wielki nieobecny. Nie przypadkiem chyba pomysł zbadania gotowości Europejczyków do walki zbadał ośrodek z USA. I nie jest przypadkiem, że wyniki sondażu nie wywołały w Europie żadnej dyskusji. A przecież powinien to być punkt wyjścia wielkiej akcji tłumaczącej Europejczykom wagę obowiązku wzajemnej obrony. Nic takiego się jednak nie stało. Tak jak w XIX wieku publiczne mówienie o seksie uważano za coś niestosownego, tak na początku XXI wieku mówienie o obowiązkach wojskowych w państwach Europy staje się nowym tabu. Dlaczego Unia potrafi organizować szkolenia na temat segregowania śmieci, a nie do pomyślenia jest kampania społeczna, której celem byłoby budowanie szacunku do wojska? Dlaczego w krajach NATO nie wiszą bannery przypominające zasadę: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego"?

Wojna wojnie

Odpowiedź jest prosta, lecz dla zachodnich społeczeństw mało sympatyczna. Europejczycy przez wygodnictwo wyparli ze świadomości fakt, że wolność to wartość, która istnieje tylko wtedy, gdy ktoś gotowy jest jej bronić.

Oprócz USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Francji i częściowo Polski większość państw NATO dawno już nie uczestniczyła w realnej wojnie. Owszem, Dania czy Czechy wysyłają niewielkie oddziały w misjach pokojowych, humanitarnych i stabilizacyjnych. Ale z prawdziwą wojną – taką jak np. w Afganistanie – nie ma to wiele wspólnego.

Do prowadzenia prawdziwej wojny zdolni są już tylko Amerykanie, może jeszcze Anglicy i Francuzi, ale już nie Niemcy. Może warto wyciągnąć z tego wnioski? Ileż to bowiem razy wyśmiewano Polaków za idealizowanie Ameryki? Sęk w tym, że sondaż Pew Research Center pokazuje wyraźnie, iż ten – wydawałoby się – irracjonalny sentyment do USA ma całkiem racjonalne podstawy. Amerykanie traktują serio ideę wzajemnej pomocy wojskowej członków NATO. To oni okazują się więc warci ciepłych uczuć.

Ameryka nie jest ideałem, bywa cyniczna i perfidna, ale na tle reszty Zachodu zachowuje najwięcej bliskiego Polakom rozumienia dla logiki konfliktu dobra ze złem. Wolności ze zniewoleniem. To Amerykanie od razu zrozumieli, że dostarczanie Ukraińcom broni nie jest wyłącznie czynnikiem wzmagającym konflikt, ale także środkiem budowania godności narodu walczącego o własną wolność. To politycy i generałowie z USA postanowili, że zamiast wycofywać amerykańskie oddziały z ćwiczeń w państwach bałtyckich drogą lotniczą, amerykańska kawaleria pancerna – ku przestrodze Rosji – przejedzie drogami Estonii, Łotwy, Litwy i Polski. Proste? Niby tak, ale jakoś nikt inny nie wpadł na ten pomysł. Ani w Paryżu, ani w Londynie.

To właśnie dlatego wielu Polaków bardziej wierzy w poważne traktowanie postanowień sojuszniczych przez Waszyngton niż przez jakąkolwiek inną stolicę. I to dlatego Polska równolegle do partnerstwa z USA w ramach paktu północnoatlantyckiego powinna pomyśleć o bilateralnej umowie wojskowej z USA. Nie po to, aby osłabić nasze więzi z NATO, ale aby wzmocnić nasze bezpieczeństwo wojskowe dodatkowymi ustaleniami.

Czy to będzie gwarancja, że nikt nas nigdy nie zdradzi? Stuprocentowej gwarancji nie ma nigdy. Ale lepiej wzmacniać współpracę z tymi, których społeczeństwa gotowe są bić się o wolność, niż z tymi, którym ta myśl przestała mieścić się w głowie.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA