fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bogusław Chrabota: Tusk zagadkowy

Donald Tusk 4 czerwca 2019 r. w Gdańsku. Po tym wystąpieniu pytań o jego plany jeszcze przybyło
reporter/ Andrzej Iwańczuk
Były premier coraz bardziej z szansy polskiej opozycji staje się jednym z jej zasadniczych problemów.

Na mnie zawsze możecie liczyć" – wciąż brzmią mi w uszach słowa, którymi puentował swoje przemówienie 4 czerwca na Długim Targu, w gdańskiej enklawie wolności Donald Tusk. Słuchacze reagowali z entuzjazmem, ale kompletnie bez zrozumienia, co przewodniczący ma na myśli. Bo było to skrajnie niejasne. Czy Tusk swoich wyznawców „coachuje"? Czy wygłasza deklarację, że zamierza stanąć na czele opozycji? Czy też decyduje się na dotychczasową rolę Wujka Dobra Rada z niezapomnianego „Misia" Stanisława Barei, podpowiadając takie oto mądrości, że trzeba się trzymać razem, walczyć i nie dać się podzielić. No i wykorzystać internet, kiedy „oni" mają telewizję. Zaiste świetne podpowiedzi. Równie trudno na nie wpaść, jak trafić po wiecu do domu. W pełnym uniesieniu. Z mocną wiarą, ale głową równie pustą jak dotąd.

Naród oczekiwał

Nie po raz pierwszy zresztą. Każde objawienie się Donalda Tuska na polskiej scenie wiąże się z oczekiwaniem przeciwników dobrej zmiany na jakąś ważną deklarację. Czy powie coś ważnego tym razem? Dostawałem esemesy od znajomych i przed ostatnim gdańskim wystąpieniem przewodniczącego. Do tej pory w kolejnych mowach, zarówno tej na Uniwersytecie Warszawskim, jak i na urodzinach „Gazety Wyborczej", był tajemniczy, a niektórzy twierdzą, że lawirował. Owszem, trudno mieć wątpliwości, że popiera opozycję, a nawet sufluje jej scenariusze, ale to mało. Zwłaszcza gdy rozchodziły się dość szeroko wieści o jego prawdziwych (Ruch 4 Czerwca) lub domniemanych planach: „będzie próbował wysadzić Schetynę z siodła", „mobilizuje samorządowców", „będzie ubiegał się o prezydenturę".

Plotka budzi oczekiwania. Temperatura politycznego sporu potęguje echo. Nadzieja, że wróci najlepszy strateg obozu liberalnego rozbudza oczekiwania. A Tusk nic. Jego wystąpienia, choć ideowo jednoznaczne i świetne retorycznie, nie rozwiązywały żadnej zagadki. W tym sensie były puste.

A może nie może

Tego nie jestem pewien. Narracja rządzących, że jako przewodniczący Rady Europejskiej nie ma prawa angażować się w narodową politykę partyjną, jest ściśle intencjonalna. PiS tak właśnie próbuje ustawić Tuska, jako postać z natury neutralną. To dla PiS niewątpliwie wygodne, ale czy w istocie konieczne?

Przede wszystkim prawo europejskie nie zezwala mu na sprawowanie żadnego krajowego urzędu. Ale czy to oznacza, że nie może się o taki ubiegać? Przykład poddanego podobnym ograniczeniom Fransa Timmermansa, wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, temu przeczy. Timmermans nie tylko angażuje się we własną kampanię, ale w czasie kampanii do Parlamentu Europejskiego wspierał partie liberalne za granicą. W Polsce poparł publicznie Roberta Biedronia. Czy ktoś mu tego zakazywał? Nie. Timmermans rozumie po prostu europejską demokrację, która polega na budowaniu wpływu w granicach prawa. Jeśli chce się być wybranym, wzmocnić własną frakcję w PE, trzeba się angażować.

Podobnie mógłby zrobić Tusk. W sensie formalnym nic nie stoi na przeszkodzie, by z wyprzedzeniem poinformował opinię publiczną, że będzie kandydował. Na posła czy prezydenta. Nic go nie ogranicza, by zaczął od miękkiej kampanii, a w określonym momencie złożył rezygnację z zajmowanego stanowiska i poszedł na całość.

Czym jest zaś miękka kampania? To mobilizowanie swoich stronników. Budowanie frakcji, która wyniesie go do władzy. W naszej wersji demokracji taka deklaracja przeniosłaby się łatwo na wybory parlamentarne. Czyżby zatem poważnie nie mógł?

A może nie chce

Donald Tusk zawsze był tajemniczy. O jego planach dotyczących kandydowania na przewodniczącego Rady Europy dowiedzieliśmy się via Berlin. Do końca zaprzeczał i utrzymywał, że zostaje w krajowej polityce. Teraz też nie wiadomo (pewnie i w kręgach mu najbliższych), czy ma determinację, by wrócić do polskiej polityki.

Zapewne swoją decyzję warunkuje kilkoma czynnikami. Nic w tym zresztą specjalnie dziwnego. Jako wytrawny strateg chce – po prostu – wygrać. Nie może sobie pozwolić na porażkę. A więc kalkuluje. Jeśli wygramy wybory parlamentarne, to na tej fali... może. Jeśli przegramy, a wygramy Senat, to będę myślał. Jeśli koalicja się utrzyma i zaakceptuje kandydaturę, to może ma to sens. Itd., itp. Istna polityczna kombinatoryka i hamletyzowanie. Czy zakazane? Nie, w najmniejszym stopniu. Niemniej kompletnie niespójne z zadeklarowaną w gdańskim przemówieniu taktyką wielkiej pracy, determinacji i politycznego optymizmu.

Ludzie słuchają Tuska, by usłyszeć konkrety. Przychodzą na Tuska, by nie tyle karmić się nadzieją, ile usłyszeć plan. A tu żadnego planu nie ma. Są porady. Ale to dla nich za mało.

A może coachuje

Słuchając z uwagą każdego z przemówień Donalda Tuska, nabieram pewności, że przewodniczący zdecydował się na swoisty polityczny coaching. Mobilizuje, zagrzewa do walki, wspiera opozycję. Świeci aureolą wielokrotnego zwycięzcy. Jest żywym przykładem, że z uśmiechem na ustach, w zgodzie z polityczną koniunkturą i z w pełni profesjonalną aparaturą retoryczną można wygrywać.

Jego wystąpienia zachwycają stronników. Daje się na nie nabrać nawet tak szczwany lis jak redaktor Adam Michnik, nie wspominając o innych słuchaczach, którzy zastygają wsłuchani w Tuska w niemym uwielbieniu. A potem godzinami dyskutują o ich sensie.

Problem w tym, że te wystąpienia są trochę jak śpiew homeryckich syren z „Odysei". Zasłuchana klasa polityczna i lojaliści opozycji wsłuchani w ten syreni śpiew zapominają o rzeczywistości. Łudzą się nadzieją, że Tusk rozwiąże polskie problemy, że wróci i wygra. Jednak, na razie, to tylko projekcja ich nadziei i marzeń. Tusk niczego nie obiecał. A w cieniu tej niezłożonej obietnicy są prawdziwe i do natychmiastowego rozwiązania problemy opozycji: kwestia przywództwa, liderów kampanii wyborczej, poszerzenia koalicji, koncepcji list, sojuszy, formy zaangażowania samorządowców etc. Uśmiechy przewodniczącego Tuska i jego coaching w rozwiązaniu tych problemów nie pomagają.

A może źle doradza

Jak bardzo nie pomagają, świadczy jeden – odlepiony od polskiej rzeczywistości – wątek narodowego coachingu a la Donald Tusk. Świadomie pomijam ryzykowną analogię do strajków z 1988 r., bo już ją szeroko w polskiej prasie omówiono. Mam na myśli jego hołdy złożone podczas przemówienia na Długim Targu Lechowi Wałęsie.

W sensie retorycznym – w świecie przedstawionym historycznej starówki Gdańska, kilometr od gdańskich krzyży i Europejskiego Centrum Solidarności – miało to swój sens. Historyczny przewodniczący „S" w tej enklawie jest symbolem, żywym pomnikiem i najlepszym wzorcem. Jednak to tylko logika enklawy. Poza jej granicami Lech Wałęsa jest tylko szacownym emerytem, który w gdańskim wystąpieniu potrafił strzelić takie gafy, jak wezwanie do założenia w Polsce partii LGBT czy oficjalne namaszczenie syna na swojego następcę. Czy to jest wzorzec, który zmobilizuje dzisiejszą opozycję do walki? Zapytam brutalnie. Czyżby Tusk nie pamiętał, że Wałęsa poza swą wartością symboliczną, jako ikona lat 80., ma za sobą nie najlepiej ocenianą prezydenturę (Wachowski, Cybula i falandyzacja prawa), przegrane kolejne wybory i ciągnące się w nieskończoność awantury o rzekomą (bądź prawdziwą) agenturalność? Jaki to więc wzorzec w dzisiejszej układance koalicyjnej? Jaka wartość dodana? Czy aby nie przysłania realnych dylematów i niezbędnych decyzji personalnych?

A może skleja po cichu

Tego nikt z nas obserwatorów nie wie na pewno. Niemniej z pewnością bardziej sensowne od złożenia hołdu Lechowi Wałęsie było wyprowadzenie na scenę czwórki liderów samorządów. Prezydentów czterech ważnych platformerskich miast. Ludzi sukcesu i realnego poparcia. Kto to wyreżyserował? Nie wiem na pewno, ale zakładam, że Donald Tusk uczestniczył w procesie decyzyjnym.

Skądinąd wiadomo, że ideę oparcia się wyborczego na samorządach wspierał już od dawna. To zresztą całkiem logiczne: Hanna Zdanowska, Rafał Trzaskowski, Jacek Sutryk czy Jacek Jaśkowiak to ikony sukcesu, ludzie mający realne poparcie, a przez to pewnie niemałe możliwości mobilizacji swoich elektoratów. Grzechem byłoby nie wykorzystać ich potencjału w zbliżającej się kampanii do wyborów parlamentarnych. Można zresztą z nich uczynić frontmanów; nadają się do tego pewnie świetnie tacy polityczni lodołamacze jak Jacek Karnowski z Sopotu czy nowa gwiazda samorządności Aleksandra Dulkiewicz, następczyni śp. Pawła Adamowicza. Ważna jest też idea wzmocnienia Polski samorządnej, wstęp do tej narracji zrobił zresztą już rok temu Grzegorz Schetyna, proponując pozostawienie całych wpływów z PIT-u samorządowi.

Czy ten wiatr z Trójmiasta coś w Polsce zmieni? Nie wiem. Niewątpliwie wnosi do debaty publicznej ważny temat, merytoryczną świeżość, a dyskusja wobec tych kwestii w kampanii wyborczej może dać opozycji ważny punkt zaczepienia.

Decyzja potrzebna jest już

Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej miał z tym ruchem do przodu coś wspólnego, to jest to sprawa istotna. I politycznie niebanalna. Acz mocno pro futuro. 21 samorządowych postulatów to bowiem tylko wizja, szeroki program, którego realizacja musiałaby się wiązać nie tylko z konsensusem na dole, ale również z konsensusem konstytucyjnym. W dzisiejszych czasach rzecz praktycznie niemożliwa.

A w przyszłości? To już inna sprawa. Bez idei nie byłoby o co walczyć. Ambitne programy są więc konieczne. Ale zostawmy je na boku. Wróćmy do osoby Donalda Tuska. „Lawiruje". „Hamletyzuje". „Kręci". Takich komentarzy wysłuchiwałem po wyrwaniu się z gdańskiej bańki rocznicowej. I to istota rzeczy. Niezdecydowany, czarujący i zagadkowy Tusk staje się bardziej niż aktywem opozycji jednym z jej najważniejszych problemów.

Niezdecydowany, ale obecny na rynku politycznym lider zaciemnia realny obraz przywództwa. Odbiera szansę tym, którzy istotnie grają o życie. Przyćmiewa ich solidną robotę, codzienną orkę, próby walki. Dokąd nie zdecyduje o swojej roli, jest pustą alternatywą dla Grzegorza Schetyny, Władysława Kosiniaka-Kamysza czy ambitnych samorządowców. Pozostawia ich w swoistym zawieszeniu, a wyborców w płonnej nadziei. Jedno i drugie osłabia ich motywację i zmniejsza szanse na sukces. Odsuwa niezbędne decyzje w czasie.

Opozycja czasu nie ma. Jeśli chce się z sukcesem zmierzyć ze świetnie przygotowaną do wyborów partią prezesa Kaczyńskiego, nową strategię musi przyjąć już dziś. Tak więc panie przewodniczący: pańska decyzja potrzebna jest na cito. Wóz albo przewóz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA