fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo karne

Sprawa Kraski: prawdziwy zabójca jest od niedawna na wolności

Fotolia
Jeden z prawdziwych zabójców złodziei samochodów ma przebywać od kilkunastu dni na wolności. Wszystko to ma poświadczać dowód, który w sprawie uniewinnienia Arkadiusza Kraski właśnie trafił do Sądu Najwyższego - podaje Onet.pl.

Kaseta VHS to dowód bezcenny. Jeśli świadkowie nie widzieli zdarzenia lub nie mówili prawdy o przebiegu zbrodni, to jak można im wierzyć, że rozpoznali w mordercy Arkadiusza Kraskę? Dwadzieścia lat temu, w zawładniętym przez mafię Szczecinie, od kul zginęli dwaj złodzieje samochodów: Marek Cisoń i Robert Sajdak. Za ich zabójstwa został skazany Kraska. Jeden z prawdziwych zabójców Cisonia i Sajdaka spędził za kratami 32 lata swojego życia. Od kilkunastu dni jest na wolności - wynika z dziennikarskiego śledztwa Ewy Ornackiej z Onet.pl. 

Ten dowód to nagranie VHS ze stacji benzynowej przy ul. Kopernika w Szczecinie, które 20 lat temu nie trafiło do akt sprawy, a które uwieczniło zbrodnię. Dzięki obróbce cyfrowej widać na nim nie tylko sylwetki, ale nawet pociski, które śmiertelnie trafiły dwóch mężczyzn. Na nagraniu jest wszystko, tylko nie twarze sprawców.

Czytaj także: Sprawa Kraski: skąd nagła zmiana zdania prokuratury

Ale to dowód bezcenny. Jeśli świadkowie nie widzieli zdarzenia lub nie mówili prawdy o przebiegu zbrodni, to jak można im wierzyć, że rozpoznali w mordercy Arkadiusza Kraskę?

Sprawa jest szokująca, bo właśnie ten najważniejszy, cudem zdobyty dowód został przesłany wraz z wnioskiem Prokuratora Regionalnego w Szczecinie, niweczącym starania prokurator Barbary Zapaśnik o uniewinnienie Arkadiusza Kraski. 

Przypomnimy, że w sprawie Arkadiusza Kraski wszystko wydawało się iść w jednym kierunku: uniewinnienia. Prokuratura sama złożyła o to wniosek, a Sąd Najwyższy zadecydował o zawieszeniu kary więzienia.

Tymczasem, na pięć dni przed samym posiedzeniem, prokuratura wycofała się z wnioskiem o uniewinnienie mężczyzny. Dlaczego? To opisaliśmy wczoraj.

W co się bawią stróże prawa

Dwadzieścia lat temu, w zawładniętym przez mafię Szczecinie, od kul zginęli dwaj złodzieje samochodów: Marek Cisoń i Robert Sajdak. Zmęczeni strzelaninami mieszkańcy miasta i pogrążone w żałobie rodziny z ulgą przyjęły wiadomość o aresztowaniu podejrzanego. Z oficjalnych komunikatów prasowych policji wynikało, że Arkadiusz Kraska był osobą zdemoralizowaną, a materiał dowodowy jednoznacznie świadczył o jego winie. Co innego już wtedy mówiła ulica: że kto inny ma krew na rękach.

Arkadiusz Kraska ps. Willy znał z widzenia policjantów, którzy dwadzieścia lat temu zatrzymali go pod zarzutem podwójnego zabójstwa. Widywał ich regularnie w ekskluzywnej agencji towarzyskiej, gdzie pracował jako ochroniarz. Co najmniej raz w miesiącu lokal oddawano do ich wyłącznej dyspozycji. Funkcjonariusze pili do upadłego  i korzystali z usług prostytutek. Wszystko za darmo, można powiedzieć - na koszt firmy.

Lokal mieścił się w poniemieckiej willi, w spokojnej dzielnicy na tyłach Urzędu Miejskiego. Podobnie jak wszystkie tamtejsze agencje towarzyskie był kontrolowany przez mafię.

- Dziwiła mnie zażyłość moich kolegów z półświatka ze stróżami prawa, parę razy wyraziłem głośno swoje zdanie, ale nie miałem nic do gadania, bo byłem zwykłym wikidajłą – wspomina Arkadiusz Kraska. - Mieszkańcy okolicznych domów wielokrotnie pisali petycje do włodarzy miasta i szefów policji z prośbą o likwidację kłopotliwego sąsiedztwa, ale niczego nie wskrórali. Nie mieli pojęcia, przeciwko komu i jakim układom występują.

Zaprzyjaźnieni z przestępcami policjanci bywali również w wydzielonych do schadzek pokojach hotelu Gryf, nieopodal Prokuratury Okręgowej. Właścicielem  tego przybytku był rekin półświatka, który po aresztowaniu słynnego Oczki ogłosił się jego następcą. Wsławił się m.in. zleceniem zabójstwa rezydenta białoruskiej mafii w Polsce (do czego się przyznał) i oblania kwasem księgowej mafii (czego mu nie udowodniono).  

Człowiek ten do dziś budzi postrach - wszyscy jego wrogowie źle kończą lub przepadają bez śladu. Nie będziemy ujawniać jego pseudonimu, aby medialnie nie budować kolejnej, bandyckiej legendy. Dziś rekin półświatka przebywa w więzieniu w Czarnem, ale niebawem wyjdzie, bo on zawsze wychodzi, więc kto nie musi niech o niego nie pyta.

- Tylko ten człowiek mógł zlecieć zabójstwo Marka Cisonia i nie ponieść za to odpowiedzialności – twierdzi świadek zeznający w sprawie Arkadiusza Kraski, który o przestępczości w Szczecinie wie niemal wszystko.

- Ktoś go chroni? – pytamy.

- Ma wiele rozległych znajomości jeszcze z lat 90., a one do dziś procentują.

- Skąd te znajomości?

- Pokoje w hotelu Gryf, poza wygodnymi łóżkami wyposażono w ukryty monitoring. Swego czasu głośno było o taśmach z udziałem policjantów, „trzech muszkieterów” z prokuratury i ekscesach – byłego już – sędziego. Sędzia lubił trójkaty, odgrywał w nich rolę kochanka przyłapanego z „mężatką” przez „zdradzanego męża”.

Nasz rozmówca twierdzi, że jeden z bywalców suto zakrapianych imprez, prokurator pnący się po szczeblach kariery, zablokował w 2002 roku ponowne śledztwo w sprawie, za którą skazano Arkadiusza Kraskę. Chciała je prowadzić prokurator Barbara Zapaśnik – ta sama, która w marcu tego roku zawnioskowała do Sądu Najwyższego o uniewinnienie Kraski.

Prokurator Barbara Zapaśnik pracowała wtedy w Wydziale do Spraw Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

- Byłam u niej już po skazaniu mojego brata, ponieważ pojawiła się nadzieja na jego uwolnienie – wspomina Dorota Berg, siostra Arkadiusza Kraski. – Podziwiałam ją za odwagę, chciała postawić przed sądem prawdziwych sprawców. Naszą rozmowę przerwał jej przełożony, który wezwał ją do siebie. Pani prokurator wróciła zdenerwowana. Powiedziała, że ktoś inny się tym zajmie.



Zacieranie śladów zbrodni

Zabójców było co najmniej dwóch: jeden strzelał z ulicy, drugi – z samochodu. Kilka chwil później, pod oknami Aresztu Śledczego ktoś wykrzyczał nazwisko tego pierwszego. Wielu go znało, to wierny żołnierz rekina półświatka. Sam nigdy nie podniósłby ręki na Marka Cisonia, ale bez mrugnięcia okiem  wykonałby polecenie szefa.

Doktor Ewa Kramarz – biegł psychiatra w rozmowie z autorką nazywa go familiarnie „Piotrkiem”.

– Był u mnie na oddziale (psychiatrii sądowej szczecińskiego aresztu – przyp. eo) w charakterze sprzątającego – wspomina. – Ciągle nas podsłuchiwał, a gdy go na tym złapano stawał w kącie i głupkowato się uśmiechał.

Szczecińscy gangsterzy z lat 90. twierdzą, że „Piotrek” nie potrafił się bić, dlatego zawsze nosił broń i sięgał po nią szybko. Na portrecie pamięciowym z miejsca zbrodni, za którą skazano Arkadiusza Kraskę, wyszedł jak malowany. Ale prowadzący sprawę policjanci wmówili świadkom, że widzieli kogoś zupełnie innego.

- Willy idealnie nadawał się na kozła ofiarnego: nikt za nim nie stał, nie miał bogatej rodziny, która opłaciłaby wyszczekanego adwokata, a zakuty w kajdanki zachowywał się jak psychopata – tłumaczy ex-policjant CBŚ, który od lat zabiegał o uwolnienie Arkadiusza Kraski. - Nieważne, że był niewinny. Ważne, że pasował do profilu sprawcy.

Jak to możliwe, że tak sprawnie zamieniono portrety i podejrzanych?

Wyjaśniła to po latach prokurator Barbara Zapaśnik, krok po kroku odtworzyła zacieranie przez policjantów śladów, które mogli pozostawić mafijni killerzy. Opisała to szczegółowo we wniosku o uniewinnienie Arkadiusza Kraski. Niestety, wciąż tajnym wniosku.

 Wrabianie Willego zaczęło się już na miejscu zbrodni – wskazują rozmówcy.

- Świadczy o tym materiał, dostarczony nam następnego dnia, gdzie wszystko było już dopracowane – przekonuje były prokurator z Prokuratury Rejonowej Szczecin -Śródmieście.

Miejsce zbrodni „przesunięto” o kilkadziesiąt metrów, aby pasowało do łusek podrzuconych przez pasierba „Piotrka” tuż po zabójstwie. Nikogo, tzn. ani prokuratora, ani później sędziego nie zastanowiło, że nigdzie nie było krwi, chociaż rany po kulach przeszły na wylot, a wtedy zawsze jest krwawienie.

- Nie było krwi, bo wszystko rozegrało się w innym miejscu, na trawniku, a nie na ulicy, jak kłamliwie zeznali świadkowie – mówi detektyw (niegdyś oficer CBŚ), który pomagał prokuraturze w demaskowaniu policyjnego matactwa. – Jeden ze świadków nie chciał kłamać, więc pewnie dlatego następnego dnia wypytywało o niego dwóch osiłków, którzy dostali jego adres od funkcjonariuszy.

Sfałszowano też protokoły zeznań policjantów, którzy mieli tego dnia dyżur i jako pierwsi pojawili się ma miejscu strzelaniny. Wyeliminowano z nich nazwiska naocznych świadków.

 - Właśnie na tę okoliczność powołuje się prokurator Artur Maludy w swoim wniosku twierdząc, że tak mogło się zdarzyć i że była to nieudolna ochrona danych świadka incognito. Tymczasem przesłuchani już przez panią prokurator Zapaśnik funkcjonariusze tego nie potwierdzają – mówi mecenas Michał Kałużny.

Rezygnowano ze świadków, którzy mówili jak było, a nie jak chciała policja. Nie przesłuchano ich ani w śledztwie, ani podczas procesu. Jedną z takich osób był pewien złodziejaszek. Znalazł się na stacji benzynowej niemal w tej samej chwili, co dyżurni policjanci. Widział ciała, więc mógł zdemaskować matactwo odnośnie miejsca zbrodni. Tajemnicę zabrał do grobu - rok później został śmiertelnie pobity. „Piotrek” przyłożył do tego rękę, dostał za to 12 lat więzienia, a kompan, którego wziął do mokrej roboty – dożywocie.

- Przebieg zdarzenia wymyślono: że na ulicy stało kilku mężczyzn, kłócili się, potem bili, nagle mężczyzna, który w starciu przegrywał wyciągnął broń i zaczął strzelać. Dwaj uczestnicy zajścia rzekomo zaczęli uciekać trawnikiem w stronę stacji benzynowej, a tamten strzelał im w plecy. Wszystko to bujda, żadnej bijatyki nie było, a Marek Cisoń nie mógł uciekać, bo dostał kulę w serce, więc od razu padł – mówi były oficer CBŚ.

Prokurator i sędzia otrzymali spreparowane akta.

- Ja też pracowałam na tych aktach, ponieważ sąd powołał mnie do sprawy w charakterze biegłego psychiatry – podkreśla doktor Ewa Kramarz. – Z dokumentów nie wynikało, że w postępowaniu przygotowawczym mataczono.

Wisienką na torcie miało być, według założeń gangsterów w mundurach, błyskawiczne ujęcie podejrzanego. W tym celu poinstruowano świadków, na którego z ustawionych za lustrem weneckim mężczyzn mieli wskazać palcem. Wystarczyło powiedzieć : „To ten”. Policjanci nie prosili, ale wydawali polecenia, a świadkowie im ulegali „rozpoznając”  Willego, chociaż wcześniej mówili opisywali kogoś zupełnie innego.

– Zabrano nam to śledztwo, przekazano wyżej – wspomina prokurator z rejonu.

W Prokuraturze Okręgowej poprowadził je prokurator Zbigniew Kałużny (zbieżność nazwisk adwokata i prokuratora jest przypadkowa).

- Żalił mi się, że on nie chciał tej sprawy, dlatego w ogóle nie przychodził do mnie do aresztu – opowiada Willy. – Powiedział to wprost, na sam koniec śledztwa i prosił, abym mu żadnych wniosków nie składał, bo „on chce to zakończyć”. Gdybym się nie uparł, pierwszy portret pamięciowy sporządzony na postawie zeznań jednego ze świadków incognito nigdy nie trafiłby do akt jako dowód. Mężczyzna z portretu w niczym mnie nie przypominał.

Prokurator Zbigniew Kałużny pracuje dziś w szczecińskim oddziale IPN i nie wypowiada się o dawnych sprawach. – Mogę panią skierować do rzecznika prasowego IPN a Waszszawie, ale w tym przypadku nie wiem, czy to ma sens – oznajmiła osoba z sekretariatu dyrektora IPN w Szczecinie

W 2016 roku autorka rozmawiała z prokuratorem Kałużnym i zapytała, w jaki sposób nadzorował pracę policji. Odpowiedział, że sprawy właściwie nie pamięta, a do funkcjonariuszy miał zaufanie, ponieważ mieli doświadczenie.

Mówił wtedy o dwóch asach z wydziału kryminalnego komendy wojewódzkiej, którzy ukoronowali matactwa kolegów z rejonu.

Pierwszy pracował jako przykrywkowiec. Wcielał się w rolę gangstera,  w rzeczywistości rozpracowując mafijne struktury. W ściśle tajnych operacjach przejmował broń i narkotyki. Kilka lat temu odszedł z policji w niesławie. Drugi cieszył się nienaganną opinią, pracuje dziś w branży detektywistycznej.  Arkadiusz Kraska zawdzięcza im dwadzieścia lat w więzieniu „za darmo”.



Jeden z zabójców Marka Cisonia i Roberta Sajdaka, o którym tu wspomina Onet.pl, spędził za kratami 32 lata swojego życia. Od kilkunastu dni jest na wolności, wyszedł za kaucją. Po Szczecinie porusza się bez obstawy, bo nie widzi powodów, aby się czegokolwiek obawiać.

 – Sprawa strzelaniny na Kopernika? Nic na mnie nie mają, przecież nawet mnie do niej nie przesłuchali –  miał powiedzieć kolegom zatroskanym o jego dalsze losy. Koledzy przeczytali w Wirtualnej Polsce, że po latach, w śledztwie prokurator Barbary Zapaśnik, nowi świadkowie wskazują właśnie na niego. – Ty tego nie lekceważ, potraktuj to jako ostrzeżenie, bo zdechniesz za kratami – doradzali, ale on się tylko śmiał.

Jeżeli Sąd Najwyższy nie uniewinni Arkadiusza Kraski, przez co najmniej rok – do zakończenia nowego procesu – on i cała reszta mogą spać spokojnie. Żadnego śledztwa przeciwko nim nie będzie.



Źródło: onet.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA