fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Powstanie Warszawskie

Spór o Powstanie Warszawskie. Najgorętsza debata toczyła się na emigracji

AFP
Powstanie Warszawskie to jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski w XX wieku. Można je odczytywać na trzech płaszczyznach – lokalnej, krajowej i międzynarodowej. Dyskusja poświęcona jego celowości i znaczeniu pozostają wciąż żywym tematem.

W związku z przypadającą 1 sierpnia 75. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy tekst, który ukazał się w "Plusie Minusie" w 2018 roku.

Pierwszą jest perspektywa warszawska, lokalna, z której jawi się ono jako najistotniejszy element tożsamości miasta. Ponad 150 tysięcy mieszkańców miasta straciło wówczas życie, pozostałych wypędzono. Miasto zostało niemal zrównane z ziemią. To właśnie wówczas, w 1944 roku, z powierzchni ziemi zniknęła jedna Warszawa, na której miejscu pojawiła się po wojnie druga, całkiem inna. Powstanie łączy obie Warszawy, stając się elementem kluczowym dla zrozumienia współczesnej stolicy Polski.

Drugim poziomem rozumienia powstania jest perspektywa ogólnopolska. Część Warszawy przez te dwa miesiące była wolną Polską z legalnymi władzami, administracją, armią i wszystkimi atrybutami państwowości. Powstańcza Warszawa była Rzeczpospolitą, niedoszłą III RP, która mogłaby powstać po wojnie, gdyby totalitarny plan Stalina nie udaremnił tej szansy. Co więcej, owa Rzeczpospolita była państwem nowoczesnym i demokratycznym – w ekstremalnych warunkach ciężkiej bitwy miejskiej wydano dwa Dzienniki Ustaw, tworzące ramy prawne dla krajowych władz cywilnych oraz przygotowujące podstawy prawne wolnego państwa po wojnie.

Trzecia płaszczyzna ukazuje najszerszą formułę percepcji powstania – pozwalającą zrozumieć historię II wojny światowej oraz dzieje XX wieku w Europie. Bezpośrednio pokazuje sytuację całej Europy Środkowej pod koniec wojny, w której uniknięcie totalitarnego reżimu było niemożliwe. Na przykładzie Powstania Warszawskiego widać również udział trzech stron, a nie jak zwykło się uważać (zwłaszcza na Zachodzie) – dwóch (dobro i zło). W rzeczywistości Sowieci dopiero po niemieckiej agresji w 1941 r. weszli w skład koalicji antyhitlerowskiej, zaś ich cele nigdy nie były tożsame z celami aliantów zachodnich. Najdotkliwiej ten fakt odczuły kraje środkowoeuropejskie, inkorporowane bądź zsowietyzowane przy pozostawieniu formalnej niepodległości. Kulminacyjnym dowodem sowieckich intencji, który nie pozostawiał jakichkolwiek złudzeń, było pozostawienie powstania bez pomocy.

Spór rozpoczął się przed wybuchem

Trudno się zatem dziwić, że tak istotne i złożone wydarzenie, które dotknęło setek tysięcy ludzi, do dziś budzi gorące emocje i żywe dyskusje, a także polemiki. W dyskursie tym udział biorą specjaliści – historycy, wojskowi, politologowie czy socjologowie. W sprawie sensu narodowego zrywu głos zabierali również najważniejsi polscy literaci, intelektualiści, przywódcy polityczni i duchowi czy publicyści. Spór ten osiąga wysoką temperaturę, zaś dyskutantom czasem brakuje umiaru w głoszeniu swoich sądów.

Faktyczny spór o powstanie rozpoczął się jeszcze przed jego wybuchem. Ostatnie dni lipca 1944 r. w Komendzie Głównej AK były okresem niezwykle gorących dyskusji, choć zasadnicze pytanie nie brzmiało „czy?", tylko „kiedy?". Obok zwolenników jak najrychlejszego wybuchu powstania, obawiających się przegapienia odpowiedniej chwili (należeli do nich gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek" oraz płk Jan Rzepecki „Prezes"), w dyskusji udział brali oficerowie znacznie wyżej oceniający ryzyko przedwczesnego uderzenia na siły niemieckie (jak np. płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Heller"). Najostrożniejszy wydawał się płk Janusz Bokszczanin „Sęk", twierdzący: „ja ich [Sowietów] znam, oni nie przybędą, pozostawią nas samych Niemcom", a także „Dopóki Rosjanie nie położą ognia artyleryjskiego na miasto na lewym brzegu Wisły, nie wolno nam się ruszyć!".

Najpełniejszy obraz sytuacji miał słynny „Kurier z Warszawy", Jan Nowak-Jeziorański, który do stolicy przybył z misją poinformowania władz w kraju o sytuacji międzynarodowej i o braku szans na wsparcie powstania przez aliantów. Jak sam wspominał, 29 lipca po spotkaniu w Komendzie Głównej AK zrozumiał, że jego misja jest spóźniona, a decyzja zapadła. Pozostało tylko pytanie o to, kiedy ono wybuchnie. Dzień później usłyszał od Delegata Rządu na Kraj, Jana Stanisława Jankowskiego, plastyczne porównanie AK w stolicy z człowiekiem przez pięć lat rozpędzającym się do skoku przez mur. Jankowski twierdził, że nie można wydać komendy „stop!" na krok przed murem, bo człowiek ten już nie wyhamuje. W takiej właśnie sytuacji było według niego szykujące się do powstania dowództwo AK.

Nowak miał informacje zarówno od władz polskich na uchodźstwie, jak i z Warszawy. Zdawał sobie więc sprawę, że liczenie na pomoc z zachodu jest złudne. Jednocześnie jednak zrozumiał, że walka była konieczna. W kolejnych latach wielokrotnie dawał temu wyraz, przy okazji kolejnych rocznic mówiąc i pisząc o tym w mediach emigracyjnych. Po wybuchu powstania w Warszawie skończyły się wszelkie spory, zaś udział w nim wzięli również przedstawiciele środowisk sceptycznie lub wręcz krytycznie odnoszących się do tego pomysłu. Otwarta krytyka pojawiła się natomiast na uchodźstwie, gdzie głównym jej wyrazicielem był gen. Władysław Anders (sam notabene krytykowany za olbrzymie straty w bitwie pod Monte Cassino), który 18 sierpnia pisał: „Nikt nie miał u nas złudzenia, żeby bolszewicy pomimo ciągłych zapowiedzi pomogli stolicy. W tych warunkach stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność?"

Słowa te padły już po zakończeniu wizyty premiera Stanisława Mikołajczyka w Moskwie oraz niepozostawiających żadnych wątpliwości co do sowieckich intencji deklaracji Stalina. Sowiecki dyktator podkreślał, że powstanie zostało wywołane bez uzgodnienia z Armią Czerwoną i ma antysowiecki charakter. Stalin twierdził, że wojsko sowieckie nie jest w stanie pomóc walczącym: „Liczyłem się z tym, że już 6 sierpnia wkroczymy do Warszawy, ale to nie udało się. [...] Szkoda mi waszych ludzi, którzy stanęli przedwcześnie do walki w Warszawie". Kreml całkowicie i celowo bagatelizował siłę Armii Krajowej – 5 sierpnia Stalin pisał do Churchilla: „Myślę, że zakomunikowane Panu przez Polaków informacje są bardzo przesadzone i nie budzą zaufania. [...] Armia Krajowa Polaków składa się z kilku oddziałów, które niesłusznie nazywają siebie dywizjami. Nie mają one ani artylerii, ani lotnictwa, ani czołgów. Nie wyobrażam sobie, jak takie oddziały mogą zdobyć Warszawę". W kolejnych dniach dyktator zaostrzył retorykę, zapowiadając, że nie chce mieć nic wspólnego z warszawską awanturą.

Podobne stanowisko przyjęli polscy komuniści, którzy jednak próbowali też przekonywać, że główną siłą biorącą udział w powstaniu jest Armia Ludowa, zaś rola Armii Krajowej – niewielka. Szczytem cynizmu wykazała się Wanda Wasilewska, która 6 sierpnia w rozmowie z premierem Stanisławem Mikołajczykiem w Moskwie stwierdziła: „Panowie są źle poinformowani i to celowo, o tym, co się dzieje w kraju. Pan mówi o walce, która się zaczęła 1 sierpnia w Warszawie. Tu są ludzie, którzy wyszli 4 sierpnia z Warszawy i mówią, że tam był zupełny spokój".

Komunistyczna propaganda

Upadek Powstania po dwóch miesiącach ciężkich walk, od 120–180 tys. ofiar (zarówno cywilów, jak i powstańców) oraz zrujnowane miasto, spowodowały, że dyskusja nad jego celowością rozgorzała na nowo. Co więcej, nieudana próba ocalenia niepodległości kraju spowodowała, że nieskrępowana debata możliwa była jedynie na emigracji. W Polsce reżim komunistyczny nie chciał i nie mógł do niej dopuścić.

Oczywiście, komunistyczna propaganda miała różne fazy i momenty. W początkowym okresie, zwłaszcza w latach 1944–1956, przedstawiciele reżimu starali się wmówić społeczeństwu, że AK kolaborowała z Niemcami, zaś jej żołnierze przedstawiani byli nieraz jako bandyci. Nie przypadkiem wówczas prześladowania spotykały przedstawicieli tych środowisk, z najbardziej spektakularną akcję wymierzoną w żołnierzy batalionu „Zośka" na czele. Jednocześnie jednak komuniści zdawali sobie sprawę, że nie sposób powstania całkowicie przemilczeć, a część z nich miała też świadomość, że zbyt prymitywna i niewiarygodna propaganda może przynieść więcej szkody niż pożytku. Stąd po 1956 r. równolegle pojawiła się interpretacja bardziej wysublimowana, która w różnej postaci prezentowana była do 1989 roku. Sformułował ją jeszcze w 1945 roku I sekretarz KC PPR, Władysław Gomułka, który zarysował linię podziału między „bohaterskimi szeregowymi powstańcami" a dowództwem. Temu ostatniemu zarzucił chęć przywrócenia stosunków sprzed wojny, próbę wzniecenia wojny domowej i obalenia PKWN, dążenie do zaostrzenia stosunków polsko-sowieckich, osłabianie jedności alianckiej oraz prowadzenie kampanii propagandowej przeciwko „siłom demokracji". Interpretacja ta pozostawała główną oficjalną linią narracyjną po okresie stalinizmu, choć również po 1956 roku pojawiały się chwile większej lub mniejszej swobody wypowiedzi, łączące się z kolejnymi etapami „odwilży" i „dokręcania śruby". Rola Sowietów i państwowotwórcza strona powstania cały czas wszakże oficjalnie pozostawały tematami tabu.

W tej sytuacji trudno było o swobodę dyskusji w Polsce – z jednej strony cenzura nie dopuszczała głosów, które mogłyby naruszyć podstawy oficjalnej propagandy, z drugiej zaś wszelka krytyka była utrudniona ze względów moralnych. Krytycy narażali się na zarzut „kolaboracji z reżimem" – ponieważ „wszyscy porządni ludzie" nie wierzyli oficjalnej propagandzie, „musieli" być zwolennikami powstania. Oczywiście, jak od każdej reguły, również w tym przypadku znaleźć można wyjątki – jeszcze w październiku 1944 roku w Krakowie Józef Mackiewicz opublikował krytyczną broszurę „Optymizm nie zastąpi nam Polski", później zaś bodaj najbardziej znaną pozostaje krytyka formułowana przez Stefana Kisielewskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że równolegle z propagandą w społeczeństwie żywa była całkowicie odmienna pamięć powstania. Mit wielkiej walki o wolność, niepodległość i demokratyczne nowoczesne państwo po wojnie pozostawał żywy w relacjach rodzinnych, od lat 70. zaś wzmacniany był poprzez publikacje drugiego obiegu.

Do wroga strzelano z brylantów

Najbardziej ożywiona i gorąca debata toczyła się na emigracji, gdzie pozostało wielu żołnierzy, dowódców i polityków, którzy nie mogli wrócić do kraju. Dyskurs ten toczył się na kilku płaszczyznach, od personalnego sporu o przesłanki do podjęcia decyzji o wybuchu, poprzez konflikt o wektory polskiej polityki i dyplomacji w czasie wojny, aż po najbardziej fundamentalny – o polską tradycję i historię widziane poprzez doświadczenie Powstania. Na dwóch pierwszych polach ścierały się racje głównych aktorów tego dramatu przebywających w sierpniu i wrześniu 1944 r. w Warszawie i Londynie, podejmujących strategiczne decyzje. Można zauważyć, że przewagę mieli w tym wypadku krytycy – wywodzący się głównie z londyńskich kręgów decyzyjnych, których nie było w lipcu 1944 roku w stolicy Polski. Krytyka polityczna wywodziła się przede wszystkim z kręgów piłsudczykowskich (jak gen. Kazimierz Sosnkowski, Władysław Pobóg-Malinowski oraz endeckich (m.in. Jędrzej Giertych, Wojciech Wasiutyński oraz Jan Ostoja Matłachowski). Decyzji bronili zaś głównie jej autorzy, którzy na uchodźstwie pozostali – jak gen. Tadeusz Bór-Komorowski i gen. Antoni Chruściel.

Najszersze kręgi zatoczył jednak spór wśród najwybitniejszych intelektualistów, publicystów, literatów i filozofów. To z pewnością środowisko paryskiej „Kultury" (Jerzy Giedroyc, Juliusz Mieroszewski), Stanisława Cata-Mackiewicza, Józefa Łobodowskiego czy Melchiora Wańkowicza, po stronie obrońców natomiast Jana Bielatowicza, ks. Kazimierza Kantaka czy Tymona Terleckiego.

Tu także podstawowy poziom sporu dotyczył samej decyzji o rozpoczęciu walk w Warszawie. Jej przeciwnicy dysponowali potężnym arsenałem argumentów – liczba ofiar, wypędzeni mieszkańcy stolicy oraz zrujnowane miasto – trudno było zaprzeczyć mocy tych argumentów. Co więcej, krytycy podkreślali, że ta gigantyczna ofiara nie przyniosła żadnej korzyści – nie tylko nie uratowano niepodległości, a w dodatku utracony został główny ośrodek intelektualny, kulturalny i polityczny, źródło oporu wobec niemieckiego zniewolenia, tak potrzebne w obliczu zniewolenia sowieckiego. Z największą mocą podkreślano, że stracony został też kwiat młodej inteligencji, owe brylanty, którymi strzelano do wroga.

Obrońcy słuszności decyzji o wybuchu powstania twierdzili, że teza o nieuchronności klęski jest nieuzasadniona. Podkreślali, że plany militarne przygotowano poprawnie, co potwierdzały także oceny dokonywane przez niemieckie dowództwo. Czynnikiem, który zaburzył te kalkulacje, była trudna do przewidzenia i bezsensowna z militarnego punktu widzenia decyzja Związku Sowieckiego o wstrzymaniu ofensywy na kolejnych kilka miesięcy. Według takiej interpretacji podjęte zostało duże ryzyko, jednak konieczne, gdyż jedynym innym rozwiązaniem byłaby całkowita kapitulacja wobec wkraczającej Armii Czerwonej, ergo – zgoda na zniewolenie. Założenia czynione były ponadto na podstawie niepełnych danych, zaś wszelkie oceny post factum nie biorą tego elementu pod uwagę. Najzwięźlej tę linię argumentacji ujął w dwa dni po podpisaniu aktu kapitulacyjnego Aleksander Kamiński: „Walka jest ryzykiem. Stąd też nie zawsze może się kończyć zwycięstwem".

Między 1939 a 1944 rokiem

Zdebatą o wybuchu powstania nierozerwalnie związana była dyskusja nad polską polityką prowadzoną podczas II wojny światowej. Obrońcy decyzji o jego rozpoczęciu argumentowali, że było ono logiczną konsekwencją wcześniejszych pięciu lat od chwili powołania do życia Polskiego Państwa Podziemnego. Ta linia argumentacji szła tropem na gorąco wypowiedzianego przez Jankowskiego porównania z rozpędzonym człowiekiem szykującym się do skoku. Negowanie koncepcji Powstania Warszawskiego można byłoby w myśl tej argumentacji kontynuować i zgodnie z taką logiką całość polskiej polityki od 1939 r. i podjęcie walki z Hitlerem.

O ile część krytyków przychylała się do takiej analizy i twierdziła, że w 1939 roku faktycznie należało się porozumieć z Hitlerem, główny nurt krytyczny raczej twierdził, że nie można porównywać sytuacji w 1939 i 1944 roku. W myśl tej argumentacji istotne było, że w 1939 roku istniał rząd, armia, polska była suwerennym państwem z wszystkimi atrybutami i związanym sojuszami. To powodowało, że ryzyko militarne należy uznać – mimo porażki – za racjonalnie skalkulowane. W 1944 roku było inaczej – wobec ustaleń konferencji w Teheranie i klęski akcji „Burza" należało uznać, że sprawa polska była już przegrana. Ta argumentacja spotykała się z kolei z ripostą idącą w dwóch kierunkach. Podstawowa linia obrony powstania podkreślała, że naród jest organizmem bardzo złożonym i nie jest możliwa nagła i radykalna zmiana funkcjonowania – skoro w 1939 roku podjęto decyzję o walce na śmierć i życie, nie była możliwa jej raptowna korekta w pięć lat później. Po drugie zaś, skoro irracjonalną była decyzja o walce w Warszawie, gdyż „sprawa polska była przegrana", to nie mniej bezsensowne mogą się jawić wysiłki polskich żołnierzy pod Monte Cassino, w Normandii czy pod Arnhem, skoro wówczas także już nie walczyli „o swoją sprawę".

Teza o nieuchronności wybuchu powstania pojawiała się w tej debacie zresztą wielokrotnie, co więcej wykorzystywana była przez obie strony sporu. Z jednej, zwolennicy podkreślali, że decyzja o kontynuacji walki po porażce we wrześniu 1939 roku wprost prowadziła do kolejnej, z lipca 1944 roku o podjęciu walki powstańczej w Warszawie. Argumentację tę wzmacniano przywoływaniem atmosfery stolicy po pięciu latach brutalnej okupacji i dążeniem do odwetu, które mogłoby znaleźć ujście niekontrolowane, gdyby nie powstanie. Ten sam argument wykorzystywany był także przez krytyków powstania. Twierdzili oni, że o ile faktycznie jego wybuch był nieunikniony, świadczy to jedynie o niedojrzałości społeczeństwa i nadmiernie emocjonalnym stosunku do polityki.

Ta perspektywa przenosi nas na najwyższy poziom debaty wokół powstania – dyskursu o polskiej tradycji narodowej i historii. Główną linię sporu wyznaczały romantyzm i tradycja insurekcyjna. W tej interpretacji Powstanie Warszawskie było ich zwieńczeniem, zaś jedynie romantyzm pozwalał odnaleźć sens w tragicznym wydarzeniu. Ofiara poniesiona przez naród nie była w tej logice daremna – miała dać moralną siłę na nadchodzące lata niewoli. Jak pisał Jan Bielatowicz: „Lecz na miły Bóg, nie mówmy o winie! Wszak Powstanie było nie tylko dziejową koniecznością między dwiema niewolami, ale bodaj najwspanialszym czynem w ciągu ostatnich lat kilkudziesięciu, płonącą pochodnią, zapaloną przez naród na długie lata niewoli".

Z kolei dla krytyków powstania, i szerzej, tradycji insurekcyjnej, romantyzm był szkołą politycznej nieodpowiedzialności. Według nich polskie powstania były dowodem na brak politycznego realizmu i długofalowej dbałości o narodowe interesy przy użyciu innych metod niż walka zbrojna. Wychodząc z takiego założenia, wnioskowali, że konieczne jest przekształcenie polskiej tożsamości narodowej, zastępując ją postawą bardziej pozytywistyczną, kładącą nacisk na rozwój cywilizacyjny społeczeństwa i unikanie nieproporcjonalnych strat.

W pewien sposób Powstanie Warszawskie spełniło rolę hamulca dla kolejnych zrywów. Powstanie poznańskie w 1956  roku  nie przekształciło się w ogólnopolską konfrontację, zaś kolejne pokolenie podjęło próbę fascynującej syntezy obu tradycji – romantycznej i realistycznej, poprzez „samoograniczającą się rewolucję” pierwszej „Solidarności”. O ile jej przywódcy byli realistami i przeprowadzili pierwsze w dziejach Polski bezkrwawe powstanie, to zaczyn pod nie położył papież Jan Paweł II podczas swej pierwszej pielgrzymki do kraju w 1979 r. W słynnej homilii na pl. Zwycięstwa w Warszawie mówił: „Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbe w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego jeszcze jednego i tego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus”. Połączenie obu tradycji, romantycznej i pozytywistycznej w 1989 r. doprowadziło do zwycięstwa – odzyskania wolności.

 

- Dr Paweł Ukielski, wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego

Publikacja realizowana w ramach projektu

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA