fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Powstanie Warszawskie

Warszawa po powstaniu: Ludzie z umarłego miasta

Samotny warszawski robinson w ruinach Warszawy. Kadr z filmu „Pianista” (2002 r.) opowiadającego o losach Władysława Szpilmana.
materiały prasowe
Po upadku powstania Warszawa opustoszała. Nie do końca jednak. Wśród gruzów zrujnowanych kamienic kryła się garstka zdesperowanych ludzi – warszawscy robinsonowie.

W związku z przypadającą 1 sierpnia 75. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy tekst, który ukazał się w "Rzecz o historii" w 2017 roku.

Motywacje mieli bardzo różne. Czasami podejmowali świadomą i przemyślaną decyzję poprzedzoną odpowiednimi przygotowaniami. Tak było przede wszystkim w wypadku Żydów, którzy zdawali sobie sprawę, że jeżeli wpadną w łapy hitlerowskich oprawców, czeka ich niechybna śmierć, i dlatego jeszcze przed ustaniem walk budowali ukryte schrony. Wielu warszawiaków nie chciało porzucać swego dobytku, licząc na to, że lada dzień wkroczą Rosjanie. Niektórzy powstańcy nie dowierzali niemieckim zapewnieniom o traktowaniu jeńców zgodnie z konwencją genewską i także woleli się ukryć. O losie części robinsonów zdecydował przypadek. W kilku zasypanych piwnicach pozostali ciężko ranni powstańcy i cywile, których Niemcy po prostu nie zauważyli lub uznali za zmarłych. Inni cudem przeżyli jedną z niezliczonych egzekucji przeprowadzanych przez Niemców przez cały okres powstania i kiedy już znaleźli względnie bezpieczną kryjówkę, nie zamierzali jej z własnej woli opuszczać, obawiając się, że ponownie trafią pod lufy oprawców z SS lub Wehrmachtu. W płonącym mieście pozostała także niewielka grupka osób, które wcale się nie ukrywały – to groza wojny i utrata bliskich spowodowały, że postradali zmysły i zarządzenia niemieckie nakazujące opuszczenie miasta były im całkowicie obojętne.

W ukryciu

Trzeciego dnia powstania 16-letni Antoni Czarkowski został wyprowadzony na rozstrzelanie pod apteką Anca przy Marszałkowskiej 21. Pijany żołdak strzelił niecelnie, kula zamiast rozerwać rdzeń kręgowy, przeszła tuż obok kręgów szyjnych, ominęła tętnicę i wyszła poniżej szczęki. Kiedy chłopak odzyskał przytomność, poczuł, jak ktoś przeszukuje mu kieszenie, po czym zaczyna ciągnąć po bruku. Gdy znalazł się obok jednego z okienek piwnicznych, wyślizgnął się Ukraińcowi i zanurkował w dół. Uciekając przed pogonią, kluczył po dopalającym się budynku i w końcu schronił się na jego rozgrzanym dachu. Rankiem zszedł z dachu i ukrył się w jednym z mieszkań. Kiedy wyjrzał z okna, jego oczom ukazał się zdumiewający widok. Dwóch mężczyzn jak gdyby nigdy nic zajadało się na podwórzu kiełbasą. Zdzisław Michalik oraz Władysław Tymiński, podobnie jak Czarkowski, cudem uniknęli rozstrzelania. Wspólnie podjęli decyzję, że ukryją się w dosyć niecodziennym miejscu. Większość robinsonów szukała schronienia w zamaskowanych bunkrach i piwnicach, tymczasem Czarkowski i jego towarzysze postanowili zadekować się na poddaszu wypalonej kamienicy. Kilka dni później dołączył do nich kolejny warszawski rozbitek. Jan Łatwiński był przekonany, że w egzekucji stracił całą rodzinę. Postanowił wspiąć się na dach i popełnić samobójstwo. Po drodze spotkał ukrywającą się trójkę, która przekonała go, aby do nich dołączył. Robinsonowie z Marszałkowskiej nie mieli możliwości ucieczki. Ich kryjówka od początku znajdowała się na obszarze kontrolowanym przez Niemców. Rozpoczęła się ich wielotygodniowa walka o przetrwanie.

7 sierpnia w domu przy Ogrodowej 26A schronił się Józef Dudziński wraz z żydowskim szewcem Witoldem Łazowskim. Szybko się zorientowali, że oprócz nich na terenie kamienicy przebywa czteroosobowa rodzina Słowików oraz dozorczyni domu przy ul. Ogrodowej 24 Władysława Lewandowska, będąca w piątym miesiącu ciąży. 13 sierpnia dołączył do nich właściciel znajdującej się w suterenie olejarni, Żyd Jan Festiger. Po wielu perturbacjach grupa ulokowała się w mieszkaniu na siódmym piętrze, do którego było bardzo trudno się dostać ze względu na zawalone schody. Zamieszkali w dwóch oddzielnych klitkach, których podłogi wyłożyli znalezionymi materacami.

Robinsonem z przymusu została także Danuta Gałkowa (z domu Ślązak), „Blondynka", sanitariuszka batalionu „Chrobry", która postanowiła ratować rannych znajdujących się w szpitalu powstańczym „Pod krzywą latarnią". Jej historia to niezwykła opowieść o sile ludzkiego charakteru i woli przetrwania, która potrafi pokonać największe przeciwności. Tuż przed zajęciem Starego Miasta przez Niemców powstańcy i nieliczni cywile ewakuowali się stamtąd kanałami. Resztę ludności cywilnej Niemcy wysiedlili. Rannych rozstrzeliwali lub palili żywcem. Właśnie tych bezbronnych nieszczęśników postanowiła ocalić 20-letnia sanitariuszka. Wynosiła ich z kolejnych płonących piwnic, torowała drogę pośród stosów ciał pomordowanych i gruzów staromiejskich kamieniczek. Nadludzkim wysiłkiem udało się jej ukryć 22 rannych powstańców i cywilów w piwnicy przy ul. Freta 1–3. Większość zmarła w następnych dniach z upływu krwi i wyczerpania. Razem z „Blondynką" uratowali się jedynie: dowódca jej plutonu ze zgrupowania „Chrobry" Mieczysław Gałek „Elegant", jej późniejszy mąż, oraz Edward Matecki.

Jedna z największych kryjówek robinsonów znajdowała się w Śródmieściu między ulicami Śliską 7 a Sienną 22. Rejon ten był bardzo silnie bombardowany podczas powstania, dlatego bunkier udało się dość skutecznie zamaskować. A był on nie byle jaki, pomieścił bowiem aż 34 ludzi. Prym wśród nich wiedli Roman Fischer, głowa pięcioosobowej żydowskiej rodziny, i doktor Henryk Beck, znany przedwojenny ginekolog i położnik, który schronił się tam wraz ze swoją żoną Jadwigą. Grupa składała się głównie z Żydów, ale wraz z nimi ukryło się kilku Polaków, między innymi kapitan w stanie spoczynku Władysław Kowalski. Robinsonowie starali się raczej nie zabierać do kryjówek zwierząt, ponieważ łatwo mogły zdradzić Niemcom ich położenie. Lokatorzy bunkra doktora Becka zrobili jednak wyjątek i zaopiekowali się owczarkiem nizinnym, którego nazwali pieszczotliwie Bunkierek. Ocaleni wspominali później, że był on niezwykle mądry, nigdy bowiem nie szczekał.

„Była to przypadkowa grupa ludzi, z których każdy reprezentował inny temperament, zawód i poziom umysłowy. Początkowo dużo dyskutowano i odpowiadano o swych przeżyciach okupacyjnych oraz wspominano czasy przedwojenne. Po wyczerpaniu tematu zaczynały się spory. Aby ich uniknąć, tudzież załamania, któremu zaczęła sprzyjać bezczynność, dr Beck zaproponował, by poprzebijać przejścia do następnych piwnic i powiększyć przestrzeń życiową" – pisze Stanisław Kopf w książce „Wyrok na miasto". W wolnym czasie przeważnie spano lub grano w szachy, warcaby lub karty. Dr Beck wygłaszał także oświatowe pogadanki. Był on także zdolnym malarzem, a ponieważ do bunkra zabrał ze sobą przybory malarskie, powstał niezwykły cykl grafik i obrazów dokumentujący losy warszawskich robinsonów. Roman Fischer starał się stale organizować nowe zajęcia mieszkańcom bunkra. Poprawiano maskowanie kryjówki, urządzono zapasowe wyjście w odkrytym przypadkowo kanale, dbano także o porządek. Mieszkańcy bunkra potrafili szybko i sprawnie reagować na niespodziewane zagrożenie. Kiedy 31 grudnia 1944 r. Niemcy zaczęli ostukiwać łomem sufit jednego z pomieszczeń, błyskawicznie zapełnili je gruzem aż po powałę, aby stworzyć wrażenie, że jest kompletnie zawalone.

Niektóre kryjówki powstawały w miejscach absolutnie nieprawdopodobnych. Stefana Ślusarczyka i Franciszka Głowackiego zaskoczył na Czerniakowie pancerny zagon „tygrysów". W panice ukryli się w piecu znajdującym się w fabryce wyrobów pozłacanych Plewkiewicza, w pobliżu Solca. Miejsce to stało się ich domem na długie cztery miesiące. Choć tuż obok Niemcy wybudowali bunkry i rowy łącznikowe, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, aby zajrzeć do fabrycznej kotłowni. Ślusarczyk i Głowacki zaopatrywali się w żywność i wodę podczas nocnych wypadów do opuszczonych willi znajdujących się w pobliżu fabryki.

Dobić, zanim zdradzi kryjówkę

Określenie „robinsonowie warszawscy" dość dobrze oddaje sytuację, w jakiej znaleźli się ukrywający się w ruinach stolicy zdesperowani ludzie. Podobnie jak bohater słynnej powieści Defoe żyli w swoich kryjówkach niczym na odciętych od świata wyspach. Ich sytuacja była jednak jeszcze trudniejsza niż literackiego rozbitka. Crusoe zamieszkał na tropikalnej, pełnej pożywienia i ciepłej wyspie, z rzadka musiał się ukrywać przed ludźmi. Tymczasem najsłynniejszy z warszawskich robinsonów Władysław Szpilman wspominał: „Gdy Defoe tworzył idealny obraz samotnego człowieka – Robinsona Crusoe – pozostawił mu nadzieję na kontakt z ludźmi... Ja zaś od otaczających mnie ludzi – gdy się zbliżali – musiałem uciekać, kryć się przed nimi w obawie przed śmiercią". Na robinsonów wszędzie czyhały niebezpieczeństwa. Musieli włożyć wiele wysiłku, aby swoją obecność w ruinach utrzymać w tajemnicy; ci, którzy trafiali w ręce Niemców, byli najczęściej rozstrzeliwani.

Aby przetrwać w tak ekstremalnych warunkach, mieszkańcy kryjówek i bunkrów zwykle opracowywali restrykcyjne regulaminy postępowania, których należało bezwzględnie przestrzegać, aby nie narażać innych. Kiedy Jakub Wiśnia, Żyd ukrywający się w bunkrze na Twardej, z pragnienia zaczął wypijać wodę z wanny, w której zgromadzono zapasy dla całej grupy, został przez swoich żydowskich współtowarzyszy skazany na karę śmierci. Wykonanie wyroku odroczono do wyzwolenia. Na szczęście dla niego na wolności wszyscy zapomnieli o tym incydencie.

Wspomniana czwórka Polaków ukrywająca się w kamienicy przy Marszałkowskiej ze względów bezpieczeństwa ustaliła następujący regulamin: „Należy zachować absolutną ciszę, żadnych głośnych rozmów, kaszlu, kichania itp., rozmowy można toczyć tylko i wyłącznie szeptem; nie wolno włóczyć się bez celu; ustalono strefy, których bezwzględnie należy unikać; osoby niepełniące dyżuru zobowiązane są zadbać o przygotowanie jedzenia; jeśli któryś z nich zostałby ciężko ranny lub chory, pozostali mają obowiązek skrócić jego cierpienia przez dobicie go, zanim jękami lub krzykiem zdradzi kryjówkę".

Największym wyzwaniem było zdobycie pożywienia i wody. Antoni Czarkowski i jego trzej współtowarzysze niedoli odkryli w jednym z zamkniętych na klucz mieszkań prawdziwe skarby – worek mąki, torbę grochu, balerony, połcie wędzonego boczku, papierosy, miód, kompoty, alkohol. Większość robinsonów nie miała jednak aż tyle szczęścia. Niezbędne było racjonowanie pożywienia. Dramatycznie przedstawiała się także sprawa zaopatrzenia w wodę. Radzono sobie z tym problemem na różne sposoby. Przede wszystkim szukano jej źródeł tuż obok kryjówki, na przykład w opuszczonych mieszkaniach. Można było ją nabrać z pękniętych rur wodociągowych, wanien, odzyskiwano także deszczówkę. W kilku przypadkach udało się wykopać studnię. W bunkrze między Sienną i Śliską studnię w jednym z pomieszczeń piwnicznych kopali mężczyźni, a kobiety wynosiły wiadrami piasek. W ciasnocie i ciemności, przy temperaturze wynoszącej 40 stopni, była to katorżnicza praca. Na głębokości około 10 metrów w końcu natrafiono na źródło. Odtąd mieszkańcy bunkra mogli nie tylko zaspokoić pragnienie, ale również się umyć, co znakomicie poprawiło morale.

Brak wody i pożywienia był podstawową przyczyną czasowego opuszczania kryjówek przez robinsonów. Zazwyczaj takie wyprawy do sąsiednich zrujnowanych kamienic odbywały się nocą. Danuta Gałkowa po raz pierwszy zdecydowała się na wyjście na powierzchnię w połowie września. Zmobilizowała ją do tego opowieść jednego z rannych, którym się opiekowała, który twierdził, że w ogrodzie kościoła Sakramentek powinny być jakieś owoce i warzywa. „Przeszliśmy po gruzach, które pokrywały grubą warstwą wąską jezdnię uliczki, obok wzdętego trupa zakonnika w brązowym habicie, do rynku Nowego Miasta, a stąd do ogrodu Sakramentek. Tu olśnienie! Ziemia obiecana albo raj! Dorodne krzaki pomidorów, a na nich czerwone owoce, zagony cebuli oraz innych warzyw" – wspominała po latach dzielna sanitariuszka „Chrobrego".

Każda taka wyprawa po wodę lub żywność była śmiertelnie niebezpieczna. 13-letni Henryk Kowalski stracił w ten sposób ojca, z którym po upadku powstania ukrywał się przy ulicy Lwowskiej, tuż przy Politechnice. Mieli mały zapas jedzenia, który w pierwszych dniach grudnia skurczył się do garści sucharów i paru kartofli. Ojciec Henryka postanowił poszukać czegoś w okolicznych domach. Po kilku godzinach wrócił, przynosząc kawał stwardniałej i spleśniałej marmolady i puszkę prawdziwej kawy. Ten mały sukces zachęcił go do kolejnego wyjścia „w teren". Z tej wyprawy już nie wrócił. „Zostałem sam. Zjadłem resztę kartofli, z obierzyn zrobiłem zupę, dodając kawy. Przez ostatnie dni nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Chwilami traciłem przytomność z głodu. Pewnego styczniowego dnia wyczołgałem się na ulicę. Warszawa od dwóch dni była wolna" – opowiadał po wojnie Henryk Kowalewski.

Zdobycie pożywienia lub wody było tylko pierwszym etapem. Wodę trzeba było przecież przegotować, a jedzenie przyrządzić. W warunkach, w jakich żyli warszawscy robinsonowie, nie było to łatwe i również stwarzało zagrożenie dla ich życia. Nawet jeśli jakimś cudem udało się zdobyć piecyk lub kuchenkę, problemem był dym wydobywający się z paleniska. W początkowym okresie, kiedy wszystko wokół płonęło, dodatkowy dym sączący się przez okno lub komin nie budził podejrzeń. W miarę upływu czasu taka samotna smuga na tle ruin bezbłędnie naprowadzała hitlerowskich żołdaków do kryjówki robinsonów. Z tego też względu Danuta Gałkowa nigdy nie paliła ognia, wodę przygotowywała w małym kubku podgrzewając go płomieniem świecy. Płatki ziemniaczane jedzono na surowo. Kiedy się jednak rozchorowała, jeden z jej współtowarzyszy, Zieliński, postanowił ugotować płatki na prowizorycznie przygotowanym palenisku. Traf chciał, że akurat wtedy ulicą Freta przechodzili dwaj niemieccy żołnierze. Wyciągnęli niefortunnego kucharza na ulicę i zastrzelili.

Ciekawą metodę na zamaskowanie dymu znaleźli w połowie listopada robinsonowie z ulicy Ogrodowej 26A. Właśnie wtedy, dokładnie pod ich kryjówką, Niemcy urządzili magazyn jarzyn i zaczęli korzystać z komina. Sprytni Polacy podłączyli się do niego kilka kondygnacji wyżej i kiedy Niemcy palili w piecu, oni w tym samym momencie rozpalali swoją kozę. Dym mieszał się w kominie i nie budził niczyich podejrzeń.

Opuszczanie kryjówek było niebezpieczne nie tylko ze względu na Niemców. Kamienice były tak zrujnowane, że stąpanie po rumowiskach i wchodzenie na wyższe kondygnacje wypalonych budynków było niczym gra w rosyjską ruletkę. Przekonali się o tym robinsonowie z Ogrodowej. Prawie każdy z nich zaliczył upadek z dużej wysokości. W Wigilię 1944 r. podczas wyprawy po mąkę razową Józef Słowik spadł z balkonu na podwórze i zginął na miejscu. Mąka miała posłużyć jego żonie do ugotowania postnej potrawy wigilijnej robinsonów – żurku z mąki razowej. Ciała zmarłego nie można było pochować, ponieważ ziemia była zamarznięta.

Zduszony krzyk dziecka

Kolejne dnie, tygodnie, miesiące spędzone w ukryciu były dla warszawskich robinsonów prawdziwym testem ich determinacji, woli przetrwania, a często również człowieczeństwa. Był to egzamin niezwykle trudny. Przebywając w małej klaustrofobicznej przestrzeni, często z ludźmi zupełnie sobie obcymi, cierpiąc z powodu bardzo wysokich temperatur, które były rezultatem szalejących w mieście pożarów, albo dla odmiany, kuląc się z zimna, przymierając głodem, nieustannie martwiąc się o to, aby nie wpaść w ręce krążących wokoło Niemców, musieli jednocześnie walczyć z chorobami, robactwem, zwątpieniem i depresją. Dlatego tak ważne było umiejętne organizowanie sobie czasu wolnego, którego zwykle było w nadmiarze, i wzajemne wspieranie się robinsonów.

Wspominałem już, jak wyglądało życie codzienne mieszkańców bunkra doktora Becka. W wielu innych kryjówkach było podobnie, choć każda miała swoją specyfikę. W piwnicy przy ul. Freta, gdzie Danuta Gałkowa ukryła rannych, panowała na co dzień dość przygnębiająca atmosfera, ze względu na bardzo wysoką śmiertelność wśród wycieńczonych powstańców. W piwnicy było ciemno i bardzo duszno, bo od wypalonych murów bardzo długo promieniowało ciepło. Ulgę przynosiły rozmowy. Wspominano przeżycia powstańcze, spierano się o szczegóły różnych wydarzeń, ich przebieg i wyniki, ulubionym tematem było jedzenie. Rozmowy koiły także cierpienia fizyczne. Danuta Gałkowa wspominała, że „kiedy zbliżał się kolejny atak bólu, Mietek prosił Edka, żeby do niego mówił, żeby mu coś opowiadał. Ten recytował mu książki, które zapamiętał, głównie opowieści lotnicze Janusza Meissnera, bardzo przez niego ulubione".

Antoni Czarkowski tak opisywał życie w ukryciu: „Ciągłe napięcia nerwowe doprowadzały nas do granic wytrzymałości. »Życie kulturalne« ograniczało się do czytania książek przyniesionych z piwnicy i częściowo uratowanych mieszkań. Wieczorem przed spaniem każdy musiał opowiedzieć coś ciekawego z własnych przeżyć lub wymyślonych. Bardzo wysoką cenę miały dowcipy. Graliśmy w karty". Raczono się również znalezionym alkoholem. Jeden ze współtowarzyszy Czarkowskiego czasami przesadzał z jego ilością i wtedy wstępował w niego taki duch bojowy, że trzeba było powstrzymywać go przed zejściem na dół i samobójczym atakiem na aleję Szucha.

Nierzadko złośliwy los komplikował i tak niełatwe życie warszawskich robinsonów i stawiał ich w sytuacjach niczym z greckiej tragedii. Władysława Lewandowska ukrywająca się wraz z grupą ludzi na ulicy Ogrodowej była w zaawansowanej ciąży. 1 grudnia 1944 r. urodziła córkę. W normalnych warunkach przyjście na świat dziecka byłoby powodem do radości i świętowania. Wśród ukrywających się z Lewandowską ludzi sytuacja ta wywoła jednak konsternację – płaczące dziecko mogło zdradzić Niemcom lokalizację kryjówki. I rzeczywiście o mały włos nie stało się tak 3 grudnia. „Natychmiast odbyta narada »wspólnoty« orzekła krótko: musi być zlikwidowany krzyk dziecka. Choć tego wyraźnie nikt nie powiedział, decyzja ta równała się wyrokowi śmierci na nowo narodzoną, a osobą uprawnioną do likwidacji krzyku mogła być tylko jedna osoba: dawczyni życia – matka" – opisywał dramatyczną sytuację Józef Dudziński. Wpadł on jednak na zbawienny pomysł. Dziecko kładło się do wymoszczonej metalowej wanienki i stawiało przy nim wartownika, którego zadaniem było przyduszanie go poduszką, kiedy zaczynało płakać. Po trzech dniach niemowlę wiedziało, że nie może krzyczeć.

Wielu robinsonów bardzo ciężko znosiło odosobnienie. Płakali, popadali w depresję, siali defetyzm. W jednej z piwnic strzaskanej kamienicy przy ul. Wilczej ukryło się po kapitulacji powstania kilkanaście osób. Był wśród nich młody powstaniec, zwany „Lordem". Jako jedyny był uzbrojony, nosił za pasem olbrzymiego colta. Chłopak, wychodząc z kryjówki po wodę, polował nieustannie na jakiegoś pojedynczego Niemca. 21 grudnia nie wytrzymał. Zerwał się z miejsca i wybiegł na zewnątrz. Wdał się w samobójczą strzelaninę z pobliskim posterunkiem żandarmerii niemieckiej.

Najtrudniej mieli ci, którzy jak Władysław Szpilman ukrywali się samotnie – mogli liczyć tylko na siebie i nikt nie mógł im dodać otuchy. Powstanie warszawskie zastało Szpilmana w domu przy alei Niepodległości. Gdy Niemcy otoczyli i podpalili budynek, ukryty na górnym piętrze pianista postanowił popełnić samobójstwo, jednak pastylki nasenne, które połknął, były zbyt słabe. We wspomnieniach, na podstawie których Roman Polański nakręcił oscarowego „Pianistę", pisał: „By nie oszaleć z samotności, postanowiłem zorganizować sobie jak najbardziej uregulowany tryb życia. (...) Przez cały dzień leżałem bez ruchu, by oszczędzać nikły zapas sił, jaki mi jeszcze pozostał. Tylko raz, około południa, wyciągałem rękę po leżące obok suchary i kubek z wodą, aby się pożywić skąpo odmierzonymi racjami. Od rana do owego posiłku przypominałem sobie, takt po takcie, wszystkie kompozycje, jakie kiedyś grałem (...) Po mym południowym »posiłku« przywoływałem w pamięci treść wszystkich możliwych książek, jakie kiedykolwiek czytałem, oraz powtarzałem angielskie słówka. (...) O zmierzchu zasypiałem i do około pierwszej w nocy spałem, po czym, przyświecając sobie zapałkami, których zapas znalazłem w jednym z niedopalonych mieszkań, wyruszałem na poszukiwanie żywności".

Wyjście z mroku

Niektórzy robinsonowie mieli dosyć życia w ciągłym napięciu i kiedy tylko dostrzegali najmniejszą szansę na wydostanie się z Warszawy, korzystali z niej. Czwórka mężczyzn ukrywających się od 3 sierpnia w domu na rogu Marszałkowskiej i Oleandrów zdecydowała się opuścić swoją kryjówkę pod koniec listopada. Szczęśliwie wszyscy przeżyli. Bardziej dramatyczne były losy kilku młodych powstańców ze zgrupowania kpt. „Kryski". Po kapitulacji Czerniakowa schronili się w gruzach domów przy Czerniakowskiej. Widzieli stamtąd drugi brzeg Wisły zajęty przez Rosjan i ostatecznie postanowili przeprawić się na drugą stronę rzeki. Pierwszy raz spróbowali 18 października. Niemcy złapali jednak jednego z uczestników akcji i rozstrzelali. Dwa dni później Leszkowi Paryczce i Janowi Czugajewiczowi udało się, mimo ostrzału, przepłynąć na Pragę. Byli ranni, ale przeżyli. W ruinach postała jeszcze trójka ich kolegów. Ci spróbowali swojego szczęścia osiem dni później. Wpadli jednak w niemiecką zasadzkę. Tym razem hitlerowcy nie rozstrzelali schwytanych, ale odesłali ich do obozu w Pruszkowie.

Czasami pomoc przychodziła niespodziewanie. Robinsonom pomagali warszawiacy, którym udawało się na krótką chwilę przedostać do opustoszałego miasta. Trzeba bowiem wiedzieć, że choć mieszkańców stolicy wypędzono, ruch na ulicach Warszawy nie zamarł całkowicie. Przede wszystkim kręciło się tu dużo Niemców. W ruinach stacjonowały jednostki liniowe Wehrmachtu, przygotowujące się do obrony Festung Warschau; trzy pułki policyjne zajmujące się wyłapywaniem ukrywających się w ruinach Polaków i Żydów; utworzono także specjalne komanda, których zadaniem było podpalanie i wysadzanie w powietrze zabudowy Warszawy, palenie zwłok pomordowanych oraz rabunek mienia. Do tych ostatnich zadań Niemcy często przymuszali Polaków. Okupanci zgodzili się także na utworzenie przez Radę Główną Opiekuńczą pięciu polskich jednostek, które wyszukiwały w ruinach ubrania i pościel dla wysiedlonych. Kwitła korupcja. Warszawiacy przekupywali niemieckich policjantów i ci wpuszczali ich na kilka godzin do zrujnowanego miasta, aby mogli uratować coś ze swojego pozostawionego w mieszkaniach dobytku. Podczas takich akcji i wypraw od czasu do czasu natykano się na nieszczęśników ukrywających się w ruinach i zwykle pomagano im ewakuować się poza granice miasta.

Ci, którzy trwali w kryjówkach, po kilku miesiącach życia w odosobnieniu powoli przestawali wierzyć, że uda im się dotrwać aż do przybycia Rosjan. W końcu jednak ten dzień nadszedł. „Nagle budzę się. Hałas, łoskot, jakiego nie słyszałam od kilku miesięcy, i równocześnie dr Dżima wyszarpuje spod mej poduszki broń i wypada z piwnicy. Momentalnie trzeźwa siadam na łóżku. Tak samo unieśli się śpiący obok Beckowie. Milczymy. Zdaję sobie sprawę, że to koniec, nie będzie przetrwania. (...) Nagle w wejściu staje cicho jak zjawa dr Dżima. (...) W opuszczonej ręce trzyma rewolwer i stłumionym głosem wyrzuca z siebie: Bolszewicy są w Warszawie" – wspominała Julianna Wilak-Niedziałowa.

Władysław Szpilman wybuchu radości na widok polskich oddziałów w alei Niepodległości o mały włos nie przypłacił utratą życia. Z domu, w którym się ukrywał, wybiegł ubrany w płaszcz niemieckiego oficera. Zaskoczony berlingowiec oddał do niego kilka strzałów. Na szczęście były niecelne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA