fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Kijów stawia na zagraniczne sądy

Protestujący pod Radą Najwyższą w Kijowie od miesięcy domagali się uznania agresji Rosji.
AFP
Po czterech latach wojny na wschodzie kraju Rada Najwyższa oficjalnie uznała agresję Rosji.

Na uchwaloną w czwartek ustawę dotyczącą deokupacji Donbasu Ukraina czekała od wiosny 2014 roku. Wtedy po aneksji Krymu prorosyjscy separatyści zajęli część terytorium obwodów donieckiego i ługańskiego, ogłaszając niepodległość. W odpowiedzi na to Kijów rozpoczął tzw. operację antyterrorystyczną, która trwa do dziś. Dotychczas nie było jednak żadnej ustawy, która określałaby stanowisko państwa ukraińskiego wobec sytuacji na wschodzie kraju. Teraz ukraiński ustawodawca prawnie uznał, że „Federacja Rosyjska dokonała agresji przeciwko Ukrainie i okupuje część terytorium".

Miliardowe roszczenia

Ukraińscy parlamentarzyści uznali, że Rosja ponosi całkowitą odpowiedzialność za straty moralne i materialne spowodowane „okupacją Donbasu". W Radzie Najwyższej twierdzą, że ustawa otwiera państwu ukraińskiemu drzwi do międzynarodowych sądów. Jeszcze pod koniec 2015 roku szef ukraińskiej dyplomacji Pawło Klimkin mówił, że za działania Rosji na Krymie i Donbasie Kijów będzie domagał się w nich odszkodowań. Występować z roszczeniami będą mogli również obywatele Ukrainy, którzy musieli pozostawić swój majątek po tamtej linii frontu. Wartość roszczeń w Kijowie oszacowano wtedy na ponad 50 mld dolarów.

Problem polegał na tym, że Ukraina dotychczas w żaden sposób prawnie nie uznawała rosyjskiej agresji. – Teraz tego faktu nie trzeba będzie udowadniać w sądach. Stało się to normą prawną przegłosowaną przez ukraiński parlament – stwierdził Iwan Wynnyk, sekretarz komisji ds. bezpieczeństwa narodowego Rady Najwyższej.

Oprócz części materialnej ukraińscy parlamentarzyści zwiększyli uprawnienia sił zbrojnych. W przypadku wprowadzenia stanu wojennego to właśnie armia będzie stała na czele operacji w Donbasie, a nie Służba Bezpieczeństwa Ukrainy – jak przewidywało dotychczasowe prawo.

– De facto zalegalizowano obecność naszej armii w Donbasie, ponieważ wykorzystywanie sił zbrojnych wewnątrz kraju musi być uregulowane dodatkowymi aktami prawnymi. Dotychczas opierało się to na decyzji poszczególnych osób – mówi „Rzeczpospolitej" kpt. Ołeksij Arestowycz, ukraiński analityk wojskowy. – Wyzwolenie Donbasu drogą wojskową nie jest obecnie możliwe, ponieważ doszłoby do otwartego starcia z Rosją. Ale można stworzyć separatystom wiele problemów, by utrudnić im życie – dodaje.

Jedynym kompromisem w ustawie o deokupacji jest to, że władze w Kijowie będą respektować wydane przez separatystów akty urodzenia i zgonu.

O Mińsku zapomniano

Początkowo w prezydenckim projekcie ustawy miała pojawić się wzmianka o pokojowych „porozumieniach mińskich". Wywołało to jednak protest ukraińskiej opozycji, ponieważ w ten sposób zalegalizowano by dokument, którego ukraiński parlament nigdy nie ratyfikował. Żaden z punktów zawartych w lutym 2015 roku w Mińsku porozumień nie został wykonany. Uzgadniali je przywódcy Niemiec, Francji, Ukrainy i Rosji, ale ukraińscy politycy wielokrotnie przyznawali, że Poroszenko zaakceptował te porozumienia tylko po to, by uniknąć wojny na dużą skalę. W Kijowie uważano, że wykonanie zawartych w Mińsku ustaleń oznaczałoby legalizację prorosyjskich separatystów w Donbasie. Wszystko dlatego, że nie wiadomo, czy Ukraina najpierw powinna przeprowadzić tam wybory samorządowe, a dopiero później odzyskać kontrolę nad ponadtrzystukilometrowym odcinkiem ukraińsko-rosyjskiej granicy, czy też odwrotnie.

– W tej kadencji, a może nawet i w następnej, ukraiński parlament na pewno nie pójdzie na żadne kompromisy wobec separatystów w Donbasie. Z mińskich porozumień nikt nie rezygnuje, ale nikt ich nie wykonuje – mówi „Rzeczpospolitej" Wołodymyr Fesenko, znany kijowski politolog. – Żadna ustawa nie jest w stanie przywrócić Donbasu, tak samo jak i Krymu. Istnieją tylko dwie drogi. Dyplomacja albo operacja wojenna. Na ofensywę nikt się nie zdecyduje, bo nikt nie chce ryzykować. Pozostaje więc dyplomacja – dodaje.

W Moskwie przyznają, że wojna w Donbasie w najbliższym czasie się nie zakończy. – Dopiero gdy na Ukrainie pojawi się nowa autorytarna siła polityczna, która skończy z tym całym bałaganem. Jeżeli się nie pojawi, tląca się wojna domowa będzie niszczyła naród ukraiński – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Aleksiej Podbieriozkin, szef rosyjskiego Centrum Badań Wojskowo-Politycznych, działającego przy prestiżowym Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych (MGIMO).

Okupant czy partner

Uznając Rosję za agresora, Ukraina nie zerwała jednak z nią stosunków dyplomatycznych. Co więcej, Moskwa wciąż pozostaje jednym z głównych partnerów handlowych Kijowa. Wymiana handlowa pomiędzy nimi w 2016 roku wyniosła ponad 10 mld dolarów, a w pierwszym kwartale ubiegłego roku odnotowano jej 25-procentowy wzrost. Wojna nie przeszkadza Rosjanom inwestować na Ukrainie. Ukraińska ambasada w Moskwie informuje, że w 2016 roku bezpośrednie rosyjskie inwestycje w ukraińską gospodarkę szacowano na ponad 1,6 mld dolarów.

Prezydencka koalicja odrzuciła propozycję partii Samopomoc, która zgłaszała poprawkę do ustawy o deokupacji. Chodziło o wypowiedzenie Rosji umowy „o przyjaźni, współpracy i partnerstwie", podpisanej jeszcze w 1997 roku przez prezydentów Borysa Jelcyna i Leonida Kuczmę. Z jednej strony porozumienie to gwarantuje „nietykalność i integralność terytorialną Ukrainy", którą Rosja pogwałciła, anektując Krym. Z drugiej – według tego porozumienia Kijów wciąż pozostaje „partnerem strategicznym Moskwy".

– To nonsens i warto to zmienić – mówi „Rzeczpospolitej" Wołodymyr Ohryzko, były szef ukraińskiego MSZ.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA