fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wybory z wirusem w samym środku Iranu

AFP
Dziś trwa głosowanie na członków parlamentu Islamskiej Republiki Iranu. - Nigdy nie mieliśmy prawdziwych wyborów, ale tak źle jak teraz nie było nigdy za mojego życia - mówi rp.pl 38-letnia feministka i dziennikarka irańska mieszkająca na emigracji.

Przez lata na irańskiej scenie politycznej toczyła się słabo czytelna za granicą walka między twardogłowymi i reformatorami. Teraz reformatorów już prawie nie ma. Rada Strażników Rewolucji, która dokonuje selekcji kandydatów, nie dopuściła do startu tysięcy chętnych, w tym ponad jedną czwartą deputowanych kończącego pracę parlamentu.

- Nie ma właściwie na kogo głosować, obóz reformatorski został przez Radę tak przerzedzony, że nawet nie był w stanie wystawiać list. Choć szczerze mówiąc, nie wiadomo, czy bycie reformatorem jeszcze cokolwiek w Iranie znaczy - opowiada Mariam Mirza, feministka i dziennikarka, która mieszka w Niemczech. Opuściła Iran po protestach antyrządowych w 2009 roku, wywołanych fałszerstwami w wyborach prezydenckich, których twardogłowi dopuścili się kosztem obozu reformatorskiego. Zdaniem Mirzy w tamtych czasach jeszcze był jakiś wybór, ale po tamtej "zdradzie" i po krwawym zdławieniu protestów opozycji zwanej zielonym ruchem kraj staje się coraz bardziej totalitarny. - Teraz nie próbują nawet udawać, że jest jakiś realny wybór - dodaje. 

Władze izolowanego przez Amerykę i pogrążającego się w kryzysie gospodarczym kraju traktują jednak frekwencję w piątkowym głosowaniu jako ważny test. Najwyższy przywódca Ali Chamenei (dożywotni) oraz prezydent Hasan Rouhani (jest pod koniec drugie i ostatniej czteroletniej kadencji) nawoływali do udziału, sugerując, że kto nie głosuje, ten działa na rzecz wrogów Islamskiej Republiki. - Chamenei powiedział, że rozumie, że ktoś może nie akceptować jego, mieć coś przeciw niemu, ale głosuje się dla Iranu. To śmieszne, bo nie był dotąd postrzegany jako przywódca myślący o Iranie, lecz o reżimie, na którego czele stoi - słyszę opinię emigracyjnych dysydentów.

Cztery lata temu frekwencja wyniosła oficjalnie 62 proc. Teraz według badania uniwersytetu w Teheranie, na które powołują się media w Niemczech, zapowiada się na znacznie niższą, zwłaszcza w dużych miastach, w stolicy deklarował oddanie głosu ledwie co czwarty uprawniony.

Parę tygodni przed głosowaniem Iran stanął na progu wojny ze Stanami Zjednoczonymi, gdy Amerykanie zastrzelili w sąsiednim Iraku czołową postać reżimu, dowódcę irańskich jednostek ekspedycyjnych gen. Kasema Sulejmaniego.

W listopadzie krajem, do którego należy 10 proc. światowych rezerw ropy, wstrząsnęły protesty wywołane znacznymi podwyżkami cen benzyny. Po zerwaniu w 2018 roku przez Donalda Trumpa porozumienia atomowego, które miało Iranowi umożliwić otwarcie gospodarcze, sytuacja obywateli się pogarsza. Inflacja przekroczyła 33 proc. Od dwóch lat gospodarka irańska, uderzona przez przywrócone sankcje, się zwija. Według MFW w 2018 o 4,8 proc, a w 2019 prognozowano (jeszcze nie ma danych) - dwa razy więcej.

Zaraz przez wyborami w Iranie poinformowano o śmiertelnych przypadkach koronawirusa, który nieoczekiwanie pojawił się w Iranie. I to w świętym mieście szyitów Kom, w centrum kraju, 150 km na południe od Teheranu. Kom to miejsce szczególnie ważne dla reżimu i ajatollahów, tu mieszkał przed kilkoma dekadami i nauczał wielki ajatollah Ruhollah Chomeini, tu dojrzewała zwycięska rewolucja islamska z 1979 roku, której był przywódcą.

W wyborczy piątek władze informowały o kolejnych dwóch ofiarach śmiertelnych (w sumie jest ich cztery, co stawia w tej chwili Iran na drugim miejscu po Chinach, gdzie zmarło 2236 osób) i  kilkunastu zarażonych.

- Irańczycy się boją, bo nie ufają, że serwuje im się prawdziwe dane - mówi Mariam Mirza.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA