fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jak radzą sobie w Kościele niepełnosprawni intelektualnie

Duży i Mały Wojtek słabo się porozumiewają, rozmawiają po swojemu. – Czasem, gdy trudno jest mi być mamą moich Wojtków, pytam Boga, gdzie On jest. A oni znają odpowiedź – jest na krzyżu – opowiada Anna
Fotorzepa, Piotr Guzik
Dla Dużego ważna jest modlitwa, krzyż i gest przeproszenia. Ma różne problemy sensoryczne i nieraz wydarzy się coś, po czym czuje się winny. Wtedy ściąga swój krzyż ze ściany, przynosi Annie. – Jeżeli osoba niepełnosprawna intelektualnie żyje w środowisku, które opiera się na wierze, to i w niej ta wiara się pojawia – mówi Anna.

Od czego by zacząć? Może od stołu, stół jest przecież najważniejszy. To wokół niego zazwyczaj kręci się całe życie rodzinne, a także i kościele stanowi centralną część ołtarza (nie licząc tabernakulum i krzyża, naturalnie).

A zatem stół, wszystko równiutko poukładane, można by odmierzać linijką. Kryształowy półmisek, na oko ciężki. Z rodzaju tych, które trzyma się w kredensie dla ozdoby i wyciąga tylko na specjalne okazje. Na dnie odrobina wody święconej. Na półmisku małe kropidło, ułożone tak, by nie zmąciło wody. Jakby czekało.

Po prawej i lewej symetrycznie ustawione plastikowe świeczniki. Nowoczesne, na baterie. Cyk w pstryczek jeden, drugi i już, świecą. Nie trzeba zapałek, nie ma ryzyka, że podpali się koronkowy obrus i złożone równo na pół biało-czerwone wstęgi (również rozlokowane symetrycznie). Obok mały krzyż, metalowy, taki wystawia się na chwilę, gdy ksiądz przychodzi z kolędą. Po sąsiedzku kolekcja dzwonków: kryształowy, porcelanowy, mosiężny, drewniany, łącznie sztuk sześć. Obok jeszcze bezprzewodowy mikrofon i otwarte kieszonkowe wydanie Pisma Świętego.

Poza stołem są też niezliczone dewocjonalia, w przeważającej większości pod postacią świętych obrazów i krzyży zdobycznych, przywiezionych z wycieczek, na przykład z Gór Świętokrzyskich, Oliwy, Ukrainy.

– To tak dla mnie specjalnie zaaranżowane? – pytam.

– A skąd. Tak to wygląda na co dzień – mówi Bożena Krakówka. W domu wypełnionym dewocjonaliami w podwarszawskim Piastowie zamieszkuje aktualnie ze swoją matką, mężem Grzegorzem i 20-letnim synem Wojtkiem (córka Weronika wyszła za mąż, poszła na swoje).

Niespiesznie z Bożeną i Grzegorzem zasiadamy przy stole, Wojtek pojawia się i znika. Przynosi miseczkę truskawek, czule przytrzymuje moją rękę, gdy w podzięce głaszczę go po ramieniu, kieruje ją na swoje serce. Za chwilę jednak denerwuje się na matkę, ewidentnie coś mu nie pasuje.

– Mówię o tobie... Nie chciałbyś? – dopytuje Bożena.

Wojtek wskazuje gniewnie palcem to na mamę, to na mnie, tak kilka razy. W końcu, niezrozumiany, wychodzi. Wraca za kilka minut z małym talerzykiem z ciastem i pralinką opakowaną w zdobny celofan. No tak, gość w dom, Bóg w dom.

Broń Boże coś ruszyć

Bożena otwiera kredens, wyciąga kolejne drewniane krzyże. – Każdy jeden miał przez lata na dłoniach i stopach naklejone przez Wojtka plastry, wyobraża to sobie pani? W kościele bał się dotknąć krzyża, jakby mu to sprawiało realny ból. Dopiero jak zaczął dostrzegać go na budynku kościoła, przestał przyklejać te plastry – opowiada.

Sama z zawodu jest pielęgniarką i rozumuje tak: skoro Wojtek doskonale na własnej skórze przećwiczył, czym jest ból, skoro sam widział od małego plastry na swoim ciele, wkłuwane wenflony, to mu się widocznie tak kojarzy. – Stąd te plastry były głównie na dłoniach, przekłutego boku Jezusa nigdy nie opatrywał. Do dziś, jak dotyka ręką krzyża, mam wrażenie, że robi to tak delikatnie, żeby nie sprawić bólu.

Wojtek urodził się w 1999 r. Od razu było wiadomo, że ma zespół Downa, chwilę później – że ominęły go typowe dla trisomii 21 wady serca, miał natomiast poważne problemy z jelitami, założony cewnik, operacja za operacją, kryzys za kryzysem, powikłanie goniło powikłanie. Wojtek przeżył trzy śmierci kliniczne, dwa lata spędził na OIOM-ie, w tym 97 dni pod respiratorem.

Opowiadając o tym, Bożena nerwowo przeszukuje komodę w salonie. Bezskutecznie. – Musi mi pani uwierzyć na słowo, bo nie mogę znaleźć zdjęcia, jak on wtedy wyglądał. To był jakiś obłęd, klęczałam godzinami w szpitalnej łazience. Przeklinałam Boga, a za chwilę go błagałam, żeby Wojtka ratował – mówi. I jeszcze: – Nie ujmuję zdolności naszym lekarzom. Ale jak nieraz Wojtek tak żarliwie się modli, to myślę, że może właśnie dlatego, że jednak palec Boży chronił i jego, i nas. Mogliśmy się przecież wzajemnie obwiniać, kłócić, rozstać, prawda?

Może to kwestia charakteru, a może właśnie tej wiary, która się w nim jakoś zaszczepiła – w każdym razie Wojtek od małego zachowywał się w czasie mszy nietypowo. – Nigdy nie ganiał po kościele jak inne dzieciaki, tylko siedział cicho, obserwował, słuchał. Jak dla mnie to on od małego podchodził do Kościoła jak dorosły – uważa Grzegorz. Do dzisiaj mu tak zostało. – Moment wejścia do kościoła to jest jego moment. Tam jest nie ze mną, nie z mężem. Jakby z Bogiem tylko – wyjaśnia z kolei Bożena. I zapewnia, że Wojtka (jego siostry zresztą też) nikt do kościoła na siłę nie ciągnął. – Nie jesteśmy jakoś szczególnie bogobojną rodziną, nie należymy do żadnej wspólnoty, nie zdarzyło się nigdy, żeby dzieci nie zjadły, bo musieliśmy koniecznie być w niedzielę na mszy – wyjaśnia. Grzegorz: – Po prostu jesteśmy katolikami, w niedzielę chodzimy do kościoła, obchodzimy katolickie święta.

A jednak kilka ładnych lat temu Wojtek wszedł w rolę księdza. Wcześniej wcielał się notorycznie w prowadzącego program „Jaka to melodia". – Stał za deską do prasowania, miał mikrofon, z odtwarzacza puszczał piosenki, a babcia musiała zgadywać – śmieje się Bożena. – Później zaczął wyjeżdżać ze mną na wycieczki, zwiedzaliśmy często różne kościoły i widocznie wtedy tak mu się to w głowie zaczęło układać.

To prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego Wojtek zaanektował stół w jadalni na swój prywatny ołtarz. Z kryształowego kieliszka, serwetki i kartki świątecznej skonstruował prowizoryczny, acz wiernie naśladujący całą konstrukcję, kielich mszalny. A gdy tatę rozbolała głowa, podszedł, położył na niej ręce, pomamrotał coś po swojemu pod nosem, uczynił znak krzyża: „Już powinieneś być uzdrowiony".

Teraz gdy tylko zobaczy mszę w telewizorze albo zacznie odprawiać własną w salonie, to nie ma zmiłuj, nie oderwie się go nawet wołami. Grzegorz: – Ja się nieraz śmieję, że nie musimy iść do kościoła w niedzielę, odprawimy sobie u Wojtka. On jest z nas wszystkich najbardziej pobożny. I nie zostawi mszy, modlitwy, póki nie skończy.

Jak klęczy w kościele, to długo i wytrwale, nie przysiada na piętach. A jak ktoś próbuje ołtarz z jadalni przemieścić w bardziej ustronne miejsce, to uparcie znosi wszystko z powrotem. – Próbowaliśmy w kąt to przestawić, zrobić mu jakąś boczną nawę, żeby stół był stołem. Na razie nie ma mowy – mówi Bożena. Grzegorz potakuje: – Broń Boże coś ruszyć.

Tylko modlitwy Wojtek długo nie odmawiał, nie było mu to w ogóle potrzebne. Ale jak już zaczął, to na całego, stworzył swój własny, mały rytuał. Bożena: – On się kładzie, ja muszę usiąść obok, żadne z nas nie klęka. Zapala lampkę i czeka, aż wymienię, za kogo się modlimy: za mamę, tatę, babcię, Weronikę, Łukasza i Tinę. Tina to nasz piesek, nie mogę jej pominąć, bo się upomina gestem. I nie mogę pomylić kolejności, wtedy też mnie strofuje.

Za modlitwy odpowiedzialna jest mama, tatę zaprasza do nich sporadycznie. Ale rok temu pojechał sam na turnus, trzeba było jakoś to ogarnąć. – Przekazaliśmy to wszystko wolontariuszce, powiedziała: nie ma problemu. Później mi opowiedziała, co się na wyjeździe stało.

A stało się to, że już pierwszego wieczora jeden z kolegów Wojtka z pokoju zakomunikował: „Módlcie się, mnie to nie przeszkadza, ale nie dołączę, bo jestem innego wyznania". W sukurs poszedł mu kolejny: „Dla mnie też okej, ale też nie będę się modlił, jestem niewierzący". Wolontariuszka zachodziła więc do nich późnym wieczorem, siadała na skraju łóżka Wojtka i cichutko odmawiała Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Zaraz zauważyła, że ręce zaczęli też składać Antek i Stasiek. – Aż któregoś wieczora siedzi u siebie w pokoju, nagle pukanie do drzwi, wchodzi Adam, ten niewierzący. I pyta niecierpliwie, kiedy wreszcie przyjdzie. Agnieszka przychodzi, patrzy i oczom nie wierzy: Wojtek jak to Wojtek, leży na łóżku. A wokół niego wszyscy klęczą i mówią pacierz, w tym Daniel, który jest innego wyznania, i Adam też – opowiada Bożena. – Agnieszka mówiła, że dech jej wtedy zaparło. I mnie do dziś, jak o tym opowiadam, zapiera.

Gest, który zmienia wszystko

W mieszkaniu Anny i Krzysztofa w Krakowie wiara ich adoptowanych synów – Wojtka Małego (31 lat, zespół Downa) i Wojtka Dużego (32 lata, spektrum autyzmu) aż tak się nie manifestuje. Właściwie na pierwszy rzut oka, a i kolejne też, nikt by nie poznał, że tak blisko im do Boga. Dopiero jak się przyjrzeć ścianie, do której przylega łóżko piętrowe, gdzie na górze śpi Duży, a na dole Mały, zauważy się sporych rozmiarów krucyfiks. Anna wyjaśnia: – Wojtki na pewno mają wiarę w Jezusa, bo Jego łatwiej jest przedstawić, znają Jego wizerunek. Który dla nich nie jest wizerunkiem, tylko rzeczywistą osobą. Oni są przekonani, że autentycznie mają do czynienia z Panem Jezusem.

Sami nie pogadają, porozumiewają się po swojemu, dlatego Anna jest ich głosem. Już wcześniej nim była. – Czasem, gdy trudno jest mi być mamą moich Wojtków, pytam Boga, gdzie On jest. A oni znają odpowiedź – jest na krzyżu. My, całując krzyż, całujemy symbol. Oni całują Jezusa i są tego pewni – powiedziała parę lat temu w wywiadzie dla lokalnego katolickiego czasopisma „Gość Krakowski".

Teraz tłumaczy, że Mały może godzinami klęczeć, a jeszcze chętniej siedzieć po turecku w pustym kościele i słuchać, jak mama śpiewa Bogu (i jemu też) kanony. – Kościół to dla niego miejsce szczególne, jest rozczarowany, jak msza się kończy. Krzysiek z Dużym już wychodzą, ja z Małym zostaję. On musi dotrwać do końca, wysłuchać ostatniej zwrotki, zamknąć rytuał.

Dla Dużego ważna jest modlitwa, krzyż i gest przeproszenia. Bo ma różne problemy sensoryczne i nieraz „coś niedobrego się wydarzy", po czym „czuje się winny". Wtedy ściąga swój krzyż ze ściany, przynosi Annie, każe jej uklęknąć, sam też klęka i go całuje, później daje Annie do pocałowania. – On tak rozumuje, że już nie mamy wyjścia, skoro pocałowaliśmy Pana Jezusa, to nie możemy się na siebie gniewać, ten gest zmienia wszystko.

I że księża są tylko ludźmi. – Społeczeństwo dopiero od niedawna oswaja się z niepełnosprawnością. I tak samo jak społeczeństwo księża często nie są przygotowani na ten kontakt. Bo jak się nie ma kogoś takiego w swojej rodzinie, wśród znajomych, sąsiadów, to nie ma po co się przygotowywać, takie panuje przekonanie – uważa Anna.

W parze z niewiedzą kroczy jej nieodłączny kompan, strach. – To wszystko składa się na to, że ludzie się wycofują, nie bardzo chcą wchodzić w takie relacje. Dopiero kiedy z jakiegoś powodu zaczynają się otwierać, nagle stwierdzają, że jest zupełnie inaczej.

– Nie taki diabeł straszny, jak go malują?

– Właśnie.

Annie było (i jest) o tyle łatwiej, że sama stworzyła środowisko, w którym Duży i Mały są akceptowani bezwarunkowo. W 1993 r. trafiła do Domu Pomocy Społecznej Łanowa jako wolontariuszka, później została kierownikiem warsztatów terapii zajęciowej. Gdy podopieczni placówki szykowali się do sakramentów (bierzmowania, pierwszej komunii, chrztu), poczuła powołanie, żeby ich do tego przygotować, pokazać, o co chodzi w Kościele, opowiedzieć o Bogu. – Wzięłam pod opiekę 11 chłopców, zorganizowałam dla każdego indywidualnego opiekuna, dogadałam się z księdzem, który zechciał nas poprowadzić – opowiada.

Przez rok spotykali się co poniedziałek, katechezą była msza. Anna: – Na początku był chaos. Zdarzało się, że krzyż przeleciał jak samolot przez kaplicę, któryś podopieczny nim rzucił. Ale kiedy przychodził moment przeistoczenia, to nagle wszyscy zwracali się ku ołtarzowi. Myślę, że intuicyjnie, bo jak inaczej? Nie intelektualnie przecież. To pokazuje, że nie jest tak, jak nam się wydaje, że oni są zupełnie poza tym, że nie są świadomi tego, co dzieje się w kościele.

W międzyczasie została mamą Dużego i Małego, później dołączył do nich Krzysztof, stworzyli rodzinę. – Jeżeli osoba niepełnosprawna intelektualnie żyje w środowisku, które opiera się na wierze, to i w niej ta wiara się pojawia. Najpierw przez naśladownictwo, od tego się zaczyna – uważa. Ale nie kończy, czego dowodem jest na przykład kwestia znaku krzyża u Małego, sam go nie wykona, Anna musi stanąć za nim i poprowadzić jego rękę. Ale nie na zawołanie. – Jak nie ma ochoty, to się nie przeżegna. A są momenty, kiedy sam się ustawia i daje znać, że teraz akurat chce. Dlatego ja w tym widzę więcej świadomości niż wyuczenia. Bo gdyby to było wyuczone, to działałby z automatu. Wtedy, kiedy trzeba, kiedy robią to wszyscy.

Dzięki Wojtkom także wiara Anny urosła. Wcześniej modliła się: „Panie Boże, jeśli chcesz, żebym była ich mamą, to ich uzdrów". W tej intencji poszli całą trójką na pielgrzymkę do Częstochowy (Mały w wózku spacerówce, Duży i Anna piechotą). – Nie bałam się ich niepełnosprawności, tylko odbioru społecznego. Kiedy osoba niepełnosprawna jest małym dzieckiem, budzi czułość, troskę, uśmiech. Kiedy dorośnie, jest inaczej. Jakby niepełnosprawność się wyostrzyła, staje się bardziej widoczna i wręcz niektórych razi. Chciałam też, by byli zdrowi, żeby kiedyś mogli mi powiedzieć, co w nich siedzi, czy jest im ze mną dobrze – wyjaśnia. Już pod szczytem Jasnej Góry okazało się, że Bóg zadziałał po swojemu. – Sama droga była uzdrowieniem. Nie ich, tylko mnie, mojego myślenia. Zrozumiałam wtedy, że oni się nie zmienią, ale ja mogę być ich mamą.

Sakrament dobrej woli

Wojtek Krakówka przyjął pierwszą komunię świętą rok później niż jego rówieśnicy. – Był u nas z parafii ksiądz po kolędzie, zapytaliśmy mimochodem, czy może przystąpić. Niby nie zaprzeczył, ale jakoś tak bez entuzjazmu zareagował, coś kręcił pod nosem, że przecież Wojtek nie potrafi mówić, to jak się wyspowiada, jak przystąpi do sakramentu – opowiada Grzegorz. Bożena dodaje: – Ja byłam pewna, że gładko pójdzie. A jednak nie, jednak ksiądz się zawahał. Myślę, że nie wiedział, jak do tego podejść, pewnie byliśmy pierwszą rodziną w naszej parafii, która o to zapytała.

Bożenie przypomniało się wtedy, że jej kolega ze szkolnej ławy został księdzem, od lat prowadzi dom dla takich jak Wojtek, jest nawet duszpasterzem niepełnosprawnych. Ksiądz Stanisław Jurczuk zgodził się od razu. – Tego dnia Wojtek był jedyną osobą przyjmującą pierwszą komunię. Ale służyło mu na tej mszy dwunastu ministrantów, takich samych jak on – opowiada Bożena, a mi ciśnie się na myśl (i za chwilę na usta), że to jakiś zbieg okoliczności, może nawet palec boży. Dwunastu było też apostołów.

Wtedy też Bożena dowiedziała się, jak wygląda spowiedź niepełnosprawnych intelektualnie – zwłaszcza tych, którzy tak jak jej syn nie mówią. – Wojtek przyklęka, kapłan kładzie mu rękę na głowie i robi znak krzyża. I już, jest rozgrzeszenie, Wojtek odchodzi z uśmiechniętą buzią i serce jest czyste. Tylko trzeba wcześniej uprzedzić kapłana, że to jest chłopiec z takim problemem – wyjaśnia. Któregoś razu nawet, na wakacjach w Świnoujściu, Wojtek bez jej wiedzy poszedł do konfesjonału. – Właśnie tak się kapłan zachował, o nic nie pytał, nie było żadnego problemu. To była wojskowa kaplica, miejsce, wydawałoby się dosyć siermiężne, z drylem. A jednak ksiądz wiedział, jak się zachować. Czyli to jest w jakiś sposób uregulowane, jest taka wiedza. Tylko widocznie nie wszyscy księża o tym pamiętają. Albo nie chcą pamiętać.

Anna też ma dobre wspomnienia, zwłaszcza dotyczące krakowskich dominikanów. – Jak Duży był jeszcze małym szkrabem, zdarzało mu się wejść w czasie mszy ojcu pod ornat. I nie było z tego powodu żadnego problemu – opowiada. – Nawet na niedzielnej mszy ogólnodostępnej Wojtek mógł podejść do mikrofonu i powiedzieć coś w swoim języku, który dla większości ludzi jest niezrozumiały, nawet dla mnie wtedy jeszcze był. Chciał po prostu coś wyrazić, a ojciec nigdy nie tłumaczył jego słów, tylko mówił: „Ciebie, Ojcze, prosimy". To mi pokazało, że mamy swoje miejsce w Kościele.

Nie w każdym. To te gorsze wspomnienia. Najbardziej obrywało się Małemu, który długo nie umiał przyjąć komunikantu, z uwagi na suchość fizjologiczną w ustach było ryzyko, że się nim zadławi. Dlatego Anna (po konsultacji ze znajomymi kapłanami) wymyśliła, że Mały i inne dzieciaki z Domu Pomocy Społecznej Łanowa będą przyjmowali komunię w płynie, nie pod postacią ciała, ale krwi Chrystusa. Anna: – Miałam specjalnie przechowywaną, przeznaczoną tylko do tego celu łyżeczkę. Ksiądz brał ją ode mnie, żeby udzielić Wojtkowi komunii, późnij zanosił na ołtarz, żeby dokończyć rytuał, na koniec mszy mi oddawał. Ale nie każdy ksiądz, niektórzy zupełnie tego nie akceptowali. I nie zgadzali się na udzielenie Wojtkowi komunii w ogóle. To było strasznie trudne, bo ja widzę, jakie to jest dla niego ważne. Zawsze po komunii ma uśmiech od ucha do ucha.

Szczególnie źle zapadł jej w pamięć proboszcz parafii we wsi, w której spędzali wakacje. – Zaśmiał mi się w twarz i powiedział: „Skąd ja mam pewność, że pani nie jest wariatką, która właśnie sobie to wymyśliła?" – wspomina. – A przecież mógł to sprawdzić. Tylko że trzeba mieć intencję, żeby pomóc drugiemu człowiekowi – dodaje Krzysztof. Anna: – Później dowiedziałam się, że ten ksiądz w ogóle nie udziela pierwszej komunii dzieciakom niepełnosprawnym, muszą jeździć dwie miejscowości dalej.

– Dlaczego? Jest jakiś logiczny argument, żeby niepełnosprawnemu intelektualnie odmówić sakramentu? – pytam.

– Chyba tylko taki, że ksiądz nie wie, czy dana osoba ma świadomość przyjmowanego sakramentu. Uznaje więc, że to może być profanacja. A tak na pewno nie jest – wyjaśnia Anna.

– A namaszczenie chorych?

– Może przyjąć każdy.

– Nieprzytomny też?

– Też. Dlatego uważamy, że to bardziej kwestia nastawienia. I osobowości. Są ludzi otwarci na innych i zamknięci. Wszystko zależy od dobrej lub złej woli człowieka – ucina Krzysztof.

Anna: – Ja mam ten komfort, że zawsze mogę iść do dominikanów, którzy udzielą Wojtkom komunii. Ale kiedy myślę o rodzicach walczących w swoich parafiach z księżmi, którzy nie chcą przygotować ich dzieci do sakramentów, to czuję się bezradna. Jak wytłumaczyć ludziom, księżom, że niepełnosprawni w kościele są jak najbardziej na miejscu?

Czarno-biały świat

Dom Rehabilitacyjno-Opiekuńczy w Milanówku. O 11 będzie msza, już pół godziny wcześniej większość podopiecznych wyczekuje jej na ganku. Z prowadzącym ośrodek księdzem Stanisławem Jurczukiem siadamy na uboczu, rozmawiamy o miejscu niepełnosprawnych intelektualnie w Kościele (od 1990 r. jest duszpasterzem niepełnosprawnych w archidiecezji warszawskiej) i tym, że księża różnie ich traktują. – To nie jest nic nadzwyczajnego – wyjaśnia ks. Stanisław. – Gdy przychodzą tutaj pracownicy, po jednych widać z marszu, że nadają się do pracy z niepełnosprawnymi, po innych – że będą się męczyć. Nie każdy musi umieć pracować z niepełnosprawnymi. Tak samo jest z księżmi, nie każdy jest w stanie się przełamać.

Praca pracą, a co z sakramentami? Czwarty synod archidiecezji warszawskiej w końcu podaje, że „ludzie umysłowo upośledzeni, żyjący w rodzinach lub specjalnych zakładach, powinni być objęci opieką duszpasterstwa parafialnego" (statut 413), a jeżeli „ich stan na to pozwala, powinni być oni przygotowani do przyjęcia sakramentów świętych" (statut 414). – Nie o to chodzi w sakramentach, żeby nauczyć się formułek. Chodzi o to, czy człowiek kocha Pana Jezusa i wie, że Pan Jezus go kocha – uważa ks. Stanisław. I dodaje, że nawet niemówiący wiele potrafią przekazać gestami. Tylko że tych gestów trzeba się nauczyć, a żeby się nauczyć – trzeba przebywać razem, wykazać trochę cierpliwości, chęci, zrozumienia. – Ja znam moich podopiecznych od lat, więc doskonale odczytuję, o co im chodzi, mogę je tłumaczyć jak język migowy – wyjaśnia kapłan. Tak, jak w przypadku Mariusza, którego gesty w kierunku kapłana widziałam chwilę wcześniej. Wykonał on dwa ruchy rękoma: najpierw szybko przebierał palcami, później wskazał jednym z nich do góry.

– Wie pani, o co pytał?

– Czy pójdzie do nieba? – to jak dla mnie jedyna logiczna odpowiedź. Ale nie trafiłam.

– Czy idę na pielgrzymkę na Jasną Górę – śmieje się ks. Stanisław.

Nadchodzi 11, godzina mszy. Bardziej sprawni do przestronnej kaplicy na czwartym piętrze dostają się schodami, reszta cierpliwie czeka pod windą na swoją kolejkę. Sama msza jest krótsza i bardziej chaotyczna niż standardowo, jeśli ktoś ma chęć, może podejść do mikrofonu i przez chwilę wyręczyć ks. Stanisława w prowadzeniu liturgii, ponadto między nogami kręci się jego dog niemiecki, w końcu układa się pod ołtarzem.

Zanim po mszy zejdziemy do świetlicy, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać, jeden z podopiecznych zaczepia ks. Stanisława na schodach, dopytuje się o jakąś baterię. Kapłan odbija piłeczkę: – Powiedz mi, do czego Duch Święty jest potrzebny?

– Duch Święty jest mądry. Biblia podaje, że Matka Boska miała stosunek i urodziła Chrystusa – odpowiada mężczyzna.

Ksiądz Jurczuk wzdycha i śmieje się jednocześnie: – Czasem trudno zrozumieć jego filozoficzne wywody. A kim dzisiaj jesteś?

– Anatomem.

– To jest właśnie cały Mariusz. Czasami jest lekarzem, czasami księdzem – wyjaśnia kapłan.

Gdy siadamy, wspominam mszę. Mówię o kakofonii, psie na ołtarzu, wyrywaniu sobie mikrofonu przez ministrantów. I że w tym chaosie jest coś wzruszającego i prawdziwego. – Bo to są takie msze jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy wszystko odbywało się spontaniczne, bez paragrafów, rygorów, stania na baczność. Oni są u siebie, więc to oni decydują – odpowiada ks. Jurczuk. I dodaje: – Jak przyjeżdżają do nas ludzie z zewnątrz, zawsze się dziwią, że nasi mieszkańcy są czynnie zaangażowani w mszę. A my po prostu wykorzystujemy ich talenty i umiejętności.

– A co z ich wiarą? Może łatwiej im jest wierzyć, bo nie przepuszczają Boga przez filtr rozumu, nie analizują, nie próbują zrozumieć? – dopytuję.

– Oczywiście. Ich świat jest czarno-biały, ewangeliczny, jednoznaczny. Dla nich tak znaczy tak, a nie to nie. Nie kombinują, czy na pewno o to chodzi albo jak coś ominąć, zrobić po swojemu. Wykazują pełne zaufanie i pełne posłuszeństwo. Dlatego jest im łatwiej przyjąć Pana Boga i jego nauczanie.

– Ale Bóg jest abstrakcyjny, nie można go dotknąć, spojrzeć w oczy, usłyszeć głosu – drążę.

– To nie jest dla nich problem, oni mają tak ogromne zaufanie do nauczania Kościoła, że jeśli mówimy im, że taki jest przekaz Pana Boga, to uznają to po prostu za prawdę. Na nich działa to, że Pan Bóg stworzył ten piękny świat. I dla nich jest to logiczne, nie muszą Go widzieć na własne oczy, wystarczy, że widzą Jego dzieło.

– Mimo wszystko adekwatny wydaje mi się dzisiejszy psalm: „Jakież przedziwne Twoje imię, Panie".

– Bo to prawda, czasami trudno jest im zrozumieć to, że Pismo Święte mówi nie tylko o wielkości Pana Boga i wielkości człowieka, ale też i naszym draństwie. Na przykład Mariusz nie może pogodzić się z tym, że Pan Jezus został ukrzyżowany. My mu często wtedy mówimy: „Jakbyś tam był, toby pewnie nie został ukrzyżowany". Ale ważniejsze są dla nich proste przekazy, a najważniejszy jest Dekalog, bo cóż może być prostszego?

Rozmawiamy jeszcze o Dużym i Małym, że dla nich dotknięcie krzyża to nie jest dotknięcie symbolu, tylko fizyczne obcowanie z Jezusem. I o Wojtku z Piastowa, który na krzyżach naklejał opatrunki, jakby to był prawdziwie cierpiący Chrystus. – I bardzo dobrze, bo temu mają służyć symbole, które przemawiają jakąś treścią. Dotykanie symbolu to jest właśnie dotykanie tej treści. Krzyż czy obraz mają przecież wyrażać obecność Pana Boga – mówi ks. Stanisław.

Wspomina też kazanie, które lata temu usłyszał z ust rekolekcjonisty. – Mówił, że w kościele zdarzają się cegły pokruszone, wyłamane, aż prosi się, żeby je wyciągnąć. Tylko że gdyby je wyjąć, to kościół całkowicie by się zawalił. Tak samo jest z niepełnosprawnymi: gdybyśmy ich wyrzucili ze społeczeństwa, toby się zawaliła nasza miłość. Bo niepełnosprawność nie jest karą, ale sprawdzianem naszej miłości.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA