fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Stefan Chwin: Europa i polskie lęki

YouTube
Ani Francuzi, ani Niemcy, ani Anglicy nigdy nie brali poważnie pod uwagę możliwości, że mogą jako naród przestać istnieć. Polacy przed takim zagrożeniem stawali parokrotnie.

Gdy jakiś czas temu byłem w Wiedniu, na Stephansplatz, pod słynną katedrą, spotkały się dwie demonstracje, które żelaznymi barierkami rozdzielił kordon policji: jedna antyimigrancka, prohaiderowska, potężna, druga proimigrancka, czerwono-zielona, nieliczna, ale hałaśliwa. Na wiedeńskim Westbahnhof, dokąd przyjechałem z Polski, przed wejściem do Caritasu stał tłum imigrantów arabskich, spokojnych, zmęczonych i pogodnych, których nikt nie zaczepiał, bo nie było powodu.

Antyimigrancka furia Polaków

A jednak dwa dni później profesor jednej z renomowanych klinik wiedeńskich przekonywał mnie na obiedzie w restauracji przy Kaertnerstrasse, że imigranci stanowią poważne zagrożenie epidemiologiczne, bo ściągają do Europy szczepy bakterii, na które austriacka służba zdrowia nie ma żadnego sposobu. Kiedy zaś dałem mu do zrozumienia, że podobne opinie o Żydach głosili naziści (Żyd = tyfus), wzruszył tylko ramionami, po czym podał kilka konkretnych przykładów niebezpiecznych zachorowań w jednym z austriackich obozów dla uchodźców, po których nastąpiły – jak to określił – trudne do wyleczenia infekcje wśród miejscowej ludności.

Oczywiście to, że biali Europejczycy, jadąc na Bliski Wschód, przenoszą ze swoich północnym krajów szczepy bakterii równie niebezpieczne dla miejscowej ludności arabskiej, nie zajęło specjalnie naszej uwagi.

O antyimigranckiej Polsce mówi się na zachodzie Europy źle. Szczególnie nieprzyjemna wydaje się skrywana, satysfakcja Niemców: nareszcie widać, że Polacy tak naprawdę są większymi ksenofobami i antysemitami niż my, czego niezbitym dowodem jest ich antyimigrancka furia. Niedawne słowa Jana Tomasza Grossa, że Polacy podczas wojny zabili więcej Żydów niż Niemców, chętnie są uznawane za dowód, że ksenofobię polskie społeczeństwo ma we krwi i raczej się z niej nie wyleczy.

Opinie te czasem są rozszerzane na całą Europę Środkowo-Wschodnią, w której widzi się królestwo nietolerancji i archaicznego konserwatyzmu. My, ludzie Zachodu, jesteśmy cywilizowani, oni to zaledwie aspiranci do prawdziwej demokracji, wrogo nastawieni do wszelkiej „inności".

Nie da się zaprzeczyć: w Polsce nastroje antyimigracyjne są bardzo silne. Część polskich elit patrzy z odrazą i przerażeniem na wielkie demonstracje, które przeciągają ulicami polskich miast, podczas których tłum krzyczy donośnie: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć islamiści!".

Podobną formułę – o ironio! – wypisywali na murach w 1981 roku zwolennicy walczącej o wolność „Solidarności", tyle że zamiast „islamistów" wstawiali słowo „komuniści". Żadnego jednak komunisty w Polsce wtedy i później nie zabito.

Demonstracje proemigracyjne są znacznie mniej okazałe. Może dlatego polskie elity liberalno-demokratyczne chętnie oskarżają Polaków o ksenofobię, antysemityzm, homofobię, co niestety nie wpływa w poważniejszym stopniu na zmianę postaw. Elity narodowo-konserwatywne przeciwnie: wolą podsycać antyimigracyjny lęk, dzięki czemu zresztą udało im się wygrać ostatnie wybory.

Sprawująca do niedawna władzę liberalno-demokratyczna Platforma Obywatelska ma wciąż poważne problemy z proimigracyjnym przekazem, bo jej wiarygodność nadwątliły realne i urojone afery, ujawnione niedawno w prasie i telewizji. Ja jednak na obecną Polskę patrzę przede wszystkim z bólem, bo wiem, co siedzi pod tym wszystkim.

Polska ksenofobia jest inna niż ksenofobia w społeczeństwach zachodnich. Fundamentem ksenofobii polskiej jest strach przed nieistnieniem. Żadne społeczeństwo zachodnie w swojej historii nie stanęło w obliczu zagrożenia całkowitą zagładą. Ani Francja, ani Niemcy, ani Anglia ani razu nie zniknęły z mapy świata. Ani Francuzi, ani Niemcy, ani Anglicy nie brali poważnie pod uwagę możliwości, że mogą jako naród przestać istnieć.

Polacy przed takim zagrożeniem stawali parokrotnie, dlatego mają chyba najdziwniejszy hymn na świecie, w którym starają się przekonać wszystkich, że skoro jeszcze żyją, Polska jeszcze istnieje. Treścią polskiego hymnu jest zdziwienie samym faktem, że my, Polacy, po tym, cośmy przeszli, jeszcześmy nie zostali starci z powierzchni ziemi, bo parę razy „obcy" już próbowali to zrobić.

W takim przekonaniu nie ma zresztą żadnych urojeń, bo nad zniszczeniem kultury polskiej – także nad fizycznym zniszczeniem Polaków – wytrwale pracowały wysoce cywilizowane imperia – Austria, Niemcy i Rosja – przy prawie zupełnej obojętności społeczeństw zachodnich. Na przykład nie tak dawno, bo w latach 1939–1945, na terenach II Rzeczypospolitej – jak ustalił Timothy Snyder – zostało zabitych około 14 milionów ludzi.

Ostatnim punktem oporu dla wielu Polaków stał się katolicyzm. Nieszczęściem polskiej historii jest silny zrost uczuć patriotycznych i religijnych, co wpłynęło także na postawę Polaków wobec „obcych", ale tylko ludzie złej woli mogą z tego szydzić. W obliczu zagłady człowiek chwyta się brzytwy. Każdy naród, który znalazłby się w podobnej sytuacji co Polacy, miałby pewnie podobne kłopoty duchowe.

Ten zrost patriotyzmu i religijności dzisiaj silnie wpływa na postawę znacznej części Polaków, ale winę za to – o ile można tu mówić o winie – ponoszą nie tylko Polacy, lecz także ci, którzy Polskę chcieli najdosłowniej zniszczyć albo się temu niszczeniu bezsilnie czy obojętnie przyglądali. Szyderstwa z „polskiego nacjonalizmu" w świetle tych faktów są dowodem nierozumu albo pogardliwego lekceważenia.

Naród, który przez silniejszych został parę razy wepchnięty na samo dno krwawej pułapki historii, musi nosić w sobie rany, które co jakiś czas się otwierają. A widok otwierających się ran z całą pewnością nie jest – trzeba przyznać – przyjemny dla oka.

Znaczna część Polaków, którzy utożsamiają niepodległość z katolicyzmem, boi się „inwazji islamu" właśnie z tych powodów, choć strach ten przybiera czasem formę tragikomiczną, jak na niedawnej demonstracji w Gdańsku, której byłem świadkiem, gdzie przeciwnicy imigracji muzułmanów do Polski ogłosili swoim patronem króla Jana III Sobieskiego – herosa, który pobił islamską armię Turków w bitwie pod Wiedniem w 1683 roku – marząc pewnie o powtórzeniu jego czynów.

Nakładają się tutaj dwie sprawy: polska trauma narodowa, która znajduje wyraz w przekonaniu, że osłabienie religijno-patriotycznej tożsamości Polaków grozi duchowym finis Poloniae, trzeba zatem bronić przed „obcymi" Polski jak katolicyzmu, a katolicyzmu jak Polski, ale także prawdziwy, ogólnoświatowy triumf antyislamskiej propagandy amerykańskiej, którego ofiarą padło nie tylko wielu Polaków, lecz i wielu Europejczyków.

Nawet gdyby Osama bin Laden nie istniał, zachodnie koncerny naftowe i zachodnie rządy pewnie zrobiłyby wszystko, by go wymyślić. Trudno bowiem wyobrazić sobie lepszą formę legitymizacji prawa do rabowania pól naftowych w Iraku i Libii niż hasło obrony Zachodu przez zdziczałym terroryzmem islamistów. Przez wiele lat amerykańska kultura masowa pracowała nad tym, by przerazić świat obrazem Araba jako bestii z laskami dynamitu i kałasznikowem w ręku.

Niewiara w sojusze

I to się udało. Przekaz był prosty: cywilizowany Zachód ma prawo do najbogatszych w świecie złóż ropy naftowej, bo mieszka tam fanatyczna, „kulturowo obca" dzicz islamska, którą należy ogniem i mieczem twardo uczyć prawdziwej demokracji, tych potencjalnych „gwałcicieli naszych kobiet" trzymając, rzecz jasna, z dala od naszych cywilizowanych domów.

I tak właśnie – zgodnie z amerykańską sugestią, konsekwentnie wzmacnianą od z górą trzydziestu kilku lat przez kino hollywoodzkie – muzułmańskich uchodźców widzi też dzisiaj znaczna część Polaków i nie tylko Polaków.

Ale to nie żadne koncerny i rządy, to my, zwykli Europejczycy, osobiście wpływamy na to, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, bo to my osobiście chcemy od naszych rządów i koncernów naftowych taniej benzyny do naszych samochodów, a bez „zbrojnego uporządkowania" Bliskiego Wschodu na tańszą benzynę na naszych stacjach benzynowych, niestety, chyba nie można liczyć.

Koło się zatem zamyka. To my wszyscy – zwykli Polacy, Austriacy, Niemcy, Brytyjczycy i Hiszpanie – jesteśmy mniej lub bardziej pośrednio sprawcami „inwazji imigrantów", bo „roponośnym" Arabom urządziliśmy piekło na ziemi pod uspokajającym hasłem szerzenia demokracji na Bliskim Wschodzie.

Gdyby w Iraku i Libii nie było ani jednej kropli ropy naftowej, najpewniej żaden rząd demokratycznego Zachodu nie kiwnąłby nawet palcem, by wyzwolić te tereny ze szponów Husajna i Kaddafiego.

W polskich kinach pokazywany jest właśnie film „Karbala", w którym bohaterscy Polacy zabijają w Iraku „obcych kulturowo" Arabów u boku zachodnich sojuszników, którzy zresztą „polskich chłopców" w finale wystawiają do wiatru. Obok wiary w sojusze z Zachodem, które – taka nadzieja odgrywa tu pewną rolę – mogłyby zagwarantować Polsce trwalsze poczucie bezpieczeństwa, co jakiś czas silnie w Polsce dochodzi do głosu także niewiara w te sojusze.

Zaostrzenie lęku przed „uchodźcami muzułmańskimi" łączy się ściśle ze słabnięciem ogólniejszej wiary w Europę i Unię Europejską, które – jak to odczuwa znaczna część Polaków – utraciły już swój dotychczasowy, wabiący czar. Sporo Polaków uznaje, że Europa jest niezdolna do prawdziwej solidarności, że do prawdziwej solidarności europejskiej – mimo szlachetnych deklaracji – nie są zdolne przede wszystkim Niemcy.

Uraz paktu Ribbentrop-Mołotow wciąż daje o sobie znać. Przez jego pryzmat ocenia się na przykład decyzję ominięcia rurociągiem północnym terytorium państwa polskiego. Wielu Polaków widzi w takim posunięciu jeden z dowodów, że Niemcy nie chcą brać odpowiedzialności za polityczną całość Europy i dlatego „na wszelki wypadek" wolą ominąć gazową magistralą terytorium, do którego – co mają milcząco zakładać – kiedyś może zgłosić pretensje Rosja.

Egoizm państwa niemieckiego, sprzyjającego w tym zakresie niemieckim przedsiębiorcom, widzi się właśnie w takich działaniach. W takim też kontekście „narzucanie" Polsce przez najpotężniejsze państwo Europy kwot imigracyjnych – jak to bywa w Polsce określane – traktuje się niemal jako akt agresji wymierzonej w polską suwerenność, co jest irracjonalne, ale ma swoje szersze przyczyny.

Prawdziwym kryzysem wiary w zjednoczoną Europę stały się w Polsce pierwsze tygodnie wojny na Ukrainie, a potem faktyczna zgoda Zachodu na rozbiór Ukrainy, zamaskowana frazesami o porozumieniu w Mińsku. Obawa, że Europa może się zachować podobnie w naszych sprawach, zimnym dreszczem przeszła przez polskie serca.

To, że Polska została wypchnięta za drzwi z pokoju rokowań, w którym kwestię ukraińską dyskutowały Niemcy, Francja i Rosja, tylko jeszcze bardziej wzmocniło dawne urazy. Bez uwzględnienia tego kontekstu aktualna „antyimigrancka fobia" Polaków pozostaje tylko ksenofobicznym atawizmem polskiej „dziczy", tymczasem niektóre, najzupełniej realne posunięcia Zachodu osłabiają w polskiej świadomości elementarne poczucie bezpieczeństwa, co z kolei zaostrza irracjonalne mechanizmy „obrony narodu przed obcymi", wyrastające z bolesnych traum polskiej przeszłości.

Ja sam w prasie i telewizji próbuję przekonywać, że „inwazja muzułmańskich imigrantów" nie musi być wcale katastrofą, skoro w Niemczech żyje ich już parę milionów i nawet jeśli nie integrują się z niemieckim społeczeństwem, to przecież ich obecność nie przeszkodziła Niemcom stać się najpotężniejszym, prawdziwie demokratycznym państwem współczesnej Europy. Argumentacja ta rzadko jednak trafia do przekonania.

Skoro jeszcze żyjemy

Głównym kontrargumentem jest argument demograficzny: teraz jest jeszcze spokój, ale za jakiś czas w każdej niemieckiej klasie szkolnej – a później także w polskiej klasie – będzie dwadzieścioro dzieci muzułmańskich, czworo katolickich, jeden Hindus i dwoje niewierzących, co zmieni sytuację radykalnie. Tak też – przekonują mnie moi rozmówcy – będzie mogła wyglądać scena polityczna w państwach europejskich, gdzie większość muzułmańska w naturalny sposób demokratyczną drogą uzyska absolutną przewagę, co może pociągnąć za sobą drastyczne zmiany w prawodawstwie, stylu życia i obyczaju Europejczyków.

Sam jestem za różnorodnością etniczno-religijną społeczeństw, stale mam jednak w pamięci rozmowę z Leszkiem Kołakowskim, który kiedyś zwrócił mi uwagę, że każde społeczeństwo – nawet najbardziej otwarte – ma swoją imigracyjną wyporność, której przekroczenie grozi poważnymi skutkami, więc należy tu postępować ostrożnie, bez zbędnych fobii, ale też i bez zbytnich nadziei.

Dla tych zaś zachodnich Europejczyków, którzy szydzą z „polskiej ksenofobii", mam radę następującą. Zamiast natrząsać się ze „środkowoeuropejskich nacjonalizmów", zachodnie społeczeństwa i rządy powinny przemyśleć swoją postawę wobec tej części Europy, która rozciąga się na środkowoeuropejskich równinach między Morzem Czarnym a Morzem Bałtyckim.

Poczucie geopolitycznego bezpieczeństwa i świadomość autentycznej, obronnej solidarności europejskiej byłyby najlepszym lekarstwem na kłopoty środkowoeuropejczyków z lękiem przed „kulturową obcością". Kto ma mocne poczucie własnego państwowego i indywidualnego istnienia, boi się „obcych" dużo mniej niż ktoś, kto wiecznie, lecz – dodajmy – chyba wcale nie bezpodstawnie, od dwustu lat z niepokojem powtarza: jeszcze ojczyzna nasza nie zginęła, skoro my jeszcze żyjemy.

Autor jest prozaikiem, krytykiem literackim i eseistą, związanym z Gdańskiem. Powyższy tekst ukazał się także w dzienniku „Die Welt". Śródtytuły pochodzą od redakcji „PM"

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA