fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Jan Bończa-Szabłowski: Barak na odludziu

Fotorzepa
Od kilku miesięcy mam świadomość, że mieszkam w domu samobójców. Były już co najmniej takie dwa przypadki. Pierwszą desperatką okazała się moja koleżanka z podstawówki. W krótkim czasie straciła pracę, siostrę, która – dobiegając pięćdziesiątki – zmarła na raka, a potem matkę, która po wielu latach inwalidztwa miała zator. Ona sama straciła pracę i kiedy zorientowała się, że komornik ma zająć jej mieszkanie, wyskoczyła przez okno. Drugi przypadek zdarzył się całkiem niedawno, kilka tygodni po tym, gdy dotarł do nas koronawirus. Młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna wynajmowała z koleżanką kawalerkę, mając nadzieję na dobrą pracę i ułożenie sobie życia w Warszawie. Epidemia pokrzyżowała te plany.

Dwa przypadki samobójcze w moim bloku. Dziwne to robi wrażenie, szczególnie że blok stoi na jednej z głównych ulic Warszawy i nie przypomina slumsu. Duża część okien wychodzi na zazielenione podwórko, gospodarz bloku jest osobą niezwykle pracowitą, uczynną. Klatki są zadbane. Straż miejska interweniuje raczej rzadko. Nie słyszy się o pijackich awanturach, rozbojach, zdewastowanych windach. Co prawda przez dwa sezony wakacyjne dawała o sobie znać ekscentryczna staruszka, która lubiła wysiadywać w oknie, głośno charczeć i odchrząkiwać, a w końcu spluwać na dół. Próby mediacji nic nie dawały, pozostało więc chodzić z parasolem lub omijać łukiem część chodnika, pod oknem starej kobiety, która zapewne w ten sposób chciała zaznaczyć swą obecność.

Można powiedzieć: dom ludzi normalnych, raczej życzliwych. Od czasów RODO, niestety, coraz bardziej anonimowych. Gdyby RODO wprowadzono kilkanaście lat temu, nie mógłbym wyczytać z listy lokatorów,...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA