fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bandera dzieli Ukrainę

Wołodymyr Wiatrowycz – chce habilitacji czy hajdamaków?
facebook.com_basarab.oleksandr
- Wiatrowycz się nie myli. On po prostu przemilcza pewne problemy, które z jego punktu widzenia są niezręczne. Propaguje bardzo zwartą wersję historii, w której Bandera i UPA są bohaterami bez skazy - mówi Jarosław Hrycak

Rz: Co doprowadziło do tego, że w Kijowie nadano dwóm ulicom imiona Stepana Bandery i Romana Szuchewycza?

To problem na dwóch poziomach. Po pierwsze, Ukraina jest w stanie wojny z Rosją i w tym kontekście Bandera jest dość poręcznym symbolem. W ukraińskiej pamięci nie funkcjonuje on bowiem jako symbol antypolskości czy antyżydowskości, lecz jako symbol oporu przeciw komunizmowi i Rosji. A więc pasuje – ale komu i do czego? Poza Galicją i Wołyniem symbol Bandery bowiem nie funkcjonuje. Jego mit nie istnieje ani na Zakarpaciu, ani na sąsiedniej Bukowinie, stanowiących część Ukrainy Zachodniej.

Majdan doprowadził do tego, że mit Bandery zyskał na popularności. Ale mimo to w pamięci historycznej Ukraińców Bandera pozostaje jedną z najbardziej kontrowersyjnych i pełnych sprzeczności postaci. Jeśli chcecie zobaczyć dwie Ukrainy, zacznijcie mówić o Banderze. Od razu zobaczycie podział społeczeństwa na tych, którzy uważają go za bohatera, i tych, którzy uważają go za bandytę. Uważam więc, że nazwanie jego imieniem ulicy w Kijowie jest czymś w rodzaju prowokacji przede wszystkim dla samej Ukrainy. Prowokacji w znaczeniu sprawdzenia, na ile sformowana jest ukraińska pamięć historyczna, na ile Ukraińcy skłonni będą do dyskusji na ten temat i do czego ta dyskusja może doprowadzić. Pomijam tu, jak bardzo ten problem jest bolesny dla polskiej pamięci.

Spójrzmy teraz na to oczami współczesnego socjologa. Gdy pytamy na Ukrainie, czy należy walczyć z separatystami z Donbasu, najwięcej twierdzących odpowiedzi pada w sąsiadującym z nim Dniepropietrowsku, notabene od miesiąca nazywającym się Dnipro. Na Ukrainie najwyraźniej „linia Huntingtona" (w głośnej książce „Zderzenie cywilizacji" Huntington twierdził, że Ukrainie grozi rozpad na niewielką, prozachodnią część związaną z katolicyzmem i resztę kraju, przywiązaną do tradycji prawosławnej – red.) pokrywa się z linią frontu.

Ale gdy pytamy o Banderę, najsilniejszy sprzeciw dochodzi do głosu w Dniepropietrowsku. Badania socjologiczne wyraźnie pokazują: Ukraińców jednoczy nienawiść do Putina, a dzieli, i to bardzo silnie, mit Bandery. Innymi słowy: jeśli chcemy zobaczyć Ukrainę zjednoczoną, mówmy o Putinie i Stalinie (Ukraińcy do obu odnoszą się z jednakową niechęcią). Jeśli chcemy ją podzielić – mówmy o Banderze.

Do czego dążymy: czy do zintegrowania Ukrainy w obliczu rosyjskiej agresji i wewnętrznego separatyzmu, czy też do promowania pewnego rodzaju pamięci historycznej, w której Bandera jest bohaterem narodowym? Okazuje się, że są to wzajemnie wykluczające się opcje.

Ale szefem ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej został historyk Wołodymyr Wiatrowycz, którego poglądy są dość specyficzne: dla niego Bandera i UPA to bohaterowie. Jak to się stało, że właśnie on został szefem instytucji, która ma prowadzić państwową politykę historyczną?

Wiatrowycz był bardzo aktywny w czasie rewolucji na Majdanie i odegrał tam dość istotną rolę. Tak było, oddajmy mu sprawiedliwość. Jednocześnie na szefa instytutu został wypromowany przez partię byłego premiera Arsenija Jaceniuka Narodny Front, w której jest bardzo wielu tak zwanych u nas dowódców polowych (dowódców oddziałów walczących w Donbasie, głównie ochotniczych) i nacjonalistów. Podział stanowisk nastąpił w umowie koalicyjnej, a utrzymanie koalicji jest konieczne do prowadzenia reform. To była umowa Poroszenki i Jaceniuka.

Wiatrowycz nie jest człowiekiem Jaceniuka, ale miał jego poparcie. Byłoby więc pewnym nadużyciem mówienie, że prowadzi on politykę państwową. Wiatrowycz prowadzi swoją politykę. Jak mi się wydaje, oddano mu instytut, uważając, że problemy historii są niezbyt ważne w porównaniu z reformami, od których zależy istnienie państwa.

Wiatrowycz ma jednak dwa oblicza. Z jednej strony prowadzi bardzo jasną politykę antykomunistyczną i robi to bardzo dobrze. Z drugiej propaguje nacjonalistyczną wersję ukraińskiej historii.

A w czym pan się nie zgadza jako historyk z Wiatrowyczem i w czym on się myli?

Wiatrowycz się nie myli. On po prostu przemilcza pewne problemy, które z jego punktu widzenia są niezręczne. Propaguje bardzo zwartą wersję historii, w której Bandera i UPA są bohaterami bez skazy.

Jako historyk znany jest z dwóch książek. Pierwsza to „Stosunek OUN do Żydów" a druga – „Stosunki polsko-ukraińskie w latach 1942–1947", obejmująca również to, co stało się na Wołyniu. I jedna, i druga książka są próbą relatywizacji winy, odpowiedzialności OUN i UPA za ksenofobię i przemoc. W przypadku Żydów chodzi o obecność OUN w Holokauście, a w przypadku polsko-ukraińskich stosunków o mówienie, że na Wołyniu nie stało się nic specjalnego, bo „na wojnie jak na wojnie. Wiadomo, są ofiary". W przypadku Wiatrowycza to manipulacja, a nawet falsyfikacja: wiemy jedno, a mówimy drugie.

Amerykańskie pismo „Foreign Policy" zarzuciło Wiatrowyczowi, że posuwa się do fałszowania dokumentów archiwalnych i utrudniania dostępu do nich.

To nieprawda. Krytykujmy go za to, za co warto go krytykować. Historycy, którzy pracują na Ukrainie, podkreślają, że dostęp do dokumentów NKWD i tym podobnych stał się łatwiejszy w przeciwieństwie na przykład do Rosji. Problemy pojawiają się, gdy idzie o dostęp do regionalnych archiwów ukraińskich, ale one nie podlegają Wiatrowyczowi.

Białoruska noblistka Swietłana Aleksijewicz stwierdziła niedawno, że wojennych pacyfikacji na Białorusi dokonywali wyłącznie Ukraińcy. Nasza redakcja zapytała ją, co ma zatem do powiedzenia o Białorusinie, sturmbannführerze SS Franzu Kuszlu i jego kolaboracjonistycznej Białoruskiej Samoobronie. Odpowiedziała nam jedynie, że „stara się mówić prawdę". Czy Wiatrowycz nie jest częścią szerszego procesu, który obejmuje wszystkie nasze kraje: nacjonalizacji pamięci historycznej?

Tak, to oczywiste. Zacznijmy jednak od początku. Polska była jednym z pierwszych – jeśli nie pierwszym – krajów naszego regionu, które zainicjowały ten rodzaj polityki historycznej. W każdym razie o palmę pierwszeństwa może walczyć tylko z Rosją. Ukraina nic nowego nie wymyśliła, lecz jedynie skopiowała rozwiązania swoich sąsiadów – łącznie z Instytutem Pamięci Narodowej. Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że utworzenie w Polsce tego instytutu było złym pomysłem, ponieważ zaraził on nas wszystkich polityką tożsamości. W takim przypadku automatycznie następuje podział: poglądy jednych grup są niesłuszne, a innych – właściwe. Natychmiast też pojawia się mowa nienawiści, czyli to, co myśmy mieli na Ukrainie za czasów Janukowycza, a wy macie teraz. Dość dokładnie śledzę wasze spory i sprzeczki i widzę to.

Odnoszę wrażenie, że obecnie pamięć historyczna używana jest w naszych krajach jak trucizna. W Rosji proces ten nabrał rozmachu po powrocie Putina do władzy. Za prezydentury Miedwiediewa nie było to aż tak widoczne, za Putina nastąpiła straszna manipulacja pamięcią historyczną. Na Ukrainie to był okres przed prezydenturą Juszczenki i samej jego prezydentury. A teraz żyjemy już jako zakładnicy pamięci historycznej.

Mam wielu kolegów historyków z różnych krajów. Większość z nich nie lubi pamięci historycznej jako części polityki tożsamości, odnoszą się do niej bardzo sceptycznie i z niechęcią.

Dlaczego? Lepsza jest dla nich historyczna amnezja?

Oni dobrze rozumieją, że „niewłaściwe rozumienie historii jest podstawą bytu narodu" – jak to bardzo dobrze ujął XIX-wieczny francuski historyk Ernest Renan.

Z definicji więc poszczególne pamięci historyczne nie mogą być prawdziwe. To po prostu mity, które tylko w pewnym stopniu odzwierciedlają to, co się naprawdę stało. A w naszych krajach pamięci historycznej dotyczy już nie tylko dyskurs polityczny, zajmują się nią również historycy.

Dla mnie Wiatrowycz jest właśnie tego rodzaju historykiem.

—rozmawiał Andrzej Łomanowski

Jarosław Hrycak jest jednym z najbardziej znanych ukraińskich historyków, szefem Katedry Historii Ukrainy na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim we Lwowie. W Polsce uhonorowany m.in. nagrodą Bene Merito (2009) i Nagrodą im. Jerzego Giedroycia (2013) przyznawaną przez Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie. Po polsku ukazało się wiele jego książek, m.in. „Historia Ukrainy 1772–1999: Narodziny nowoczesnego narodu".


PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95


Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA