fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Paweł II w czyśćcu pamięci

Zabiliśmy proroka. W ostatnim dziesięcioleciu nie powstała u nas żadna szeroko komentowana książka, która rozwijałaby papieskie idee (na zdjęciu Jan Paweł II przemawia podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, 1979 r.)
AFP
Obchody stulecia urodzin Karola Wojtyły staną się, chcąc nie chcąc, okresem weryfikowania jego mitu. Nie odbędą się w atmosferze radosnego pikniku, ale raczej bolesnej rozprawy sądowej, gdzie każda ze stron z napięciem będzie wypowiadała swoje racje.

W sobotę przypada 99. rocznica urodzin Jana Pawła II. Wiele instytucji, parafii czy szkół jego imienia uczci ją okolicznościowymi wydarzeniami, którymi symbolicznie zapoczątkują przygotowania do rocznic zdecydowanie ważniejszych. Ta data otworzy przed nami rok obchodów. W 2020 r. najpierw 2 kwietnia przypadnie 15. rocznica śmierci, a 18 maja – setna rocznica urodzin papieża Polaka. Znów będziemy świadkami koncertów, wystaw, festynów czy biegów przełajowych „ku czci" księdza z Wadowic. Wzruszenia, wiersze, goździki...

Ale ten szczególny rok rozpoczyna się w bardzo specyficznym momencie, tuż po premierze dokumentu „Tylko nie mów nikomu", gdy wyobraźnią Polaków zawładnął wstrząsający obraz Kościoła pożeranego od wewnątrz przez zło i zepsucie, przedstawione w tym głośnym filmie. Nie wiadomo, co zrobiło na widzu większe wrażenie: wołające o pomstę do nieba przestępstwa seksualne księży czy raczej obraz instytucji nieczułej na krzywdę małych dzieci, która dla ochrony swojego wizerunku zamknęła się za murami twierdzy.

Klimat tych dwóch wydarzeń jest skrajnie odmienny. Mogłoby się zdawać, że nic ich nie łączy. Prawda jest jednak inna. Są one ze sobą istotowo powiązane. Tak jak kąkol i pszenica rosną sobie bezszelestnie na jednym polu, tak wdzięczność za pozytywne owoce pontyfikatu papieża Polaka miesza się z pytaniem o kondycję współczesnego Kościoła.

Zwraca na to naszą uwagę Tomasz Sekielski w zakończeniu swojego filmu. Wprost pada tam zarzut, dodajmy – z ust byłego księdza – że obecne trudności ze zwalczaniem pedofilii mają swoje początki w epoce Jana Pawła II. Jedna z ofiar kwituje to uwagą: „Wszyscy mówią, że nasz papież. Wszyscy się do niego odwołują. A tu taki zonk". No właśnie – „taki zonk".

Tym większy, że nawet papież Franciszek stwierdził podczas jednej z improwizowanych konferencji prasowych na pokładzie samolotu, że jego polski poprzednik nakazał odłożyć sprawy nadużyć do archiwum. Trudno te słowa zbyć wzruszeniem ramion. Dlatego obchody stulecia urodzin Karola Wojtyły staną się, chcąc nie chcąc, okresem weryfikowania jego mitu. Nie odbędą się w atmosferze radosnego pikniku, ale raczej bolesnej rozprawy sądowej, gdzie każda ze stron z napięciem będzie wypowiadała swoje racje. Jak zauważył socjolog Michał Łuczewski, papież będzie musiał przejść przez czyściec ludzkiej pamięci.

Nie panuje nad kurią

Nim to nastąpi, warto spojrzeć na relacje między Janem Pawłem II a hierarchią kościelną w realistycznym świetle. Często spotykamy się z sugestią, że papieże są jak generałowie, a kler to ich armia. Nie jest to spojrzenie prawdziwe. Pomija ono dość oczywisty kontekst, że Kościół katolicki jest wspólnotą kościołów lokalnych. Oznacza to, że wspólnota wiernych zamieszkujących określone terytorium podlega biskupowi.

Papież, co prawda, jest w tym układzie zwierzchnikiem całego Kościoła, ale jego szczególna rola bierze się z wypełniania funkcji biskupa Rzymu. Nie mamy zatem do czynienia, mówiąc językiem świeckim, z administracją zespoloną, ale ze wspólnotą wielu kościołów partykularnych, ożywianych jednym Duchem, ale posiadających wyraźną autonomię, także organizacyjną czy prawną. Kościół nie jest zarządzaną z Watykanu sprawną maszynką, ale wspólnotą kolegialną biskupów.

Drugi zasadniczy wymiar władzy w Kościele to zrozumienie misji biskupa na terenie jego diecezji. Jan Paweł II wyłożył swoje podejście do tej kwestii w książce „Wstańcie, chodźmy!". Opowieść przeplatana wieloma historiami z jego życia prowadzi do klarownego wniosku. Biskup nie jest administratorem, ale „następcą apostołów", który ma swoje życie poświęcić słuchaniu i głoszenia Słowa. „Być sługą Słowa to jest zadanie biskupa" – powie. W praktyce oznacza to bliską relację ze swoimi wiernymi, sprawowanie sakramentów, wizytacje parafialne, otwarcie na ludzi kultury i nauki, regularną katechezę dla różnych grup wiekowych, pomoc najsłabszym oraz wiele innych działań mających na celu bycie realnym „pasterzem swoich owiec".

Papież pisze również, że wielu biskupów opacznie rozumie swoją misję, co prowadzi do różnych wypaczeń. Było tak w Kościele od zawsze, a przynajmniej od czasów św. Augustyna, którego bardzo mocne słowa przywołuje pod adresem biskupów: „Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną; zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadziliście z powrotem, zagubionej nie odszukaliście, mocną gnębiliście; rozproszyły się moje owce, bo nie miały pasterza". Biskupi wszystkich czasów powinni potraktować te słowa Augustyna jako ostrzeżenie, by nie sprzeniewierzyli się swojemu powołaniu. Sam fakt noszenia „wełny" nie czyni ich jeszcze pasterzami swoich owiec. To – szczególnie dziś – brzmi dramatycznie.

Znając podejście Wojtyły do powołania biskupiego, zrozumiemy, dlaczego – zarówno w Krakowie, jak i w Watykanie – był on wielkim duszpasterzem, ale słabym administratorem. Tak naprawdę nie przywiązywał szczególnej wagi do spraw kurii. Do tego niespecjalnie umiał rządzić ludźmi, był dość łatwowierny, jak się później okazało, nie miał również dobrej ręki do awansów.

Ksiądz Adam Boniecki, wspominając krakowskie czasy, stwierdził wręcz, że sprawy administracyjne Wojtyły zupełnie nie interesowały, dlatego zostawił je urzędnikom w sutannach. Przynosiło to złe skutki, co zauważali nawet świeccy współpracownicy. Według jednej z anegdot Józef Mucha, kierowca kardynała, na spekulacje, że jego przełożony mógłby zostać papieżem, miał odpowiedzieć: „Niech go Bóg zachowa. On sobie z kurią krakowską nie mógł poradzić. To go w tej rzymskiej zjedzą w kaszy". Kto wie, może w ten sposób prosty krakowski kierowca wypowiedział bardzo brzemienne w skutkach proroctwo?

Podejście Wojtyły nie zmieniło się po przeprowadzce do Watykanu. Nie miał ambicji rządzenia kurią, tylko chciał skupić się na tym, co robił najlepiej: na pielgrzymowaniu i głoszeniu Słowa. Administrację powierzył kardynałowi Angelo Sodano, który od 1991 r. do momentu śmierci papieża pełnił funkcję sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Dziś to pod jego adresem kierowanych jest wiele zarzutów, w tym także te związane z odcinaniem Jana Pawła II od informacji na temat pedofilii. Czy tak było w rzeczywistości, jeszcze przez wiele lat będą spierali się watykaniści.

Jedno jednak nie ulega wątpliwości. Gdy w 2001 r. bliska przyjaciółka papieża Wanda Półtawska postanowiła poinformować go o sprawie arcybiskupa Juliusza Paetza i sytuacji w diecezji poznańskiej, przekazała mu „do rąk własnych" list, z pominięciem wszystkich oficjalnych kanałów. Trudno o większy dowód nieufności wobec najbliższego otoczenia Jana Pawła II ze strony osoby, która w tamtym czasie w Watykanie bywała regularnie.

Dlatego zastanawiając się, jak to możliwe, że tak wielki papież mógł pozostawić po sobie hierarchię tak bardzo nieradzącą sobie nie tylko z problemem pedofilii, ale również z innymi współczesnymi wyzwaniami, powinniśmy pamiętać o tych wszystkich napięciach występujących już za jego życia. Jana Paweł II nie był generałem, a Kościół hierarchiczny nie był jego armią. Te relacje były dużo bardziej złożone.

Robotnik w świecie kapłanów

Na tym jednak nie koniec napięć. Inna świecka przyjaciółka papieża zwróciła moją uwagę, że tak naprawdę Wojtyła był bardzo nietypowym księdzem. Jego ekscentryczny styl życia dla wielu kolegów w sutannach był nie do zaakceptowania. Oczywiście, gdy został już Ojcem Świętym, wszyscy werbalnie oddawali mu cześć. Ale nawet wtedy pozostała, przynajmniej w pewnej części kleru, wyraźna rezerwa do głoszonych przez niego ideałów. „Przecież to właśnie im, księżom – pointowała moja rozmówczyni – Wojtyła zawiesił poprzeczkę najwyżej. Nie tylko przez to, co mówił, ale głównie przez to, jak żył. Dlatego wielu z nich w gruncie rzeczy uznawało go za oderwanego od życia fantastę. W ten sposób neutralizowali jego nauczanie".

Można uznać, że to zbyt ostra opinia. Warto jednak wcześniej rozważyć znane nam przecież fakty z życia Wojtyły, które oddają jego wyobcowanie w „księżowskim świecie". Niedoszły aktor, który pojawia się w środowisku nieutrzymującym żywych relacji ze światkiem artystów. Jałmużnik oddający ostatni zimowy sweter w instytucji dbającej o „tacę" i zaplecze materialne. Człowiek, który nigdy nie doświadczył klasycznej formacji seminaryjnej wśród ludzi, na których zamknięty klosz seminaryjny pozostawił niezatarte piętno. Biskup pomocniczy wezwany prosto ze spływu kajakowego, który chcąc na niego wrócić, słyszy od swojego przełożonego: „To już chyba nie wypada".

Jak sam o sobie powie: proletariusz wybrany na biskupa Krakowa. Który to urząd dotąd piastowali przede wszystkim arystokraci w sutannach. Przyjaciel świeckich, którzy wzbudzają powszechną niechęć krakowskiej kurii i stąd nazywani są pogardliwie „wujkami" (księża nie akceptowali, by niespokrewnieni świeccy mówili do kardynała „wujku"). Duchowny, którego interesują odkrycia nauk przyrodniczych, dlatego organizuje regularne seminaria z fizykami. Wreszcie papież, który ponad sto razy oszukał Gwardię Szwajcarską, by sekretnie wymknąć się z Watykanu i połazić po górach. Podobnych „anegdot" możemy przywołać bardzo wiele.

Te historie dziś przykrył lukier zabawnych wspomnień. Jak go zdejmiemy, to zobaczymy pod spodem rozpaczliwą walkę wolnego ducha ze skostniałą instytucją mającą problem z każdym, kto kwestionuje jej odwieczne zasady. Dlatego przypominając postać Wojtyły, nie można zapomnieć, że nadawał on na innych falach niż wielu (większość?) spośród otaczającego go kleru. I o części swoich kolegów potrafił mówić niezwykle gorzko, jak choćby w przywołanej już książce „Wstańcie, chodźmy!". Tym razem ukrył się za słowami św. Grzegorza Wielkiego: „Świat jest pełen kapłanów, ale niewielu jest robotników na żniwach Pana. Przyjmujemy wprawdzie stan kapłański, ale zadania urzędu nie spełniamy".

Na złotych monetach

Dopiero patrząc z tej perspektywy, możemy lepiej zrozumieć cały problem z recepcją pontyfikatu Jana Pawła II w naszych realiach. Kościół publicznie głosił przywództwo kogoś, kto był ulepiony z bardzo specyficznej gliny, kogo zachowanie wielokrotnie budziło zdumienie i sprzeciw; kto był bardzo daleki od wielu utrwalonych w nim praktyk. Ksiądz z Wadowic miał więcej z rewolucjonisty kwestionującego status quo niż z monarchy, którego władzę na dworze wszyscy lojalnie akceptowali.

Kto w tym pojedynku wygrał? Czyj modus operandi okazał się być trwalszy? Zwyciężył gwałtowny powiew Ducha czy scalająca instytucję forma? Po obejrzeniu „Tylko nie mów nikomu" nie mogę mieć łatwej odpowiedzi na to pytanie. Nie chodzi przecież tylko o pedofilię, ale o coś dużo głębszego. O Kościół hierarchiczny zamknięty za murami twierdzy. O monetę z papieskim wizerunkiem, którą do dziś można kupić w automacie ustawionym w kurii krakowskiej przy Franciszkańskiej 3. Jak ktoś mógł wpaść na taki pomysł? Wielki jałmużnik, kompletnie nieprzywiązujący wagi do wartości materialnych, przemieniony w podobiznę na złotej monecie? Mistyk, obcujący na co dzień z Bogiem, zamieniony w fundraisingowy produkt, dzięki któremu udało się pozyskać setki, jeśli nie miliardy, dolarów na kolejne centra, kościoły, pomniki? Człowiek wielkiej skromności, który stał się twarzą wielu dzieł zbyt pompatycznych, zbyt bijących po oczach swoim przepychem, by nie nabrać wobec nich wątpliwości?

Odwrotnością tego problemu jest oczywiście recepcja myśli Wojtyły. Tak jak stał się on twarzą kolejnych wielkich przedsięwzięć budownictwa sakralnego, choć nie kładł na to nacisku w swoim nauczaniu, tak został zupełnie zapomniany w sferze myśli, która odgrywała w jego życiu centralną rolę. Dziś personalizm chrześcijański, do którego się odwoływał, jest zupełnie martwy na rodzimych uniwersyteckich areopagach.

W ostatnim dziesięcioleciu nie powstała u nas żadna szeroko komentowana książka, która rozwijałaby papieskie idee. Nie ma ani jednej całościowej biografii papieża napisanej przez Polaka. Na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie znajdziemy właściwie tylko jednego badacza – o. Jarosława Kupczaka OP – który systemowo zajmuje się myślą Wojtyły. Nie ma żadnego udanego przykładu przeniesienia nauczania papieskiego na kulturę, zarówno tę wysoką, jak i popkulturę. Jakby ten pontyfikat nie pozostawił żadnej spuścizny w sferze ludzkiej myśli. Jakby wszystkie te piękne papieskie słowa, wypowiedziane w przemówieniach i encyklikach, padły między chwasty i przez chwasty zostały zagłuszone.

To wszystko tylko potwierdza tezę, którą już w 2012 r. postawiliśmy w kwartalniku „Pressje". Tak, zabiliśmy proroka. Ogromną odpowiedzialność ponosi za to zwłaszcza Kościół hierarchiczny, który nie potrafił dać temu nauczaniu „drugiego oddechu" po śmierci papieża.

Miara ludzkiego życia

W filmie braci Sekielskich, wśród wielu innych, znajduje się przejmujący obraz. Przed monstrualnym sanktuarium w Licheniu stoi posąg przedstawiający kustosza i budowniczego tego kościoła klękającego przed Janem Pawłem II. Ten ksiądz jest dziś oskarżony o pedofilię, a o powadze tego oskarżenia świadczy fakt, że zaraz po projekcji filmu pomnik został zasłonięty. Patrzę na ten obraz i widzę dwóch kapłanów powiązanych niewidzialną nicią. Niczym kąkol i pszenica splecione w odwiecznym uścisku.

Ale ten obrazek nie jest prosty. Jan Paweł II nie jest na nim symbolem pszenicy, samego dobra, a kustosz wyłącznie kąkolu, czyli zła. Czy papieżowi nie można zarzucić zaniechań? Czy nie wykazał się przesadną lekkomyślnością, powierzając sprawy administracji kościelnej kurii? Te sprawy będą obciążały jego pontyfikat. I w najbliższym roku rzeczywiście musi on przejść przez czyściec społecznej pamięci. Nie ma na to rady.

Ale czy kustoszowi sanktuarium nie można przypisać również pewnych zasług? Czy naprawdę całe jego życie sprowadza się wyłącznie do zła? Czy cały trud popularyzacji Lichenia i pobudzania w ten sposób duchowości maryjnej poszedł na marne? Nie umiałbym postawić tak daleko idącej tezy.

Na tym właśnie polega tajemnica pszenicy i kąkolu rosnących bezszelestnie na jednym polu. Tajemnica przyzwolenia przez Boga, by dobro i zło rosły obok siebie w historii. Nie do nas należy pełna ocena owoców czyjegoś życia. Dopiero Bóg w trakcie żniwa rozdzieli ziarna od plew. Na szczęście tak będzie i tym razem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA