fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

W Afganistanie sytuacja wymknęła się spod kontroli

Abdul Samea wszedł na minę niemal 30 lat temu, stracił obie nogi. Odtąd otrzymuje pomoc w centrum rehabilitacyjnym Czerwonego Krzyża w Kabulu. Czy koronawirus mu to uniemożliwi?
Rzeczpospolita/ Paweł Pieniążek
Koronawirus już teraz sieje spustoszenie w wyniszczonym przez wojnę i biedę Afganistanie. Jego skutki przede wszystkim odczują najbardziej potrzebujący, tacy jak poszkodowani w konfliktach nawiedzających ten kraj od dekad.

Jeszcze niedawno kabulskie centrum rehabilitacyjne Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża było pełne ludzi. Czasem trudno było poruszać się po przestronnym terytorium i licznych pomieszczeniach. Dziennie przychodziło od 600 do 800 osób. To jedna z siedmiu tego typu placówek w Afganistanie, gdzie potrzebujący mogą otrzymać protezę kończyny i rehabilitację. Do tego za darmo. Ostatnimi czasy świeci pustkami. – Nie wiem, co mam pokazywać, skoro tu nikogo nie ma – mówi lekko zdziwiony włoski lekarz Alberto Cairo z Czerwonego Krzyża, który zarządza placówką. – W normalnych czasach nie ma tu miejsca, jest pełno ludzi, przez co moja praca staje się niemal niemożliwa do wykonywania – wspomina. Te tłumy go męczyły. Ale w obliczu pustki ich brak zaczął mu doskwierać i najchętniej wyściskałby wszystkich, gdyby tylko wrócili. Cairo wskazuje półkę, gdzie stały protezy czekające na odbiór. Było ich przynajmniej 20, a jeszcze kilka stało w kącie.

Liczba pacjentów centrum spadła do mniej niż 40 dziennie, a pracowników z 315 do 55. By nie tworzyć skupisk ludzi, ograniczono liczbę zapisów na rehabilitacje, odbiór i remont protez. Choć większości uniemożliwiają dotarcie do centrum poustawiane w mieście blokady. Z powodu trwającej od czterech dekad wojny, walk, min i niewybuchów Afganistan jest krajem z jednym z najwyższych wskaźników niepełnosprawności na świecie. W 2019 roku było tam 178 tysięcy niepełnosprawnych. Większość z nich otrzymuje pomoc w centrach rehabilitacyjnych Czerwonego Krzyża. Pomocy potrzebują dzieci i dorośli, chłopcy i dziewczyny, kobiety i mężczyźni. Z powodu koronawirusa jednak wielu z nich nie może liczyć na wsparcie.

Bezpiecznych miejsc już nie ma

Cairo to wysoki i szczupły 68-letni mężczyzna. Na fartuchu ma naszyty kawałek tkaniny z napisem „ALBERTO" i plakietkę Czerwonego Krzyża. Jest weteranem tej organizacji. W 2010 roku był nominowany do pokojowej nagrody Nobla. Pracuje w Afganistanie od 30 lat. Był tu podczas wojny domowej, rządów talibów, amerykańskiej inwazji i ich trwającej do dzisiaj obecności.

Wspomina, że w latach 90. podczas wojny domowej, gdy sytuacja była szczególnie skomplikowana i niebezpieczna, znajdujące się w pobliżu Uniwersytetu Kabulskiego centrum rehabilitacyjne znalazło się między walczącymi stronami. – Strzelali do siebie, a my byliśmy pośrodku – opowiada Cairo. Musieli wstrzymać działalność i przenieść się w inne miejsce, bo w takich warunkach praca była niemożliwa. Przyznaje jednak, że takiego kryzysu jak ten wywołany przez koronawirusa jeszcze nie było. – Teraz jest kompletnie inaczej, bo nikt nie walczy, ale nie możesz się ruszyć. Nie ma bezpiecznego miejsca, do którego możesz się przenieść. Po prostu musimy czekać. Nie widziałem czegoś takiego do tej pory – mówi lekarz. W razie pogarszającej się sytuacji nie wyklucza, że centrum może zostać zamknięte. A pacjentom bez sprawnych protez będzie dużo trudniej odnaleźć się w tej trudnej sytuacji. Dopóki władze nie każą zamknąć wszystkich placówek poza tymi ratującymi życie.

Zbyt mało testów, zbyt duże wyzwanie

Mur, metalowa brama i ochroniarze – tak wygląda wejście do centrum. To standardowe zabezpieczenia wszelkich instytucji państwowych czy pozarządowych w Afganistanie, ale także droższych restauracji, hoteli czy zamożniejszych domów. Ostatnimi czasy znudzeni strażnicy nie mają wiele do roboty. Jak wszędzie – sprawdzają temperaturę nielicznym odwiedzającym. Jeden z nich zbliża termometr bezdotykowy do czoła. Patrzy na wynik i kiwa głową, że w porządku.

Mimo tego typu środków zaradczych koronawirus staje się coraz większym wyzwaniem dla Afganistanu. Pierwszy przypadek zachorowania na Covid-19 wykryto pod koniec lutego. Od tego czasu potwierdzono prawie 3 tysiące przypadków (w tym 85 zgonów). Wśród nich wielu pracowników służby zdrowia i administracji publicznej. Stosunkowo mała liczba chorych wynika z niewielu wykonanych testów – ponad 10 tysięcy w skali całego kraju, w którym według oficjalnych danych mieszka 32,3 miliona ludzi. Dlatego powszechna jest obawa, także wśród lekarzy i analityków, że rzeczywista liczba chorych jest znacznie wyższa niż ta ogłaszana przez Ministerstwo Zdrowia Publicznego.

Nieoficjalnie nawet pracownicy administracji państwowej przyznają, że władze nie kontrolują sytuacji. Przez długi czas wirus nie był brany na poważnie. W Ministerstwie Zdrowia Publicznego witano się łokciami, rozwieszono informacje o niepodawaniu rąk, zakrywaniu twarzy i noszeniu rękawiczek, ale podczas rozmowy z urzędnikami można było odnieść wrażenie, że nie traktują sprawy całkiem serio.

Klęska biedy

Dopiero niemal miesiąc po tym, gdy stwierdzono pierwszego chorego w Afganistanie, a wieści ze świata były coraz bardziej przytłaczające, ministerstwo przyznało, że prognozy nie dają wielu nadziei. Według najgorszego scenariusza 26 milionów Afgańczyków, czyli jakieś trzy czwarte społeczeństwa, zarazi się wirusem, a ponad 100 tysięcy umrze. Obecnie tylko w jednej z 34 prowincji nie odnotowano zachorowań.

Władze Afganistanu pod koniec marca ogłosiły zamknięcie dużych miast, w tym sześciomilionowego Kabulu. Do stolicy nie można wjeżdżać od 11 kwietnia. Zgodnie ze słowami gubernatora prowincji Kabul Mohammada Jakuba Hajdari, sytuacja jest „katastrofalna".

Zamykanie miast i samoizolacja w Afganistanie nie będą mogły trwać długo. Jest to jeden z najbiedniejszych krajów na świecie, gdzie ponad połowa społeczeństwa znajduje się poniżej progu ubóstwa, a bezrobocie wynosi przynajmniej 40 procent. Wielu Afgańczyków żyje z dniówek i nie ma oszczędności. Jeśli nie pracują, to nie mają co jeść. Nie mogą też liczyć na wsparcie ze strony państwa. – Nie ma niczego, co by ich chroniło. Ludzie z niepełnosprawnościami są zazwyczaj wśród najbardziej podatnych na takie kryzysy. Będą cierpieć bardziej niż ktokolwiek inny – podkreśla Cairo. Dlatego bieda szybko zmusi wielu Afgańczyków do przerwania izolacji.

Zdążyć przed zamknięciem

Walkę z pandemią utrudnia stan służby zdrowia – niedofinansowanej, niszczonej przez dekady następujących po sobie konfliktów. W wielu miejscach nie ma dostępu do szpitali ani klinik. W tych funkcjonujących trzeba płacić za leki i produkty medyczne. Wielu Afgańczyków nie stać na takie wydatki. Dlatego znaczenie mają placówki takie jak centrum rehabilitacyjne w Kabulu. Bez nich potrzebujący protez nigdy by ich nie dostali. – Dzięki nam ludzie uczą się chodzić na nowo – przyznaje Cairo.

Teraz jednak tych, którym można pomóc, nie ma wielu. W dniu, gdy została ogłoszona blokada miasta, w poczekalni znajdowały się trzy osoby. Mężczyzna z amputowanymi nogami i wujek z bratankiem, który cierpi na fokomelię nóg. Pierwszy to 48-letni Abdul Samea. Ma ciemne włosy i zmarszczki na czole. W kamizelce i tradycyjnej afgańskiej szacie z chustą zarzuconą na ramiona. O ławkę, na której siedział, były oparte jego kule. Protezy nóg zabrał pracownik centrum.

Samea mieszka na wsi 20 kilometrów na północ od Kabulu. Ledwie dotarł do stolicy. Posterunki policji niechętnie wpuszczają przyjezdnych do miasta. – Gdy oglądałem wiadomości w nocy, liczba potwierdzonych przypadków w Kabulu nie była bardzo wysoka, więc postanowiłem, że przyjadę tu naprawić moje protezy. Jeśli nie zrobię tego teraz, to może w przyszłości centrum zostanie zamknięte – mówił Samea.

Mężczyzna wybrał się na wymianę protez w ostatnim momencie. Kilka dni później przejazd był już praktycznie niemożliwy. W mieście i na jego obrzeżach policja ustawiła blokady. Drogi zostały zastawione przez pickupy, a funkcjonariusze przepuszczali tylko uprawnionych, czyli personel medyczny, piekarzy, dziennikarzy, pracowników telekomunikacji i dostawców jedzenia. Początkowo łatwo było omijać nieszczelne blokady wśród labiryntów ulic Kabulu. Z czasem stawało się to coraz trudniejsze, a policja ograniczyła ruch na większości ulic. To, oprócz zamykania większości sklepów, lokali gastronomicznych, przedsiębiorstw i urzędów, główny sposób władz na zmuszenie ludzi, by zostali w domach.

Bolesne wspomnienia

Samea stracił nogi niemal 30 lat temu, wtedy gdy akurat zapanował chwilowy spokój. Sowietów już nie było w Afganistanie, a wojna domowa jeszcze się nie zaczęła. Samea szedł po paszę dla zwierząt. Wszedł wraz z przyjacielem na minę pozostawianą przy drodze.

Gdy wróciła do niego świadomość, sądził, że trafiła w nich rakieta. W tamtym czasie często wystrzeliwali je mudżahedini z okolicznej góry. Widział swoje ręce, nie było na nich krwi, podobnie jak na tułowiu, którego dotknął. Dopiero gdy spojrzał na nogi, zobaczył, że jest źle. W lewej nodze nie miał w ogóle czucia. Prawa wciąż reagowała na bodźce. Jego przyjaciela raniło w korpus i krocze, potem musieli wyciąć mu żołądek, stracił też jądra.

Już w szpitalu Samei amputowano nogę. W drugiej stracił czucie kilka miesięcy później i też została usunięta. Tylko w jego okolicy od min zginęło czterech cywilów, a trzech odniosło rany. Chociaż od wydarzenia upłynęły niemal trzy dekady, to wciąż emocje pozostają żywe. Oczy Samei, gdy wspomina te wydarzenia, zachodzą łzami.

Od tego czasu mężczyzna korzysta z usług centrum rehabilitacyjnego. To czwarte protezy, które otrzymał. Te, które zabrał do naprawy jeden z pracowników, dostał trzy lata temu. Pomagają mu chodzić, funkcjonować normalnie i pracować, dzięki czemu może utrzymywać pięcioosobową rodzinę.

Alberto Cairo spędził w Afganistanie 30 lat. Widział różne rzeczy, ale z takim wyzwaniem, jakim jest epidemia, jeszcze się nie mierzył
Rzeczpospolita/ Paweł Pieniążek

Pozostaje czekać na cud

Obok siedzi 24-letni Abdul Haleb wraz z bratankiem Nurislamem, młodszym o 19 lat. Abdul Haleb mówi, że sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana, bo do wielu miejsc nie da się dotrzeć. Chłopiec jest cichy, nie odzywa się ani słowem, tylko przygląda się wszystkiemu dookoła żywym wzrokiem. W którymś momencie podszedł do niego pracownik centrum, po krótkiej rozmowie podwinął nogawki spodni Nurislama i delikatnie ściągnął dwie protezy. Zabrał je do warsztatu. Protezy Nurislama się nie popsuły, chłopiec rośnie i trzeba je powiększać. Wkrótce nie będzie to możliwe. – Możemy adaptować tę protezę i modyfikować, ale bez wątpienia za miesiąc będzie potrzebował nowej. Największy problem jest właśnie z dziećmi – mówi Cairo.

Dzieci są częstymi pacjentami centrum rehabilitacyjnego. Dzięki pomocy dużo łatwiej jest funkcjonować im w społeczeństwie i cieszyć się dzieciństwem. Protezy to nie wszystko. Dzieci i dorośli w razie potrzeby otrzymują w placówce też rzeczy, takie jak opatrunki, worki moczowe czy cewniki. Dlatego po pomoc zgłasza się bardzo dużo osób. – Możemy zrobić wyjątek dla jednej osoby, ale nie dla wszystkich – mówi włoski lekarz. – Jeśli otworzymy centrum, znowu będą tu przychodzić tysiące ludzi, a musimy trzymać dystans, bo nie chcemy, by placówka stała się miejscem, w którym rozprzestrzenia się wirus.

Dodaje, że 95 procent rehabilitacji przeprowadzanych w Kabulu i pobliskich prowincjach to zasługa centrum Czerwonego Krzyża. Nawet mimo ograniczenia ruchu lądowego i powietrznego między krajami są w stanie przetrwać przez pół roku. – Niektórzy z naszych pacjentów są zupełnie zależni od nas. To jedyne miejsce, gdzie mogą się udać, więc albo tutaj, albo nigdzie – przyznaje.

Alberto Cairo obawia się przyszłości i tego, że koronawirus może doprowadzić do tragedii w Afganistanie. Jedyne na co ma nadzieję to to, że wydarzy się jakiś cud i epidemia nie dotknie tego kraju tak mocno jak jego rodzinnych Włoch.

współpraca Aliszer Szachir

Plus Minus

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA