Plus Minus

Polscy ziemianie, jawna opcja niemiecka

Dwór w Nakielnicy, majątek sędziego Leona Zacherta
Archiwum autora
Polscy ziemianie, którzy po wrześniu 1939 r. utrzymali się w swoich majątkach na terenach wcielonych do Rzeszy, do dziś są zwykle oceniani jako zdrajcy.

Wacław Siemieński z majątku Dubidze w powiecie Radomsko miał pecha. Jesienią 1939 roku skrawek powiatu z jego posiadłościami został wcielony do Warthegau (Kraju Warty). Mógł wyjechać albo zostać. Postanowił pozostać w swoim majątku, bo matka jego żony Wandy hr. Skórzewskiej była pochodzenia niemieckiego. O tej historii opowiedział mi jego dawny sąsiad Władysław Kamieniecki z Pągowa.

O losach takich ludzi jak Siemieński historycy do dziś wypowiadają się niechętnie. Rodziny zaś zwykle milczą. – To niezwykle trudny temat. Nie ma wystarczającej bazy źródłowej, która pozwoliłaby na obiektywną ocenę wyborów niektórych ziemian na obszarach wcielonych do III Rzeszy – mówi prof. Leszek Olejnik, autor jedynej dotąd książki na ten temat – „Zdrajcy Narodu? Losy volksdeutschów w Polsce po II wojnie światowej". – Niestety, nie dysponujemy szerszą dokumentacją, co najwyżej można wyprowadzać wnioski z analizy przejawów różnych zachowań tych osób – podkreśla historyk.

Czym się zatem kierowali ludzie, którzy na początku okupacji deklarowali się jako Niemcy? Czy jakąś rolę odgrywały więzy krwi? A może po prostu uważali, że w ten sposób uda im się ochronić bliskich, ocalić stan posiadania? Choć jednocześnie przecież wielu Polaków niemieckiego pochodzenia nie uległo presji i zachowało się niezłomnie. Obrazu na pewno nie da się narysować wyłącznie w czarno-białych barwach. Zbyt wiele tu szarości.

Reichsdeutsch z AK

Postać bohaterskiego obrońcy Helu kontradmirała Józefa Unruga i jego patriotycznej postawy w niewoli niemieckiej jest powszechnie znana. Ale już dzieje okupacyjne jego bliskich krewnych – synów Antoniego Unruga, generała Wojska Polskiego – były do lat 90. XX w. przemilczane. Pewnie dlatego, że tak chwalebne już nie są.

Wnuk Antoniego – generała i dowódcy w powstaniu wielkopolskim – Piotr Unrug we wrześniu 1939 r. dzielnie walczył w szeregach 15. Pułku Ułanów Poznańskich. W bitwie pod Walewicami stracił nogę. Ale kiedy wrócił z lazaretu do rodzinnego majątku w Wielkopolsce, okazało się, że jego ojciec Wiktor, także emerytowany oficer Wojska Polskiego, zdecydował się na wybór opcji niemieckiej. Uległ namowom swej żony hr. Kageneck. W ten sposób uratował wprawdzie życie swego syna-kaleki, któremu można było zapewnić należyte leczenie i rehabilitację, ale już córkę Marię Modestę postawił w niezwykle trudnej sytuacji. W tamtym czasie była ona zaręczona z Józefem Ponikiewskim, oficerem Polskiej Marynarki Wojennej. Narzeczony zginie 4 lipca 1943 r. w katastrofie w Gibraltarze wraz z gen. Władysławem Sikorskim, którego był adiutantem.

Dziś 96-letnia Maria Modesta z Unrugów hr. Schulenburg odmawia rozmowy na temat okupacyjnej przeszłości swej rodziny. – Nie chcę wracać do tamtych mrocznych czasów – mówi krótko.

Na dłuższą rozmowę na ten temat nigdy nie udało mi się też namówić jej brata Piotra Unruga, choć wielokrotnie pytałem go o czasy II wojny. Leżąca na honorowym miejscu w jego domu księga gości majątku Piotrowo zawierała tylko wpisy z okresu międzywojennego. Te niemieckie z czasów wojny zostały usunięte. Widać było, że Piotr bardzo się stara wymazać tamten okres z pamięci.

Po ucieczce przed Armią Czerwoną w 1945 roku Piotr zerwał z niemieckością i mimo trwałego inwalidztwa wstąpił do brytyjskiej służby w ramach Kompani Wartowniczych. Zasłużył się wówczas Polskim Siłom Zbrojnym wchodzącym w skład armii okupujących Niemcy. Do komunistycznej Polski wracać ani nie chciał, ani nie mógł. Kupił w Anglii niewielką farmę, brał udział w życiu polskiej emigracji, pracował dla BBC. W latach 80. XX w. udało mu się odzyskać obywatelstwo polskie, m.in. dzięki Krzyżowi Walecznych za kampanię wrześniową 1939 r.

Pan Piotr często wspominał swego ukochanego stryja Franciszka Unruga, który też zadeklarował się jako Niemiec. Do tej decyzji przekonał go były wojewoda poznański Adolf hr. Bniński w imię ratowania polskiej racji stanu. Franciszek Unrug jako Reichsdeutsch pozostał w majątku Wyszakowo. Była to własność jego żony Polki, którą chronił jego niemiecki status. Natychmiast zaangażował się w pierwsze polskie struktury konspiracyjne w Wielkopolsce. Zajmował się finansowaniem struktury Polskiego Państwa Podziemnego, prowadził nasłuch radiowy w majątku, ukrywał jeńców alianckich zbiegłych z niewoli i przechowywał broń. Po raz pierwszy aresztowany został w 1941 r. Jak opowiadał mi Piotr Unrug, dzięki znajomości jego matki z komendantem wojskowym miasta Poznań, udało się stryja wyciągnąć z rąk gestapo i oddalić zarzuty dotyczące współpracy z polską konspiracją. Z tym że odtąd był pod ciągłą obserwacją. Niemieckie władze za wskazane uznały też wysiedlić go wraz z polską rodziną do Saksonii. Po dekonspiracji lokalnej wielkopolskiej struktury AK latem 1944 r. Franciszek Unrug został ponownie aresztowany i przywieziony z Saksonii do Poznania. Po ciężkim śledztwie osadzono go w obozie koncentracyjnym KL Stutthoff. Zmarł w czasie wycieńczającego marszu ewakuacyjnego w styczniu 1945 r.

Podobnych przykładów niejednoznacznej postawy ziemian, którzy pozornie zrezygnowali z polskości, jest całkiem sporo. Elżbieta Bacciarelli wspomina: „W naszej okolicy był mały majątek Bachórka, w którym mieszkali państwo Stark, z pochodzenia Niemcy. Ich córka Irena i jej narzeczony Fulde – również z niemieckiej rodziny, należeli do Armii Krajowej".

Między niemieckością a polskością

Profesor Olejnik przekonuje, że w tamtym czasie „wiele rodzin funkcjonowało między niemieckością a polskością i nie sposób określić, w którym miejscu tej drogi byli poszczególni ich przedstawiciele". – Gdyby nie okupacja, pewnie spolszczyliby się całkowicie. Jednak reżim hitlerowski wprowadził na podbitych terenach segregację narodowościową i wymuszał jednoznaczną deklarację pochodzenia – tłumaczy. Przy podejmowaniu decyzji o zapisie na volkslistę rolę odgrywały różne kwestie, m.in. chęć obrony swego stanu posiadania. Wyraźnie też widać chęć przystosowania się do narzuconych warunków i chęć przetrwania. Ale z drugiej strony – podkreśla historyk – na postawy wpływały też inne czynniki. Ważne mogły być tu powiązania ze środowiskami polskimi, a także więzy krwi.

Emerytowany łódzki pastor Mariusz Werner to postać zasłużona dla odbudowy powojennego kościoła luterańskiego w okręgu łódzkim. Przed wojną, wcześnie osierocony przez matkę, mieszkał wraz z ojcem i bratem w majątku Chodeczek na Kujawach. Po latach wspomina: – Ojciec nie chciał opuszczać rodzinnego majątku. Wernerowie od lat byli zżyci z miejscową ludnością. Z miłości do dzieci i ziemi ojciec zadeklarował narodowość niemiecką. Ale całą wojnę dbał o swoich polskich pracowników i w miarę możliwości chronił ich przed władzą okupacyjną. Gdy zbliżała się Armia Czerwona, podczas ewakuacji ludności niemieckiej nie uległ namowom swoich polskich robotników rolnych i został na miejscu. Został aresztowany przez Sowietów. Dopiero po wielu latach rodzina odkryła, że został osadzony w więzieniu Waldheim na terenie NRD. Zmarł tam pięć lat po wojnie i pochowano go w bezimiennej mogile.

Szwagier Wernera Konrad Wünsche, kawaler Virtuti Militari za wojnę z 1939 r., należał do tej grupy inteligencji i ziemian kaliskich, którzy określili się jako Niemcy, ale jednocześnie brali udział w polskiej konspiracji. Skala tego zjawiska była tak poważna, że po rozbiciu organizacji wiosną 1944 r. należącym do niej Niemcom urządzono pod koniec roku w Kaliszu pokazowy proces przy udziale berlińskiego Trybunału Ludowego. Sąd ten, wsławiony skazaniem na śmierć płk. Stauffenberga, odbywał się przy udziale gauleitera Arthura Greisera. Mimo to długo się wydawało, że Konrad i inni uczestnicy konspiracji w liczbie 56 unikną śmierci. Stało się inaczej. Rozstrzelano ich na dwa dni przed ucieczką Niemców z Kalisza. Żona straconego, Zofia ze Schloesserów, właścicielka dóbr Opatówek, po wojnie ukrywała się z dziećmi jako Niemka i była ziemianka.

Sędzia Leon Zachert z podłódzkiej Nakielnicy, majątku rozdzielonym już przed wojną pomiędzy rodzeństwo, podpisał volkslistę, aby uchronić przed represjami resztę rodziny, która uważała się za Polaków. Po wojnie nie miało to jednak żadnego znaczenia. – Mój dziadek trafił do obozu pracy przymusowej na bagnach w Rąbieniu koło Aleksandrowa Łódzkiego. Miał wtedy bodaj 67 lat... Zmuszano go do ciężkiej pracy przy melioracji – wspomina Elżbieta Pułaczewska. Według relacji rodziny zamordowano go widłami.

W podobnym obozie w Bydgoszczy zmarł również były carski generał Aleksander Toll z Uniejowa, którego syn Sergiusz był znanym polskim entomologiem. Obaj przeżyli wojnę jako prawosławni Rosjanie.

Schronienie u grafa

Już od października 1939 r. na Kujawach inteligencja polska, zwłaszcza nauczyciele i ziemianie, była poddawana represjom niemieckich władz okupacyjnych. Wielu zostało zamordowanych bądź znalazło się w obozach koncentracyjnych. Ratunkiem była uległość – choćby pozorna – wobec okupantów.

Hipolit Aleksandrowicz, właściciel dóbr Łochocin koło Lipna, uniknął aresztowania. Władze niemieckie zaakceptowały jego zarząd nad majątkiem. Dlaczego? W 1945 roku wyjaśniała to żona Hipolita w piśmie skierowanym do Urzędu Bezpieczeństwa. Do pozostania w majątku Hipolita miało namówić go miejscowe duchowieństwo i nauczyciel. Uważali, że będzie mógł pomóc wysiedlanym rodzinom polskim.

Atutem było jego prawosławne wyznanie połączone z narodowością rosyjską. Znaczenie miał też fakt, że był absolwentem niemieckiej uczelni w Heidelbergu i tytułował się hrabią, choć tytuł ten (zresztą pochodzenia niemieckiego) należał do innej wygasłej już rodziny.

Jego trójka dzieci, urodzona w okresie okupacji, została wpisana do okupacyjnych ksiąg stanu cywilnego jako „Graf von Alexandrowitz". Biegła znajomość języka, a nierzadko łapówki, ułatwiała mu kontakty z administracją niemiecką. Stanisława Aleksandrowicz obszernie wyliczyła zasługi męża podczas okupacji, podając świadków. Na tej liście byli zarówno mieszkańcy wsi, jak i przewidziani do wysiedlenia przedstawiciele rodzin inteligenckich i ziemiańskich. Wszystkich ich „hrabia" zatrudnił i uzyskał na to zgodę władz niemieckich. Ponadto znalazło u niego schronienie kilka rodzin żydowskich. Aleksandrowicz nielegalnie dostarczał żywność do przejściowego getta we Włocławku. Pomagał finansowo ludziom „zupełnie nieznanym, którzy przyjeżdżali jako wysiedleńcy z prośbą o ratunek". Do ostatnich dni okupacji „graf" zwlekał z ucieczką przed Armią Czerwoną.

Zaginął po zatrzymaniu przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa z Aleksandrowa Kujawskiego. Ludzie ci, rekrutujący się z miejscowych mętów, zamordowali go w drodze do aresztu. Znaleźli przy nim zaszyte w futrze złoto. Rodzinie nigdy nie udało się odszukać jego grobu.

Oszustwo Bacciarellich

W powiecie aleksandrowskim na Kujawach znajdowały się trzy majątki rodziny Bacciarellich: Jądrowice, Miechowice i Waganiec. Bracia Bogusław, Cezary i Kazimierz byli potomkami słynnego królewskiego malarza Marcello Bacciarellego. W tamtym czasie włoskie korzenie pozostawały już jednak tylko odległym wspomnieniem, tak pod względem genealogicznym, jak i językowym. A jednak się przydały.

Na początku okupacji władze niemieckie aresztowały trzech braci Bacciarellich. Na szczęście sąsiad – niemiecki ziemianin Alfred Blüge – powiadomił włoskiego konsula ze Stuttgartu. Po jego interwencji ostatecznie władze niemieckie uznały braci za osoby narodowości włoskiej.

A to oznaczało możliwość pozostania w majątku.

Celem „umocnienia" więzów z krajem pochodzenia otrzymali od konsula stosowne dokumenty. Niewątpliwie pomogło honorowe obywatelstwo miasta Rzymu przyznane ich przodkowi – jak się zdaje – u schyłku XVIII w. Wprawdzie przydzielono im treuhändera, który kontrolował całą ich gospodarkę, ale Bacciarellowie potrafili zmylić jego czujność.

Aktor Ryszard Bacciarelli, którego brat spędził w Wagańcu okupację, wspomina: „Stryj [Cezary] dostarczał pieniądze, finansował pewne sprawy. Kilku oficerom, którzy byli w oflagach niemieckich, były wysyłane paczki żywnościowe, tym zajmowały się córki stryja. (...) Pomagał wszystkim, którzy tej pomocy potrzebowali". Bacciarelli współpracowali też z konspiracyjnym podziemiem i przechowywali zagrożonych ludzi, w tym uciekinierów, żołnierzy AK, lotników alianckich.

Ale ocena ich działań początkowo była niejednoznaczna. Tadeusz Czaplicki w „Szlacheckich ostatkach" pisze: „Podając się za »Volksitalienische« (...) umożliwili sobie i swoim rodzinom lepszy los w czasie okupacji. Oburzenie sąsiadów, ziemian polskich, na takie postępowanie było początkowo ogromne, lecz z biegiem czasu zaczęto traktować ich postępek jako nieszkodliwe moralnie oszustwo wobec władz okupacyjnych (wykorzystanie włoskiego pochodzenia), co łatwiej przyszło, że zachowanie ich w czasie okupacji wobec ludności polskiej było wręcz nienaganne".

Po wojnie wszyscy Bacciarelli zostali wyrzuceni z majątku przez ludowe władz i obrabowani z ruchomości. Bogusław i Cezary trafili na UB, ale dzięki interwencji miejscowej ludności udało się ich uwolnić. Cezary nie uniknął jednak procesu.

– W czasie okupacji ziemianie pochodzenia niemieckiego, z reguły od pokoleń żyjący na ziemiach polskich, znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji – komentuje prof. Olejnik. – Zachowywali się różnie. Oceniając jednak ich postawy, należy unikać pochopnych uogólnień. Dominowały bowiem raczej postawy pośrednie niż skrajne.

Autor jest genealogiem i heraldykiem, prawnikiem i antykwariuszem. Publikuje m.in. w: „Zeszytach Historycznych", „Karcie", „Tygodniku Do Rzeczy"

 

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL