fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tomasz Łapiński: Do piłki wszyscy pasują

Fotorzepa, Robert Gardziński
Nie byłem gadułą ani duszą towarzystwa. Siedziałem spokojnie, niewiele mówiłem, ale jak już mówiłem, to raczej mnie słuchano – opowiada Michałowi Kołodziejczykowi były piłkarz, reprezentant Polski, legenda Widzewa Łódź, Tomasz Łapiński.

Plus Minus: Pasował pan do piłki nożnej?

Do piłki wszyscy pasują. Czasami nie pasuje się do szatni, ale to da się rozdzielić. Wszystko zależy od poziomu, na którym się gra. Można przecież zagrać mecz z kolegami, iść do domu i nie mieć z nimi nic wspólnego.

To pasował pan do szatni?

Byłem w niej prawie 20 lat, ale to nie było ciągle to samo miejsce. Inaczej wyglądało, kiedy zaczynałem karierę, inaczej kiedy się rozwijałem i zupełnie inaczej, kiedy byłem już starszy. Każdą szatnię tworzą ludzie, jedni są dłużej, inni krócej – to jest twór, który cały czas się zmienia. Na początku trochę do towarzystwa aspirujesz, chcesz być zaakceptowany przez grupę, później tę grupę tworzysz, a na końcu dostajesz po plecach. Okres wstępny, to duży margines luzu – młody wchodzi, sporo pokazuje, może robić wszystko i wszystko jest wybaczane. Później zaczynają od ciebie wymagać więcej, także pod względem odpowiedzialności za innych. W końcówce, kiedy widać już horyzont i rzekę, którą trzeba będzie przekroczyć, całkowicie zmienia się spojrzenie na to, co się przez cały czas robiło. Bo ludzie i ich konfiguracje to jedno, ale wiek ma kolosalny wpływ na to, jak się szatnię postrzega i jak się w niej odnajduje.

Co jest wyjątkowego w szatni?

Właśnie nic. Wbrew pozorom, to żadna egzotyka, tylko w jakimś stopniu odzwierciedlenie społeczeństwa. Duży wachlarz, jeśli chodzi o charaktery.

Po zakończeniu kariery chwalił się pan odbyciem rekolekcji ignacjańskich, czyli tygodnia ciszy – bez wypowiedzianego słowa, telefonu, książki, telewizji i radia. Mam czasami wrażenie, że pana rekolekcje trwały całą karierę.

Całkiem śmieszne, jednak zupełnie nieprawdziwe. Może nie mówiłem za dużo, ale doświadczeniom, które zebrałem, bliżej do 20-letniego prania mózgu, niż do 20-letniej medytacji.

Jak to prania mózgu?

W wielu szatniach czułem się kapitalnie i odpowiadało mi towarzystwo kolegów. Wiedziałem jednak, jakie są ograniczenia, znałem widełki, w których mogę się poruszać. Kiedy jest się w jakimś klubie, nie warto wyskakiwać z dziwnymi tematami, nie warto wychodzić poza ramy – trzeba być częścią grupy i się do niej dostosować. Oczywiście miałem pozasportowe, szersze spojrzenie, ale pielęgnowałem je w sobie po zakończonych meczach czy treningach. Funkcjonowanie w zespole nie było dla mnie problemem.

Ale był pan lubiany?

Pewnie różnie z tym było. Nie byłem gadułą, ani duszą towarzystwa. Siedziałem spokojnie, niewiele mówiłem, ale jak już mówiłem, to raczej mnie słuchano.

O jakich widełkach wspomniał pan wcześniej?

Takich, których przekroczenie uruchamiało zarzuty o zadzieraniu nosa. Kiedyś, we wstępnym okresie w Widzewie, byłem w kinie na „Tańczącym z wilkami", oscarowym filmie z Kevinem Costnerem. Wyszedłem zachwycony, bardzo mi się podobało: genialna historia, świetna, fantastycznie zagrana. W drodze na trening jakiś kolega powiedział, że to było gówno i że ledwo usiedział w miejscu przez trzy godziny. Zaczęła się jazda po „Tańczącym...", a ja młody i głupi próbowałem coś doświadczonemu koledze wytłumaczyć. Szybko się wycofałem. Więcej takich prób już nie podejmowałem, chociaż tamta dyskusja do dzisiaj mnie drażni. Podobnie było przy śmierci Jerzego Kukuczki.

To znaczy?

Przy alpinizmie często przewijają się głosy ludzi, którzy nie wiedzą, o czym mówią. Po co, co za matoły, co za durnie, jakim trzeba być osłem, żeby tak ryzykować – wylewa się na alpinistów wiadra pomyj. Dla mnie to dziwny sposób patrzenia na ich wyczyny i pasję, ale w dyskusje nie wchodziłem. Po co dyskutować, skoro wiadomo, że przedstawianie swojej opinii nie ma sensu. Trzeba wiedzieć, kiedy milczeć.

W pana książce „Szmata" główny bohater czuje się dobrze tylko na treningu, albo podczas meczu. To pan? Też czuł pan pustkę, kiedy sędzia gwizdał po raz ostatni?

Pustki może nie czułem, ale cały czas najważniejsze było dla mnie samo boisko, trening, gra, rywalizacja, fizyczność – to była przyjemność. Ale cała otoczka, wszystko co się pojawia wokół futbolu było dla mnie dziwne, nieoczekiwane i byłem na to kompletnie nieprzygotowany. To było coś, czego nie brałem pod uwagę, kiedy jako dzieciak zaczynałem grać w piłkę.

Da się od tego odciąć?

Nie ma takiej możliwości. Nie dasz autografu, to przykleją ci na czoło kartkę z napisem „snob".

Cieszy się pan, że grał w swoich czasach?

Jestem przekonany, że teraz mentalnie bycie piłkarzem jest zdecydowanie trudniejsze niż 20 lat temu. Nie da się tego nawet porównać. Ciągle trzeba być czujnym, uważać gdzie się przebywa, ważyć każde słowo, by dać internetowi jak najmniejsze pole do popisu. To jest duże utrudnienie, które sprawia, że koncentracja na meczu wymaga dodatkowej siły. Gdybym grał teraz, pewnie też nie miałbym Facebooka czy Twittera, są przecież tacy, którzy nie mają. Inaczej dostałbym schizofrenii. Obecnie dużym problemem dla piłkarza jest utrzymanie izolacji od świata, skupienie się na grze.

Myśli pan, że Robert Lewandowski to potrafi?

Nie ma szans. Ci, co są na świecznikach, są zbyt mocno powiązani z otoczką, o której mówiłem. Z reklamami, z pieniędzmi. Z rzeczami pobocznymi wokół dyscypliny, którą uprawiają.

Kiedy ogląda pan mecz półfinałowy Ligi Mistrzów – Romy z Liverpoolem – myśli pan sobie: „Mogłem być i w jednej, i w drugiej drużynie, ale nie odbierałem telefonów"?

Staram się nie pluć sobie w brodę, że podejmowałem w życiu inne decyzje. Tak się potoczyło, chcieli mnie giganci, ale planowałem karierę z pełną świadomością konsekwencji, wiedziałem, czego chcę i dlaczego tak się zachowuję. Bałem się latać, wiedziałem, że nie wsiądę do samolotu. Miałem pójść do Liverpoolu i powiedzieć, że mam fobię? Trzeba być uczciwym i spojrzeć na to z punktu widzenia klubu. Co to za piłkarz, co może grać tylko u siebie albo na wyjeździe na tyle blisko, że może dojechać samochodem. Na obóz nie poleci, na europejskie puchary też nie. To byłoby bez sensu.

Ta fobia pojawiła się po feralnym locie na zgrupowaniu reprezentacji w Ameryce Południowej, kiedy przez kilka minut spadaliście?

Tak, wcześniej nie miałem żadnych lęków. Pewnie tak się dzieje, kiedy się spada, a później trzeba się upić, żeby zapomnieć. W moim przypadku tak było.

Podejmował pan próby terapii w Instytucie Lotnictwa. Nie pomogło?

W tamtych czasach psychologia w zakresie leczenia fobii samolotowych była w powijakach. Albo źle trafiłem. Te spotkania, na których byłem, nie miały najmniejszego sensu, nic mi nie dały. Na urlop też nie latam, w ogóle nie wsiadłem do samolotu od 20 lat. Po feralnym locie z Chile zdecydowałem się jeszcze raz – kiedy przegraliśmy na Wembley 1:3 z Anglią, a po trzech dniach w graliśmy Chorzowie ze Szwecją.

Może warto sprawdzić, czy psychologia wyszła z powijaków?

Kroi mi się wyjazd do Kanady, fajny, ale na razie nie jestem gotowy. Nawet na Lofoty jechałem z dzieciakami autem. Genialny wyjazd, koło podbiegunowe, piękne widoki, ale za kółkiem trzeba było trochę czasu spędzić.

Z jakiego domu pan pochodzi?

Wyniosłem z domu wszystko – jestem efektem wychowania moich rodziców, szkoły, środowiska, w którym dorastałem. Kształtowanie charakteru młodego człowieka to skomplikowana sprawa, bo zazwyczaj łatwo o manipulację – jest się bardzo podatnym na wszelkie wpływy. Mój dom był standardowy, nie mam żadnych złych historii, żadnych traum z dzieciństwa. Ojciec sam grał w piłkę, był moim pierwszym trenerem i zawdzięczam mu całą karierę. Gdyby nie on, nie wiem czy ruszyłbym się z domu. On był zdecydowany, żeby mnie popchnąć, 18-letniego gówniarza, z 15-tysięcznych Łap do wielkiej Łodzi. Wszystko, co we mnie piłkarsko było dobre, zawdzięczam tacie.

Jak był gorszy moment, to od razu chwytał pan za telefon?

Tata był na każdym moim meczu w Łodzi, niemal przez całą karierę. Wsiadał w pociąg w Białymstoku i jechał ponad 300 kilometrów. Kibicował mi, oceniał i wspierał w podjętej decyzji o zostaniu piłkarzem.

Nie był pan pewny tego, że chce zostać piłkarzem?

W życiu! Wiedziałem tylko, że lubię grać i umiem to robić dobrze. To była cała moja wiedza, a reszta w początkowym etapie się zwyczajnie przytrafiła. O jakichś świadomych wyborach mogłem mówić dopiero po kilku latach w Widzewie. Wychodziłem z zajęć i trafiłem na zupełnie obce łódzkie środowisko, które było dla mnie nowe i dziwne. Wielkie miasto, a ja sam jak palec przez większość czasu. Przez dwa lata mieszkałem w hotelu i zdarzało mi się wracać ze zgrupowania reprezentacji młodzieżowej i usłyszeć: „Pan tu już nie mieszka".

Jak to?

Zmieniali mi zakwaterowanie podczas mojej nieobecności, przenosili rzeczy. Dzwoniłem i dowiadywałem się, gdzie teraz będę nocował.

Wielkie miasto pana nie wciągnęło?

Nie interesowały mnie imprezy. Zdarzało się gdzieś wyjść ze znajomymi, ale miałem swoją grupę inteligentnych, młodych ludzi i mieliśmy inne zainteresowania. Z Witkiem Kubalą, Robertem Augustowskim czy Pawłem Chodakowskim lataliśmy na takie stare ryneczki, gdzie można było dorwać dobre książki, kasety VHS z wielkim szumem przez większość filmu, później pojawiły się też pierwsze komputerowe zabawki – Atari czy Commodore. To był nasz światek, tak spędzaliśmy czas, a nie na imprezach.

Ale palił pan jeszcze jako nastolatek.

Jeszcze w Łapach zacząłem, przed wyjazdem. Palenie pewnie szkodzi sportowcowi, ale nie jestem do końca pewny, bo zawsze paliłem i nie mam odniesienia. Od 17. roku życia kopciłem półtorej paczki, więcej nie. Rzucałem z głową, musiałem dojrzeć do tej decyzji. Najpierw poszedłem na akupunkturę tak testowo, zobaczyć jak to jest. Musieli mnie pokłuć dwa razy, pozostałym wystarczył jeden. Siedzieliśmy na krzesełkach w kółku, jak na spotkaniu anonimowych alkoholików, każdy miał wbijane szpileczki w uszy, a później szedł do innego pomieszczenia na papierosa. Inni wracali i mówili, że czują zmiany, że im nie smakuje. A mnie nadal smakowało, stąd ta dodatkowa sesja. Później, już ze świadomością, że w razie czego jestem w stanie rzucić, popaliłem jeszcze ze dwa lata i wszystko okazało się proste, jak pstryknięcie palcami. Bez syndromu odrzucenia, bez żadnych odwyków, bez jakichkolwiek problemów zdrowotnych – nie byłem ani zdenerwowany, ani zestresowany.

Za trenera Franciszka Smudy palił pan nawet w autokarze.

Franciszek pozwalał. Prosił, żeby nie chować się za autokar na postojach, tylko siadać z przodu, to się szeroko okno otworzy i nie będzie się wszystkim smrodzić. Nikt inny nie korzystał z tej możliwości, wszyscy chyba jednak bali się jakichś konsekwencji, a ja nie miałem z tym żadnych problemów.

Smuda to pana ulubiony trener?

Wiążą się z nim moje najprzyjemniejsze wspomnienia z piłki klubowej. Mistrzostwa Polski, Liga Mistrzów, graliśmy bardzo dobrze w piłkę. Mówiliśmy wcześniej o szatni, o tym, jak się zmienia – trenerzy też się zmieniają, są teraz lepiej wykształceni, bardziej samokrytyczni. To jest tak ciężka i stresująca robota, tak łatwo wywrócić się o jakieś drobiazgi, że potrzeba do niej wyjątkowych predyspozycji.

Jak pan się ze Smudą dogadywał, przecież o filmach nie rozmawialiście?

Szatnia jest prosta, wielka filozofia źle działa na zespół, zaburza relacje, komunikację między trenerem a zawodnikami. Do piłkarzy naszybciej trafiają krótkie, żołnierskie komunikaty. Oczywiście, że trzeba też umieć bawić się motywacją, odpowiednio nastawić zespół do walki, ale ja bym tego nie przeceniał. Dużo ważniejsze jest to, co szatnia widzi w trenerze, jak on reaguje, jak radzi sobie ze stresem i trudnymi sytuacjami. Oczywiście, że warsztat, taktyka i wiedza też są istotne, ale wielu trenerów ma tylko jeden wiodący element, a o reszcie zapomina.

To co miał Smuda?

Taktykę, warsztat i kapitalny kontakt. Motywacyjne przemowy nie były jego siłą, ale już klarowna wizja gry jak najbardziej. Umiał przygotować drużynę i ustawić ją tak, by rozumiała, o co mu chodzi. To trudne, ale utrzymywał nas w ryzach przez długi czas.

Powiedział pan kiedyś: „Lubię spełniać swoje marzenia, a grając w piłkę miałem ograniczone możliwości". O jakie marzenia chodziło?

Książka była jednym z nich. Pisałem sam, każde słowo, redakcja była dopiero na końcowym etapie. Nie wiem, jak „Szmata" zostanie odebrana przez czytelników. To fikcja, doszukiwanie się w niej realnych postaci jest błędem. Myślałem o tym, żeby we wstępie się od wszystkiego odciąć, ale uznałem, że to nie ma sensu, bo cokolwiek napiszę, ludzie i tak będą wiedzieć swoje. Puściłem oko, mam nadzieję, że będzie to wyczuwalne. Każdą postać z książki budowało przynajmniej kilka postaci rzeczywistych, a główny bohater nie jest mną – chociaż oczywiście po jego sposobie myślenia, poznaje się autora. Stworzyłem jednak przerysowany obraz szatni i włożyłem kij w mrowisko.

Żeby umieć pisać, wystarczy dużo czytać?

Nadal nie wiem, czy umiem pisać. Uczyłem się, bardzo dużo czasu poświęciłem na edycję tekstu. Pierwsza wersja do niczego się nie nadawała. Siedziałem miesiącami, odchodziłem od komputera zadowolony i myślałem o tym, jakie genialne napisałem zdania. Siadałem po trzech dniach i zastanawiałem się, jak mogłem w ogóle tak napisać. Siedziałem, gładziłem, myślałem, czego jest za dużo, czego za mało. Ale poza książką marzę jeszcze o filmie. Przez dwa lata robiłem studium w Warszawie na kierunku reżyserskim. Film promocyjny do książki sam wyreżyserowałem. Chciałbym pójść w tę stronę – książka, scenariusz, film, nabrać trochę doświadczenia, bo przecież podczas zajęć tylko się prześliznąłem po temacie. Praca reżysera to kapitalna sprawa, trudna, ale bardzo mnie pociągająca. Tam jest kreacja na takim poziomie, że można poczuć się trochę jak bóg.

Film pojawił się w pana życiu po fotografii?

To ciągłość – fotografia, kapitalna szkoła Mariana Szmidta, wyjątkowego człowieka i pedagoga, a dalej książka, scenariusz i film. To wszystko jest powiązane. Dobre zdjęcie opowiada historię, tak jak literatura i kino. Żeby coś było dobre, trzeba sprawdzić, z jakich składa się elementów i zrezygnować ze zbędnych rzeczy. To samo jest z kompozycją kadru – dobre zdjęcie to nic innego, jak usunięcie rzeczy zbędnych, które rozpraszają uwagę. W książce są trochę inne możliwości, inne narzędzia, ale również nie można zapomnieć, o czym się mówi, starać się niepotrzebnie nie zaburzać narracji.

Fotografował pan jeszcze w trakcie kariery piłkarskiej?

Nie, dopiero kiedy skończyłem grać i nie wiedziałem do końca, co chcę ze sobą zrobić. Literatura była dużo wcześniej, czytałem od dziecka – mnóstwo i wszystko. Od klasyki przez fantastykę, w szerokim pojęciu. „Wiedźmina" Andrzeja Sapkowskiego poznałem bardzo szybko, poszedłem dalej do Stanisława Lema, chociaż on pewnie by się obraził, gdyby nazwać jego książki fantastyką. Genialny pisarz, po latach wróciłem i do „Śledztwa", i do „Solaris", znowu odnajdując w nich coś innego, co wcześniej odrzuciłem. Był też Fiodor Dostojewski, Michaił Bułhakow, przeszedłem przez okres zachłyśnięcia się Waldemarem Łysiakiem, przeczytałem wszystko Williama Whartona. Później pojawił się mój ukochany Wiesław Myśliwski, ostatnio przebiłem się przez wszystko Cormaca McCarthy'ego.

Książką rozliczał się pan z własną przeszłością?

O co pan pyta?

Pana syn to książkowy Emil? Próbował się do pana zbliżyć, grając w piłkę na komputerze?

Akurat przez gry kontaktu nie szukaliśmy. Książka będzie żyła swoim życiem, będą różne interpretacje, ale ja poza swoimi dewiacjami nie mam nic do ukrycia. Autor zawsze się trochę uzewnętrznia, mam świadomość, że w wielu kwestiach się odsłaniam, mimo że postaci są wymyślone.

W rzeczywistości pogodził pan życie piłkarza z życiem ojca i męża?

Też miałem z tym duży problem. Życie piłkarza, bez wielkich usprawiedliwień, toczy się poza domem. Liga, reprezentacja, europejskie puchary, w domu tak naprawdę jest się gościem. Na tej płaszczyźnie poległem.

Jest pan domatorem czy kimś, kto ciągle szuka wrażeń?

Trudno mi się zdefiniować. Kontakt z dziećmi jest dla mnie zawsze wydarzeniem, zwłaszcza od kiedy mam na to czas w takim stopniu, w jakim chciałem, czyli od zakończenia kariery. Teraz to już dorośli ludzie, syn ma 20 lat, córka 24. Trudno kogoś po rozwodzie nazywać rodzinnym facetem, bo jednak rodzina mi się rozpadła, ale z dziećmi zawsze mieliśmy mnóstwo wspólnych wypraw, wyjazdów i trzymaliśmy dobry kontakt. Nigdy nie czułem, że to mój obowiązek, zawsze wspólny czas traktowałem w kategoriach przyjemności, wielkiej frajdy. Oczywiście dziś mamy inne relacje, także ze względu na ich wiek. Miałem w życiu różne okresy – ciekawi mnie świat i radzę sobie z jego poznawaniem, mimo że nie latam samolotami. Wiele interesujących mnie rzeczy znajduje się w zasięgu samochodu. Ale potrzebuję także domu – ciszy i spokoju. Nie mogę żyć w wiecznym zgiełku i gwarze, przy ciągle grającym radiu, nawet jeśli to muzyka, którą uwielbiam. Cisza jest mi niezbędna do życia.

Potrafi pan kochać?

To jest bardzo trudne pytanie, bo jest wiele definicji miłości.

Dużo pan myśli...

No i właśnie miłość jest na przeciwnym biegunie do analizy i chłodnego rozumu. To są emocje. Ale z drugiej strony można miłość rozumieć zupełnie inaczej. Traktować ją jako wybór, świadomą decyzję o byciu z kimś – wtedy to jest kwestia intelektualna. Mogę wybrać życie z kobietą bez względu na to, czy będzie dobrze, czy będzie więcej chwil trudnych czy łatwych. Miłość mylona jest z uniesieniem erotyczno-emocjonalnym, ale to tylko zauroczenie. Oglądał pan „Miłość" Michaela Hanekego? To jest miłość – kiedy człowiek dokonuje wyboru, by być z ciężko chorą żoną.

Nie odpowiedział pan na pytanie, czy pan potrafi kochać.

Bo nie wiem.

A piłkę pan kochał?

Jako dyscyplinę tak, a jako sposób na życie – nienawidziłem. Boisko, dziesięciu kolegów, jedenastu przeciwników, sędzia, rywalizacja – to kochałem bezwarunkowo, tak samo po zwycięstwie, jak po porażce. Mam za dużo wątpliwości, żeby jednoznacznie określić swoje stanowisko w wielu sprawach, także miłości. Ale może nie jest to takie złe w świecie, w którym ludziom wątpliwości akurat często brakuje.

Pieniądze nakręcały pana do treningów?

W ogóle. Gdyby były dla mnie takie ważne, to siedziałbym w Liverpoolu albo w West Ham, a do fobii lotniczej przyznał się dopiero po podpisaniu kontraktu.

Powiedział pan kiedyś, że trzy czwarte pana życia to poślizgi w wypłatach. Dorobił się pan chociaż?

Tak, jestem zadowolony z tego, co mam. Oczywiście najważniejszym czasem była Liga Mistrzów. Pojawiły się zaległości finansowe, długo się naczekaliśmy, część poszła w diabły, ale trochę zostało. Nie potrzebuję luksusów. Lubię podróżować, ale nie znoszę drogich ośrodków, nie chcę marmurów i służącego. Dla mnie to głupie i niedorzeczne. Nie czułbym się szczęśliwy, gdybym miał 500-metrową willę na 5-hektarowej działce nad własnym jeziorem. Mam mniejsze wymagania.

Kiedyś marzył pan o telewizorze Neptun i radiu Zodiak.

Polowałem na te sprzęty. Takie były czasy, że niczego w sklepach nie było. Z wymarzonym dwukasetowym magnetofonem za dobrze nie trafiłem. W łódzkim Centralu rzucili ze 20 i akurat trafiłem na egzemplarz, który nie działał. Nie wiem, może wszystkie miały wady.

Jest pan audiofilem?

Muzyka mnie fascynuje, według mnie w sposób najbardziej pierwotny wpływa na emocje. To jest coś genialnego, dla mnie kompozytor to największy geniusz. Marian Szmidt, o którym wspomniałem, szedł w kierunku stworzenia dźwięku idealnego. Przyznam, że mam trochę drewniane ucho i średnio dostrzegałem różnicę, ale on przekonywał, że po dźwięku jest w stanie ocenić nawet jakość prądu. Nie wierzyliśmy mu, ale może to jest tak, że im bardziej w coś się zagłębiasz, tym więcej czujesz.

Motocross i snowboard to dla pana szukanie adrenaliny, której brakuje po zakończeniu kariery sportowca?

Adrenaliny nie szukam. Szukam przyjemności, a nie poczucia strachu i niepewności. Zagrożenie nie jest mi do niczego potrzebne. Jeździłem na motorze nie dlatego, że to groziło upadkiem. To była aktywność fizyczna, chciałem popracować, pobawić się. Motocykl został jednak wyparty przez inne hobby, nie mogłem pogodzić fotografii i szkoły filmowej z jazdą. Przestałem też jeździć ze strachu i w poczuciu odpowiedzialności. Wiedziałem, że o wypadek jest bardzo łatwo. A snowboard pojawił się jako zagospodarowanie długiej zimy. Nauczyłem się po zakończeniu kariery – założyłem dechę i na dzień dobry nieomal się zabiłem na czarnej trasie w Livigno. Teraz eksperymentuję też trochę z kite'em, tyle że u nas słabo z wiatrem jest. Siedziałem dwa tygodnie, może trzy dni dobre mi się trafiły, ale nauczyłem się chociaż wstawać na desce. A jak zaczęło być fajnie, to trzeba było wracać.

Pan ciągle czegoś szuka.

To nie jest przypadek, że skaczę z jednej rzeczy na drugą. Mam świadomość, że wszystko co robię, poszerza moją wiedzę, spojrzenie na świat, postrzeganie tego, co dzieje się wokół. Zawsze izolowałem się od nowości, teraz wszystkiego dotykam.

Nowe życie zaczął pan od zgolenia wąsów?

Zgoliłem z przypadku. Ręka mi się omsknęła przy goleniu głowy. Kręciłem wąsa przez całą karierę, ale to były moje pierwsze wąsy, hodowane od dzieciaka. Może jakbym je chociaż raz zgolił, to byłyby gęstsze.

Jest pan ekspertem Polsatu. Piłka nożna mieści się wciąż u pana w kategoriach hobby?

Oglądam mecze, ale mocno je selekcjonuję. Wybieram te, które muszę zobaczyć ze względu na komentarz, a tego i tak jest dużo. Właśnie skończyło grać Podbeskidzie i jak wrócę do domu, trzeba znaleźć dwie godziny na powtórkę. Piłka sprawia mi radość, ale trzeba ją dozować, bo oglądając wszystko, można zohydzić sobie ulubioną dyscyplinę.

Srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie to najmilsze wspomnienie w pana karierze?

Moment po meczu był dziwny, nie było radości w szatni. Przegraliśmy z Hiszpanią 2:3 po golu w ostatniej akcji, czuliśmy, że mogliśmy wygrać. Zdawaliśmy sobie sprawę, że drugie miejsce to też sukces, ale śpiewów i tańców nie było. Był smutek połączony ze spokojem. Po dekoracji dotarło do nas, że dokonaliśmy czegoś wielkiego, ale barcelońskiego ołtarzyka w domu nie mam. Medal jest gdzieś w szufladzie.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA