fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Semka: Pampersi zaprowadzili w TVP pluralizm

Dziennikarze sejmowi, początek lat 90. Po zrobieniu „Lewego czerwcowego” drogi Jacka Kurskiego (z lewej) i Piotra Semki się rozeszły. „Jacek dostał się do sejmiku i ugrzązł na kilka lat w polityce lokalnej. Ja z kolei zająłem się kontestacją układu okrągłostołowego” – wspomina Piotr Semka
Forum
W latach 1991–1993 telewizja wykreowała dużo nadętych postaci, które nie miały wiele do powiedzenia, ale nadrabiały aparycją. Kiedy do TVP przyszli wyraziści, konserwatywni „pampersi", wielu się to nie podobało.

Usunięty ostatecznie z telewizji w marcu 1993 roku, powróciłeś niecały rok później. Prezesem zarządu TVP został Wiesław Walendziak, twój starszy kolega z Topolówki. Co ciekawe, prezentujący umiarkowanie prawicowe poglądy, Walendziak nie otrzymał wsparcia od prezydenta Wałęsy, który twierdził, że nowy prezes jest za młody. Paradoksalnie mniej przeszkadzał koalicji Sojuszu Lewicy Demokratycznej, która tymczasem wygrała wybory parlamentarne.

Sojusz Lewicy Demokratycznej tak się bał dominacji Wałęsy, że wolał oddać TVP Walendziakowi, który wówczas kojarzył się w prawicowym obozie jako krytyk prezydenta i jego zaplecza w Belwederze. Postkomuniści uznali, że najlepszymi obrońcami demokracji będą młodzi, konserwatywni dziennikarze, którzy stracili zaufanie do dawnego lidera Solidarności.

Kto z obozu SLD wyciągnął rękę do Walendziaka?

Zielone światło dał Marek Siwiec, który w latach 1991–1993 obserwował pracę Wieśka przy programach publicystycznych „Bez znieczulenia" i „Lewiatan". Walendziak zapraszał „czerwonych", traktował ich jako partnerów do rozmowy. Byli tacy, którzy krzyczeli: „Precz z komuną". Wiesiek nie krzyczał. Marek Siwiec jako najinteligentniejsza osoba w obozie postkomuny szybko wykalkulował, że prawicowy dziennikarz, który bardziej skupia się na krytyce Wałęsy niż obozu SLD, będzie idealnym kandydatem na szefa TVP.

Walendziak został wybrany na prezesa w listopadzie 1993 roku i zaprosił cię do współpracy.

Najprawdopodobniej by tego nie zrobił, gdyby nie znał wcześniej mojej opozycyjnej działalności w ramach niezależnej gazety szkolnej BIT w Topolówce. Wiedział, że wraz z Jackiem Kurskim przejęliśmy niejako opozycyjną schedę po nim i jego pokoleniu młodych kontestatorów. Oczywiście o zaproszeniu decydowało także moje pisanie w „Regionówce", „Tygodniku Gdańskim", „Tysolu" i robienie „Reflexu", jednak uważam, że to właśnie relacje wytworzone na poziomie licealnym miały największe znaczenie. Walendziak mnie znał, wiedział, że może na mnie polegać, i stąd najprawdopodobniej jego zaproszenie do ekipy „Pulsu dnia".

Kiedy odchodziłeś z telewizji rok wcześniej, wielu odetchnęło z ulgą. Kiedy wróciłeś, chyba nikt nie otwierał butelek z szampanem...

Na Woronicza najwyżej stojącą kastą byli i nadal są kierownicy produkcji. To oni zazwyczaj decydują o kształcie danego programu, doborze gości, agendzie tematów. Zawsze porównywałem ich do bosmanów pływających na statkach, którzy są zaraz po kapitanie. Szefem kierowników produkcji w tamtym czasie był Błażej Sobierajski z bardzo długim stażem w telewizji. Był początek stycznia 1994 roku, miałem odnowiony etat, spotkałem na korytarzu Sobierajskiego. Zatrzymał się, spojrzał, po chwili się odezwał: „Muszę ci powiedzieć, że jednak mnie zaskoczyłeś. Wyrzucili cię, ale się nie poddałeś i wracasz. Wielu takich nie ma". Przyznaję, że poczułem wtedy satysfakcję.

Pierwszy program „Pulsu dnia" twojego współautorstwa był poświęcony nierozliczonym zbrodniom bezpieki.

Razem z Piotrem Bazylką namierzyliśmy Wincentego Romanowskiego, stalinowskiego oprawcę, oficera Informacji Wojskowej, który prześladował żołnierzy niezłomnych. Wparowaliśmy do jego mieszkania z kamerą i wprost zapytaliśmy o jego zbrodnie. Ten materiał posłużył później w procesie Romanowskiego, który w 1998 roku został uznany za winnego znęcania się nad żołnierzami podziemia niepodległościowego. Sąd skazał go na półtora roku więzienia, pozbawił praw publicznych i zdegradował do stopnia szeregowego. W uzasadnieniu podano, że „metody oskarżonego niczym nie różniły się od metod Gestapo". Lech Kaczyński odebrał mu także order Virtuti Militari.

Okazało się jednak, że z programem jest problem. A właściwie problem z materiałem miał...

...Krzysztof Ibisz. Była taka zasada, że prowadzący „Wiadomości" zapowiada następny program. Tego dnia Krzysiek, były poseł Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, miał zaanonsować „Puls dnia", mówiąc między innymi, że „problem zbrodniarzy-ubeków jest wciąż nierozwiązany, a ich ofiary dożywają swoich lat, widząc, jak oprawcy chodzą na wolności". Ibisz dostał polecenie od Krzysztofa Nowaka, RMP-owca, który przyszedł do TVP razem z Walendziakiem i był dyrektorem „Jedynki", by ten tekst przeczytał. Nie zgodził się, wybuchł złością i poprosił o audiencję u Nowaka. „Zmuszono mnie do przeczytania skrajnie ideologicznego tekstu. To wszystko sprawia, że przestaję się czuć w telewizji jak u siebie" – miał powiedzieć Ibisz. Na to Nowak uśmiechnął się pobłażliwie, bo histerie Ibisza nie robiły na nim większego wrażenia, i odparł: „Panie Krzysztofie, myślę, że coraz częściej nie będzie się pan czuł tutaj jak u siebie". Ibisz zapowietrzył się i wyszedł.

Ibisz musiał mieć silną pozycję w TVP, skoro zdecydował się zrobić taką awanturę swojemu przełożonemu.

Ibisz czuł się wtedy w gmachu na Woronicza bogiem. W latach 1991–1993 telewizja wykreowała dużo nadętych postaci, które nie miały wiele do powiedzenia, ale nadrabiały aparycją. Był to swoisty makijaż kryjący telewizję, w której w porównaniu z poprzednią epoką niemal nic się nie zmieniało. Kiedy do TVP przyszli wyraziści, konserwatywni „pampersi", wielu się to nie podobało. Jednym z nich był Krzysztof Ibisz, który okazywał nam niechęć na wszystkie możliwe sposoby.

W nowej ekipie spotkałeś znajomego z KUL, Waldemara Gaspera. W czasie prezesury Wiesława Walendziaka kierował redakcją kulturalną i stworzył formułę Programu Pierwszego TVP.

Waldemar Gasper był w tamtym czasie medialnym odpowiednikiem Jarosława Kaczyńskiego. Rozumiał, że przewaga lewicy jest związana z dominacją przede wszystkim w świecie kultury i mediów. Wiedział, że potrzebne jest silne środowisko dziennikarskie, które niejako zaproponuje swój sposób mówienia o kulturze, świecie, wytworzy nowy, różny od lewicowego język. Nikt tego wówczas na prawicy nie rozumiał. Oprócz Gaspera, który postanowił ze środowiskiem „Gazety Wyborczej" toczyć bitwę o świadomość. Dlaczego do tego zadania wyznaczył nas? Bo większość ludzi, którzy robili podziemne media przed rokiem 1989, poszło po transformacji do polityki. To jeden z powodów, dlaczego po 1990 roku nie powstały silne media prawicowe. Zwyczajnie zabrakło ludzi.

Wy wypełniliście tę przestrzeń, tworząc środowisko konserwatywnych dziennikarzy młodego pokolenia, nazywane ironicznie „pampersami". Skąd wzięła się ta nazwa?

Tak ochrzcili nas „starzy" pracownicy telewizji, pogardliwie komentując nasz młody wiek.

Kto znalazł się w drużynie „pampersów"?

Wiele osób. Grzegorz Górny, Dominik Zdort, Wojciech Cejrowski, Maciej Pawlicki, Jarosław Sellin, Cezary Michalski, Jacek Łęski, Andrzej Horubała, Jan Pospieszalski, Bogdan Rymanowski, Adam Pawłowicz i wielu innych. Część wywodziła się z pism „Młoda Polska" i „Tygodnik Literacki" – to przypadek Waldemara Gaspera i Andrzeja Horubały. Ja byłem znany głównie dzięki „Reflexowi". Maciej Pawlicki był wcześniej redaktorem naczelnym magazynu „Film". To był konglomerat różnych mniejszych środowisk i poglądów.

Z jakich powodów w tej ekipie zabrakło miejsca dla Jacka Kurskiego?

W 1993 roku, po zrobieniu „Lewego czerwcowego", odbyliśmy rozmowę. „Piotrek, dziennikarstwo nic nie zmienia. Słowo przestało być dynamitem. Tylko będąc w polityce, można realnie wpływać na bieg dziejów" – przekonywał mnie Jacek, który już wtedy prowadził kampanię Porozumienia Centrum. Walendziak wydał zgodę na emisję filmu „Nocna zmiana", uważał, że jest on ważny i potrzebny, jednak nie chciał dać etatu facetowi czynnie zaangażowanemu w politykę. Zaproponował więc Jackowi jedynie współpracę z „Pulsem dnia". Dla Jacka było to za mało. W 1994 roku wziął udział w wyborach samorządowych na Pomorzu. Dostał się do sejmiku i ugrzązł na kilka lat w polityce lokalnej. Ja z kolei „wgryzłem się" w Warszawę i zająłem się kontestacją układu okrągłostołowego.

Brakowało ci Jacka w drużynie Walendziaka?

Jacek bardziej czuł się politykiem niż dziennikarzem. Ja uważam, że stał gdzieś pośrodku. Potrafił być ideowy jak dziennikarz i cyniczny jak polityk jednocześnie.

Jako „pampersi" byliście krytykowani za nadmierny konserwatyzm i oskarżani o zamach na pluralizm w telewizji publicznej.

To piramidalna bzdura. Było dokładnie na odwrót. Wprowadziliśmy do TVP programy traktujące równoprawnie światopogląd konserwatywny i liberalny. Wcześniej dominowała wyłącznie ta druga optyka. Dzięki takim programom jak „Puls dnia", „WC kwadrans", „Fronda", „Kultura duchowa narodu" oraz „Swojskie klimaty" doprowadziliśmy do tego, że w końcu telewizję można było określać mianem pluralistycznej. Chociaż także i w „naszej" epoce przechył większości programów był na lewo. Nadal swoje programy mieli Aleksander Małachowski, Andrzej Szczypiorski, Waldemar Kuczyński. Szefem „Dwójki" był Roman Kurkiewicz, a publicystą tejże Artur Domosławski – obaj wywodzący się z „Gazety Wyborczej". Telewizja wciąż emitowała takie programy jak „Rower Błażeja", gdzie lansowano edukację seksualną prowadzoną w duchu zmian obyczajowych. To wszystko było, a i tak ciągle wrzeszczeli, że telewizja została zaanektowana przez prawicę.

Atakowano was też za „prawicowy lans".

Pamiętam tekst Mirosława Pęczaka o „pampersach", w którym pisał, że jesteśmy młodzi, aroganccy, lubimy luksusy i drogie samochody. Bzdura. Pracowaliśmy niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, często „po kosztach". Gasper po dwóch latach w telewizji kupił dziesięcioletniego citroëna od swojej sekretarki.

„Pampersi" to także świeże i niebanalne spojrzenie na katolicyzm, które symbolizował utworzony przez Rafała Smoczyńskiego i Grzegorza Górnego kwartalnik „Fronda" oraz ukazujący się w TVP cykliczny program pod tym samym tytułem.

Redakcja katolicka w TVP, prowadzona wówczas przez jezuitów, składała się z samych lizusowskich audycji, w których rozmowy z ludźmi Kościoła były robione „na kolanach". Były to przeraźliwie nudne i łopatologiczne materiały, na zasadzie: „Macie redakcję katolicką, to wsadzajcie tam swoich czarnych i innych pingwinów, a od reszty telewizji wara". Problem w tym, że tych nudnych katolickich programów nikt nie oglądał, a tym samym przekaz religijny w ogóle nie przedzierał się do świadomości społecznej. „Fronda" przełamała ten trend. Przebiła się z nowoczesnym, dynamicznym, a jednocześnie religijnym przekazem do mas. Grzesiek i Rafał, ale także my w „Pulsie dnia" zapraszaliśmy księży, biskupów, siostry zakonne i zadawaliśmy im normalne pytania. Wchodziliśmy w spór. Dyskutowaliśmy. To się ludziom podobało.

Jednak największą furorę robił „WC kwadrans" Wojciecha Cejrowskiego.

Wojtek był genialnym dzieckiem Waldka Gaspera. To on odkrył Cejrowskiego i pozwolił mu poprowadzić autorski program. „Gazeta Wyborcza" szalała, przestrzegając przed „brunatnym kowbojem". Pamiętam tupanie nogą Olgi Lipińskiej: „Jeśli Cejrowski będzie miał swój program, to ja odchodzę". Cejrowski robił świetne programy. Dowcipne. Przykuwające uwagę. A jednocześnie bezkompromisowe i bardzo prawicowe.

Do historii przeszedł odcinek z bananem i prezerwatywą.

„Niech pani poczuje się teraz jak dzieci, które zmusza do tego samego" – tak odezwał się do pani kurator, która nakazała dzieciom ćwiczenia z zakładania prezerwatywy na imitację penisa. To było supermocne. Cejrowski wytworzył własny styl, miał swój charakterystyczny kubek, niepowtarzalny ubiór, specyficzny, nieco irytujący głos. Zapraszał gości i kłócił się z nimi na wizji. Był niewątpliwie pierwszą tak wyrazistą osobowością na prawicowej scenie. A przy okazji był wówczas niesamowicie nieznośnym facetem. Chełpliwym. Dominującym. Przekonanym o własnej niepowtarzalności. Trudnym w kontakcie. Nie polubiliśmy się. Może dlatego, że podobno ja też bywam irytujący. Więc nic już więcej nie powiem.

Jako środowisko mieliście aspiracje do przeprowadzenia konserwatywnej rewolucji. Czy rzeczywiście ją przeprowadziliście?

W znacznej mierze nam się udało. Politycy SLD dawali nas za przykład swoim „młodym", których uważali za miałkich i niezdolnych do podjęcia podobnej refleksji ideowej.

Mimo wspólnej opozycyjnej przeszłości wszedłeś w spór z prezesem Walendziakiem.

Właściwie od samego początku pracy „pampersów" w TVP trwały nieustanne ataki „Gazety Wyborczej" pod naszym adresem. „Gazeta" miała ze mną na pieńku jeszcze za „Reflex" i nakrycie Michnika na wspólnym rendez-vous z Urbanem. Ja uważałem, że musimy się bronić. Walendziak był innego zdania. Przyjmował zaproszenia na wywiady od Agnieszki Kublik i pozwalał jej, by czołgała go po ziemi. Dziennikarka „Wyborczej" atakowała go za to, że jakoby niektórzy dziennikarze nie potrafią ukrywać swoich poglądów politycznych, że jest zbyt prawicowo, za mało pluralistycznie et cetera. Ciągle ta sama śpiewka. Walendziak nie odpowiadał w duchu: „Odwal się od naszej ekipy", tylko kiwał potulnie głową na zasadzie: „Oczywiście ma pani rację, poprawimy to...". To mnie irytowało. Pamiętam jeszcze jedną sytuację. Podczas pewnego koktajlu Aleksander Smolar, facet z kręgów Michnika, podchodzi do Walendziaka. Ja stoję obok. Walendziak nachyla się do Smolara i wskazuje na mnie: „Pozwól, że przedstawię ci jednego z hunwejbinów z TVP" – mówi niby żartem. Patrzę na Walendziaka, a on jest przekonany, że mówi dowcipne rzeczy. Mdliły mnie takie niby-żarty.

A może Walendziak rozumiał, że ceną za istnienie konserwatywnego środowiska dziennikarzy jest potakiwanie innym i jednoczesne „robienie swojego"? Był przecież nieustannie atakowany, a to ze strony otoczenia Wałęsy, a to ze strony Unii Wolności i „Gazety Wyborczej".

Pewnie perspektywa dziennikarza przygotowującego materiały była inna od optyki prezesa kierującego całą TVP. To fakt, zadarliśmy ze wszystkimi, z którymi dało się zadrzeć. Do tej listy osób nam nieprzychylnych warto dodać „starych" solidarnościowców i opozycjonistów, którym też działaliśmy na nerwy.

Wasz konflikt z Walendziakiem ewoluował.

Kamieniem obrazy dla Walendziaka był mój wywiad z Andrzejem Olechowskim, w którym zapytałem go o jego agenturalną przeszłość. Olechowski odparł, że żadnym agentem nie był i pracował jedynie w wywiadzie gospodarczym. Była to jawna kpina i określenie czysto beletrystyczne. Wywiad gospodarczy był niczym innym jak wydziałem SB. Tak mu wówczas odparłem. Olechowski wybuchł, że nie mam prawa uczyć go honoru. Odparłem, że dla wielu ludzi w Polsce honorem było niewspółpracowanie z bezpieką. Doszło do awantury, a Walendziak zdjął mnie z programu.

A sam przestał być prezesem TVP w 1996 roku.

Nad Walendziakiem cały czas wisiała groźba dymisji. Dzięki różnym, dla mnie często niezrozumiałym, układom cudem się ratował. Jednak ta sztuka przestała mu się udawać w 1996 roku. Koniec Walendziaka nastąpił w momencie, kiedy komuniści przestali się bać Wałęsy, który przestał być prezydentem. To pokazuje, że nominacja Wieśka dwa lata wcześniej nie wynikała ze specjalnych sympatii SLD-owców, ale była instrumentalnie wpisana w interes polityczny. We wrześniu 1996 roku wypuściliśmy ostatni „Puls dnia" i zostaliśmy wyrzuceni. Niechlubną rolę w tym procesie odegrał Lech Dymarski, który zastąpił naszą publicystykę programem „W centrum uwagi". To była marna podróbka naszego stylu. Prowadziła go Jola Pieńkowska, która najwyraźniej uważała, że jak odpowiednio zmarszczy brew, to jej pytania zostaną odebrane jako trudne i bezkompromisowe. Nie, nie były takie. Pamiętam, że Jacek Fedorowicz, który nie był wcale sympatykiem „pampersów", powiedział, iż Dymarski dokonał zbrodni doskonałej. Program wygląda jak „Puls dnia", pytania są zadawane w stylu „Pulsu dnia", konwencja jest żywcem zapożyczona z „Pulsu dnia", a jedna rzecz, która jest inna, to brak w programie „W centrum uwagi" jakiejkolwiek emocji i napięcia.

Na miejsce Walendziaka przyszedł Ryszard Miazek...

...przykład bezczelnego partyjnego aparatczyka. Na spotkaniu z dziennikarzami powiedział otwarcie, że zasługą poprzedniego prezesa było stworzenie „Pulsu dnia", a jego zasługą będzie zlikwidowanie tego programu. PSL-owski aparatczyk zapowiedział stworzenie telewizji „przyjaznej dla polityków". Było to echo furii „ludowców", którzy dostawali szału z powodu trudnej do zaakceptowania dla nich sytuacji – jesteśmy u władzy, a odpytują nas jacyś konserwatywni gówniarze z prawicy. Więc wysłali Miazka, który miał po nas posprzątać.

Formalnie jednak Miazek was nie wyrzucił.

Zaproponował przejście do programu „Anioł Pański". Chodziło o pasmo religijne w okolicach transmisji mszy papieskiej w każdą niedzielę. Nie przyjęliśmy tej propozycji, bo nie chcieliśmy zostać zepchnięci do „katolickiego getta", jakim była redakcja katolicka, której nikt nie brał na poważnie, a emitowane w jej ramach programy miały wyjątkowo słabą oglądalność.

Fragment wywiadu rzeki Jana Hlebowicza z Piotrem Semką „Piątka u Semki". Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA