To prawda, że ogólny brak wiedzy o naturze problemu, a czasami także porady ekspertów klinicznych sprawiały, że biskupi podejmowali decyzje, które w skutkach okazywały się błędne” – mówił w kwietniu 2002 r. Jan Paweł II. Słowa te padły na nadzwyczajnym spotkaniu papieża z amerykańskimi biskupami wezwanymi do Watykanu, gdy dziennikarze z „Boston Globe” w styczniu tegoż roku ujawnili, że w diecezji bostońskiej latami tuszowano przypadki pedofilii. W skandal, który wstrząsnął Kościołem, uwikłanych miało być co najmniej 70 księży, a ofiar było ponad tysiąc.
Czy mówiąc o biskupach, którzy podejmowali błędne decyzje, Jan Paweł II miał na myśli także siebie? Dziś nie sposób odpowiedzieć na to pytanie, ale stawiamy je, wracając do historii ks. Eugeniusza Surgenta, którą opisaliśmy jako pierwsi na łamach „Plusa Minusa” jesienią 2022 r. („Kościelne peregrynacje seksualnego drapieżcy”, 26-27 listopada 2022 r.). Nazwaliśmy go „drapieżcą seksualnym”, bo w ciągu 50 lat swojego kapłaństwa skrzywdził wiele osób. W 1973 r. udowodniono mu tylko przestępstwa na szkodę sześciu małoletnich, ale dokumenty, które poznaliśmy w 2022 r., nie pozostawiały złudzeń, że ofiar było dużo więcej, bo po wyjściu z więzienia aż do swojej śmierci w 2008 r. ks. Surgent pracował w duszpasterstwie i miał kontakt z dziećmi i młodzieżą.
Dziewczynek nigdy nie tuliłem, ani nie całowałem, jedynie robiłem to z chłopcami. Proszę o wyrozumiałość, że czyniłem to w chwilach zapomnienia i nie powtórzy się to więcej
Chociaż był księdzem archidiecezji lubaczowskiej, to od przyjęcia święceń kapłańskich (1957) pracował na terenie archidiecezji krakowskiej. Różne decyzje odnoszące się do jego osoby podejmowali zarządzający nią biskupi – najpierw abp Eugeniusz Baziak (1951-1962), potem kard. Karol Wojtyła (1962-1978). Na podstawie akt Służby Bezpieczeństwa, która śledziła duchownego, i której później był współpracownikiem, oraz dokumentów ze śledztwa w sprawie seksualnego wykorzystywania przez niego małoletnich, w których są zeznania ofiar, świadków, a także jego samego, odtworzyliśmy prawdopodobne działania biskupów dotyczące ks. Surgenta. Doszliśmy wówczas do wniosku, że nie przenoszono go z parafii do parafii, by zatuszować jego przestępcze działania, a w chwili, gdy Wojtyła dowiedział się o tym, że kapłan krzywdzi dzieci, podjął właściwe decyzje.
Czytaj więcej
Przypadek księdza pedofila, który ujawniamy, jest częścią mrocznej historii Kościoła w Polsce. Eugeniusz Surgent przez kilkadziesiąt lat molestował...
Nasze dziennikarskie śledztwo było nieco ułomne – nie dysponowaliśmy bowiem żadnymi dokumentami kościelnymi pilnie strzeżonymi w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Teraz wracamy do tej historii, bo kurialne archiwum po kilku latach ponownie otworzyło się przed badaczami, a zgodę na przegląd akt m.in. ks. Surgenta wydał nam kard. Grzegorz Ryś.
Akta te to trzy dość obszerne teczki i ponad 150 różnych pism, które do niedawna znajdowały się w innych jednostkach aktowych (np. w teczkach parafii, w których Surgent pracował). Dokumenty nie mają żadnej paginacji, na niektórych są ślady rozszywania, ale nic nie wskazuje na to, że cokolwiek usunięto lub zniszczono.
Po ich przejrzeniu możemy podtrzymać tezę, że Wojtyła nie tuszował pedofilii. Nie przenosił ks. Surgenta pomiędzy parafiami dlatego, że dowiedział się o jego przestępstwach, ale wynikało to z konfliktowego charakteru duchownego. W zmianie środowiska i warunków jego pracy ówczesny metropolita krakowski dostrzegał szansę na poprawę, zmianę sposobu funkcjonowania i współpracy z innymi księżmi. Natomiast w chwili, gdy dowiedział się, że Surgent krzywdzi dzieci, zadziałał w granicach swoich kompetencji.
Niektóre decyzje kard. Wojtyły były jak na ówczesne czasy ponadstandardowe, ale niektóre, zarówno jego, jak i jego współpracowników, błędne. Wynikały prawdopodobnie z niewiedzy, bo przecież poważne badania nad problemem pedofilii rozpoczęły się de facto dopiero w połowie lat 70., złej oceny wydarzeń, nieumiejętności odczytania, a może i lekceważenia, sygnałów wysyłanych przez osoby pracujące z Surgentem. Niekiedy decyzje były podejmowane pod wpływem nacisku ze strony wiernych, a zdarzało się też, że pod nieobecność Wojtyły w Krakowie zmieniali je jego współpracownicy.
Przede wszystkim trzeba jednak powiedzieć, że Wojtyła miał do czynienia z człowiekiem z poważnymi zaburzeniami osobowości, przebiegłym i zręcznym manipulatorem. A taki właśnie obraz Surgenta wyłania się z dokumentów kościelnych.
Ksiądz Eugeniusz Surgent w każdej parafii wywołuje konflikty. „Fałszywość aż do granic nienormalności”
Urodzony w 1931 r. we Lwowie Eugeniusz Surgent przyjechał do Polski w 1945 r. z babką. Rodzice zmarli jeszcze przed wojną. Początkowo mieszkał w Bochni, potem w Krakowie. W podaniu o przyjęcie do seminarium duchownego, które złożył w 1952 r., napisał m.in., że zdał w Bochni egzamin w zakresie szkoły powszechnej, a następnie małą maturę, ale z „powodu ciężkich warunków” przerwał naukę, którą podjął ponownie w 1950 r.
Został przyjęty do seminarium. W 1953 r. coś jednak wywołało niepokój władz seminaryjnych i kleryka poproszono, by dostarczył o sobie jakieś opinie od osób, które można byłoby uznać za wiarygodne. Wtedy okazało się, że zataił fakt, że od lipca 1949 r. do czerwca 1950 r. przebywał w nowicjacie jezuitów w Starej Wsi k. Przemyśla. Musiał go opuścić, bo nie miał metryki urodzenia ani świadectwa chrztu. Przerwa w nauce nie wynikała zatem z „ciężkich warunków”.
Jego były przełożony z nowicjatu w liście do rektora seminarium pisał ponadto, że z rozmowy z babką Surgenta wywnioskował, że kleryk jest dzieckiem pozamałżeńskim. Wedle ówczesnych przepisów kościelnych była to istotna przeszkoda do przyjęcia święceń kapłańskich, można było się starać o dyspensę od niej, ale jezuici uznali, że nie ma to sensu, bo nowicjusz „miał wielkie braki w nauce” i „nie wykazywał odpowiednich zdolności”. Nakazali mu opuszczenie nowicjatu.
Były przełożony Surgenta pisał też, że będąc u jezuitów wykazywał on „wiele dobrej woli i zachowywał się cicho”, to jednak był „dość natrętny”.
Więcej do powiedzenia miał ks. Alojzy Czapliński, katecheta gimnazjalny i kierownik bursy w Bochni, w której Surgent mieszkał po przyjeździe do Polski. W listopadzie 1954 r. pisał, że w zachowaniu „wykazywał bardzo wiele nieszczerości i obłudy”, „fałszywość aż do granic nienormalności”, a przez „kolegów był nielubiany i wręcz omijany”. Kilka lat później (1959 r.) pewien ksiądz w rozmowie z SB opisywał go tak: „W zasadzie nie był złym, tylko posiadał wrodzoną chęć do posiadania jak najwięcej. Ciągle się uskarżał, że jest najbiedniejszym, a już w seminarium miał kilka par obuwia, kilka płaszczy, piękny akordeon”. Przywołujemy te opinie, bo w kolejnych latach będą się one w odniesieniu do Surgenta powtarzały. Podobnie przytaczamy wiele szczegółów z jego kościelnej kariery, gdyż ułatwiają one zrozumienie, z jak skomplikowanym przypadkiem mieli do czynienia Wojtyła i inni jego przełożeni.
Prawdopodobnie negatywy dostrzegali też seminaryjni formatorzy, ale ponieważ proboszczowie parafii, w których Surgent odbywał praktyki wakacyjne, pisali, że „będzie z niego dobry kapłan”, dopuszczono go do święceń kapłańskich. Przyjął je w 1957 r. i został przyjęty – w terminologii kościelnej: inkardynowany – do archidiecezji lwowskiej z siedzibą w Lubaczowie (z czasem przekształcono ją w archidiecezję lubaczowską).
Czytaj więcej
W czasach PRL władze państwowe zajmowały się co najmniej 121 sprawami, w których doszło lub mogło dojść do wykorzystania seksualnego małoletnich pr...
Na pierwszą parafię wysłano go do Lachowic k. Suchej – i od razu wszedł w konflikt z proboszczem oraz organistą, do którego miał m.in. pretensje o to, że nie zna żadnych nowych pieśni religijnych. Funkcjonariusze SB zauważyli, że podzielił Lachowice na dwa obozy. Jego zwolennicy kupili mu motor i drogie szaty liturgiczne, a jakaś kobieta zapisała mu pokój i traktowała jak syna. Latem 1958 r. pewien ksiądz, który w Lachowicach spędzał urlop, napisał do kurii w Krakowie, że młody wikary źle traktuje proboszcza z prawie 50-letnim stażem kapłańskim, jest mu nieposłuszny, a w obecności świeckich w stosunku do jego osoby zachowuje się „w sposób niegodny z powołaniem kapłańskim”. Zarzucał też Surgentowi „brak umiejętności współżycia” i żądał jego ukarania. Wikariusza wezwano do kurii i udzielono ustnego upomnienia.
Do tego doszedł konflikt z władzami, które zarzucały Surgentowi, że usiłuje utworzyć katolicką organizację konspiracyjną i nie stosuje się do przepisów państwowych. Odebrano mu prawo do nauczania religii w szkołach. Jeden ze współpracowników SB relacjonował, że zrobiło się z tego wielkie poruszenie, a Surgent „aby swą klikę złożoną szczególnie ze spekulantów podburzyć histeryzuje, spazmuje płacze”.
O problemach we współpracy z proboszczem, obrażaniu parafian, zarzucaniu nauczycielom, że są bezbożnikami pisał też ksiądz z jednej z pobliskich parafii, którego kuria prawdopodobnie poprosiła o ocenę sytuacji w Lachowicach. Duchowny próbował usprawiedliwiać Surgenta. Zwracał uwagę na jego sieroctwo, ale też podkreślał, że „przed seminarium wypadł z tramwaju i to wpłynęło na jego częste zmiany”, niemniej przyznawał, że „usposobienie ma trudne”.
W 1959 r. zapadła decyzja o przeniesieniu Surgenta do Jaworzna. Z czasu jego pracy w tamtejszej parafii (1959-1960) w archiwaliach kurii nie zachowało się nic. Niemniej z dokumentów wytworzonych przez SB wiadomo, że i tam były z nim problemy. Jesienią 1959 r. współpracownik bezpieki opowiadał, że proboszcz parafii twierdzi, że Surgent został przeniesiony, bo „w Lachowicach rozrabiał miejscowego księdza”. Z kolei biskup (nie wiadomo który) miał mówić, że wybrano Jaworzno, bo „między 9-cioma księżmi może się ks. Surgent utemperuje”. Informator SB donosił, że między wikarymi a proboszczem są zatargi i konflikty, a najwięcej trudności jest z Surgentem, który się „zbuntował”. Odesłano go do Oświęcimia.
Opinię proboszcza parafii pw. Wniebowzięcia Matki Bożej w Oświęcimiu o pobycie w niej (1960-1962) Surgenta zacytujemy prawie w całości: „Nie zostawił po sobie dobrej pamięci. Chętnie robił to, co jemu odpowiadało, a wykręcał się od obowiązkowych zajęć. Chętnie uczył i prowadził ministrantów, ale pod tym kątem widzenia, by zjednać sobie ludzi i zapewnić ich współczucie i pomoc. (…). Często podkreślał swoje sieroctwo i biedę. Czule opiekował się ministrantami, co do rodziców, których spodziewał się rewanżu, bezwzględny był dla innych. Nie spotkałem wikariusza bogatszego, a równocześnie udającego biedaka, pokrzywdzonego sierotę. Biednych odsyłał do innych księży, sam nigdy nie pomógł. (…) trudny do współżycia. Na zwracaną uwagę płakał, przepraszał, ale dalej swoje robił”. W 1962 r. Surgent został skierowany do Wieliczki.
Również tam (1962-1964) szybko zbudował wokół siebie grono fanów i błyskawicznie wszedł w spór z proboszczem, a także organistą, który uskarżał się kurii, że jest to jedyny ksiądz, który nie rozlicza się z nim za granie na pogrzebach oraz w dni świąteczne i na dodatek szantażuje, że doniesie na niego do wydziału finansowego. Problemy osiągnęły punkt krytyczny w 1964 r., gdy po śmierci proboszcza parafię objął ks. Władysław Grohs. Wikary podważał jego pozycję i buntował przeciw niemu wiernych.
Sam Grohs, już po odejściu Surgenta z parafii, pisał do kurii: „Na jego poprzednich posadach wyrastały podobne problemy. On ma tę samą kliszę, z której robi coraz lepsze odbitki. (...) Ksiądz Surgent żeruje ustawicznie na swojej biedzie i na swoim sieroctwie. Skupia koło siebie klan ludzi, w taki czy inny sposób z jego osobą związany i żali się na krzywdę, jaką mu robią księża, »syci i mający chody«”.
Karol Wojtyła zwalnia księdza Surgenta z pracy w diecezji, ale decyzję zmienia podwładny kardynała
W 1964 r., widząc, że w każdej parafii Surgent sprawia te same problemy, abp Wojtyła podjął decyzję o zwolnieniu go z wikariatu w Wieliczce oraz w ogóle z pracy w archidiecezji. Listem z 11 lipca poinformował o tym ks. Jana Nowickiego, wikariusza kapitulnego archidiecezji lubaczowskiej, pisząc, że powody zwolnienia wyjaśni osobiście „przy najbliższym spotkaniu”.
Spotkali się na przełomie sierpnia i września 1964 r. na Jasnej Górze. Nowicki usiłował przekonać Wojtyłę do zmiany decyzji. Najwyraźniej bezskutecznie, bo niedługo potem w liście, który dotarł do Wojtyły przez specjalnego posłańca, Nowicki pisał: „(…) ośmielam się raz jeszcze wstawić się za ks. Surgentem prosząc, by w drodze łaski i na próbę mógł pracować w Archidiecezji Krakowskiej jeszcze przez rok”. Prosił, by dać mu „twarde warunki”, postawić „konkretne postulaty” i „wskazać wyraźnie na to, z czego ma się poprawić”. „Jeśli tej poprawy nie okaże, będzie musiał wyjść z archidiecezji. Proszę mu dać proboszcza o silnej ręce, a ks. Surgent niech złoży dowody, że zrozumiał o co idzie. Płakał i po prostu ryczał, szlochając, że nie wie za jakiej winy musiał odejść, że nigdy w kurii nie był, ani tam był wzywany, że nigdy nie powiedziano mu jakie są jego wady”. Wojtyła nie ustępował. W szybko udzielonej odpowiedzi napisał: „zbadałem wnikliwie całość akt personalnych ks. Surgenta i niestety po rozważeniu zmuszony jestem podtrzymać moją decyzję zwolnienia tegoż kapłana”. Dalej wyjaśniał, że „wszystkie upomnienia i przenoszenia oraz próby wyprostowania jego postawy kapłańskiej nie dały rezultatu”. „Uważam, że oddalenie go od terenu, na którym poczynił szereg fałszywych kroków i postawienie w nowej sytuacji może w nim przy rzetelnej refleksji wywołać zbawienne opamiętanie się” – pisał w liście z 9 września i prosił o jak najszybsze odwołanie księdza.
10 września 1964 r. abp Wojtyła wyjechał do Rzymu na trzecią sesję Soboru Watykańskiego. Do Krakowa wrócił dopiero 6 grudnia. Ks. Surgent od ponad dwóch miesięcy był już wtedy wikarym w Lipnicy Wielkiej… w archidiecezji krakowskiej. W jaki sposób trafił na Orawę? Kto zmienił decyzję arcybiskupa krakowskiego?
Odpowiedź przynosi notatka ks. Czesława Obtułowicza z wydziału duszpasterskiego kurii ze spotkania bp. Juliana Groblickiego z ks. Surgentem. Rozmowa odbyła się 16 września 1964 r., a więc kilka dni po wyjeździe Wojtyły. Obtułowicz zapisał: „Zgłosił się ksiądz Surgent do kurii metropolitarnej i wyjaśnia, że księdzu infułatowi Nowickiemu w Lubaczowie powiedział, że nie był nigdy wzywany przez arcypasterza, a nie pamiętał o tym, że ksiądz arcybiskup upomniał go w 1958 roku. (…) Oświadcza (…), że pragnie teraz być posłuszny swojemu proboszczowi, że chce się zmienić i naprawdę być karnym kapłanem”.
Trzy dni po tym spotkaniu wysłano list do Lubaczowa, do ks. Nowickiego, w którym napisano, że arcybiskup metropolita „przychylił się do próśb (…) i zgodził się zatrudnić tytułem ostatniej próby ks. Surgenta”, który został ostrzeżony, że „z chwilą zgłoszenia jakichkolwiek zażaleń co do jego postępowania zostanie natychmiast zwolniony”. Na końcu poproszono Nowickiego, by, będąc w Krakowie, wstąpił do kurii i zapoznał się z aktami personalnymi duchownego. Administrator lubaczowski przejrzał je rok później, gdy w Lipnicy Wielkiej trwał spór parafian z duchownymi i kurią, w którym główną rolę odgrywał… Surgent.
Kiedy w 2022 r. opisywaliśmy w „Plusie Minusie” historię przestępczej działalności ks. Surgenta, zgłosił się do nas mężczyzna, który twierdził, że ksiądz podczas pobytu w Wieliczce wykorzystał seksualnie bliską mu osobę. Zastanawialiśmy się, czy w 1964 r. wiadomość taka dotarła do kurii na Franciszkańskiej 3 w Krakowie i dlatego Surgenta wyrzucono. Zwłaszcza że jego zniknięciem zaskoczeni byli funkcjonariusze SB, którzy od seminarium mieli na niego oko i usiłowali ustalić, co się stało. Teraz w archiwach kościelnych nie znaleźliśmy żadnego śladu po tym, by w połowie lat 60. dotarła do kurii taka wiadomość. Musiałby o tym wiedzieć chociażby ks. Grohs, ale jego listy dotyczyły jedynie kwestii podburzania przeciwko niemu parafian i kwestionowania jego decyzji. Nie ma w nich śladów zarzutów natury obyczajowej. Spraw takich nie sygnalizowali także poprzedni proboszczowie Surgenta. Uznać zatem należy, że jego wydalenie z archidiecezji krakowskiej spowodowane było trudnościami, jakie sprawiał w parafiach, na co właśnie w liście do ks. Nowickiego wskazywał abp Wojtyła. A czy biskupowi Groblickiemu wolno było zmienić decyzję metropolity o wydaleniu Surgenta? Tak. Był on bowiem wikariuszem generalnym archidiecezji krakowskiej odpowiedzialnym za sprawy personalne duchowieństwa.
W tym miejscu zaznaczmy, że gdy Surgenta przenoszono na nowe parafie, z dotychczasowych do kurii słano listy z prośbami o zmianę decyzji i jego przywrócenie. Wnosili o to parafianie z Lachowic, Jaworzna, Oświęcimia. Ci ostatni interweniowali nawet u prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. O pozostawienie w parafii wikarego pisały do niego m.in. „matki i młodzież z Oświęcimia”. Również po zniknięciu Surgenta z Wieliczki do kurii słano listy, przyjeżdżały też delegacje. Jedną z nich przyjął 13 grudnia 1964 r. kanclerz ks. Mikołaj Kuczkowski. Po spotkaniu zapisał: „Wydaje się, że delegaci byli przez kogoś inspirowani, może nie przez samego księdza S., ale kogoś bardzo w tych sprawach zorientowanego”.
Parafianie latami domagają się powrotu Surgenta. Zebrali miód i pieniądze, żeby przepchnąć sprawę w kurii
Parafia w Lipnicy Wielkiej była placówką jednoosobową. Jej proboszczem od 1947 r. był ks. Alojzy Wilczyński, któremu nie podobało się, że narzucono mu współpracownika. Zaznaczał wyraźnie, że Surgent jest w parafii tylko czasowo. I była to prawda, bo w dekrecie kierującym go do Lipnicy użyto sformułowania „ad interim” (łac. na razie). Ale wikary nawiązał dobre relacje z parafianami. Gdy w sierpniu 1965 r. Surgenta przeniesiono (także tymczasowo) na rezydenta do sąsiedniej Sidziny, wierni pisali petycje, by go przywrócić, do Krakowa jeździły delegacje. Jeden z księży relacjonował później, że dla pochodzącego z okolic Lipnicy ks. Ferdynada Machaya – archiprezbitera Bazyliki Mariackiej w Krakowie, z którego zdaniem Wojtyła się liczył – parafianie zebrali kilka litrów miodu „żeby bronił sprawy ks. Surgenta”. Uzbierali też znaczną sumę pieniędzy, którymi chcieli księdza „odkupić”. Część próbowali wręczyć Machayowi i prosili go, by z pozostałą częścią pieniędzy poszedł z nimi do kurii. „Ksiądz infułat pieniędzy nie przyjął i nie chciał z nimi iść. Poszli podobno jak im doradzał do seminarium, ale nie naszego, tylko częstochowskiego” – relacjonował jeden z księży.
Czytaj więcej
Ponad tysiąc osób wykorzystanych seksualnie przez duchownych w okresie PRL. Lista została zaktualizowana 7 grudnia.
O powrót Surgenta starał się też proboszcz Wilczyński, którego nieustannie nachodzili w tej sprawie parafianie. Abp Wojtyła uległ naciskom. Wycofał skierowanie Surgenta do Sidziny i przywrócił do Lipnicy. Kiedy w początkach 1966 r. proboszcz Wilczyński poszedł na urlop zdrowotny, wierni chcieli, by zastąpił go wikary. W liście do kurii podpisanym przez 593 osoby prosili o mianowanie Surgenta administratorem parafii. Przysłano jednak innego księdza, więc wybuchła prawdziwa wojna. Ludzie zapieczętowali dotychczasowe mieszkanie Surgenta, a nowego proboszcza wyrzucili. Doszło do bijatyki. Sprawa stanęła na kurialnej sesji, gdzie uznano, że wiernych podjudza Surgent i zdecydowano, że dla uspokojenia sytuacji najlepszym wyjściem będzie także zmiana proboszcza.
Bez odpowiedzi pozostaje pytanie o to, dlaczego Surgenta nie wydalono wówczas z diecezji, tak jak zapowiedziano mu to wyraźnie we wrześniu 1964 r. O ostrzeżeniu raczej nie zapomniano, bo w sierpniu 1966 r. księdza wezwano do kurii. Po tej wizycie złożył pisemne oświadczenie, że „swoim postępowaniem będzie się starał odpowiedzieć na zaufanie”, jakie mu okazano. A może obawiano się reakcji wiernych, publicznych protestów i ewentualnego ich wykorzystania przeciwko Kościołowi przez komunistyczne władze, zwłaszcza, że był on wtedy w samym środku obchodów tysiąclecia chrztu Polski?
Nie można tego wykluczać. Lipniczanie nie chcieli się bowiem pogodzić z odejściem wikarego i przez kilka lat słali do Krakowa prośby, by go przywrócić. Zajmują one aż dwie teczki jego dokumentów. Do akcji włączono dzieci. W aktach jest np. ponad setka laurek wysyłanych kard. Wojtyle. Uczeń klasy IV pisał: „My dzieci z Lipnicy Wielkiej Najczcigodniejszemu Ks. Kardynałowi w dniu Twoich Imienin przesyłamy najserdeczniejsze życzenia, będziemy się modlić o długie zdrowie naszego dobrego ojca żeby Miłosierny ks. Kardynał tak pokierował żeby nam ks. Eugeniusza Surg. z powrotem do Lipnicy dał”. Wojtyłę próbowano brać także na litość. Zakończenie listu parafian z 26 lipca 1968 r.: „Całujemy ręce i nogi Najprzewielebniejszego Księdza Kardynała i prosimy o łaskawą pamięć o biednych zbolałych ze skrwawionymi sercami góralach z Lipnicy Wielkiej”. Jeszcze w marcu 1969 r. u kard. Wojtyły była w sprawie byłego wikarego delegacja: „świecił nam tylko dobrym przykładem pomimo, że byliśmy naocznymi świadkami jego cierpień”. Księdza wezwano wtedy do kurii i zapytano, czy chce wracać do Lipnicy. Na protokole z przyjęcia delegacji Wojtyła zapisał odręcznie: „Ks. E. Surgent w obecności delegacji i wobec mnie oświadczył, że nie chce iść do Lipnicy W. i prosi, by przestali w tej sprawie interweniować”.
Żywiec. Pierwsze zarzuty dotyczące moralności ks. Surgenta.
W 1966 r. ks. Surgent przeprowadził się do Żywca, gdzie w parafii św. Floriana pracował do połowy 1968 r. W archiwach krakowskiej kurii nie ma z tego okresu żadnych opinii od proboszcza, ale z innych zachowanych dokumentów można wnioskować, że schemat jego działań był identyczny jak na poprzednich placówkach. Gdy i z Żywca go przeniesiono, musiało to spowodować ferment, bo w październiku 1968 r. do sprawy odniósł się publicznie proboszcz żywieckiej parafii ks. Stanisław Słonka. W ostatnią niedzielę miesiąca wyjaśniał na mszach przyczyny zniknięcia wikariusza. Treści jego wystąpienia nie znamy, ale z listów, które przychodziły do kurii w obronie duchownego, nie tylko z Żywca, ale także od byłych parafian z Wieliczki oraz rodziny księdza wynika, że były one poważne i dotyczyły m.in. sfery moralnej. Słonka miał parafianom mówić, „że kobiety goniły i kochały się w Księdzu Surgencie”, że „wypatrywały oczy za Nim”, „że przywiązanie społeczeństwa, kobiet i młodzieży osiągał na drodze niemoralnej, wiążącej się ze sprawami seksualnymi”.
Pierwsze zarzuty dotyczące moralności ks. Surgenta pojawiają się zatem w Żywcu. Ale w kurialnym archiwum nie natknęliśmy się na żadne dokumenty, w których zarzucano by mu to wprost. Żadnych skarg, listów czy upomnień. Niemniej w czasie pobytu Surgenta w Żywcu pojawił się inny sygnał. Podważał dotychczasową opowieść o jego życiu, na której budował swoją legendę. Utrzymywał, że jest sierotą, wychowywała go babka i nie ma rodzeństwa. Tymczasem w lutym 1967 r. przyszedł do kurii list, w którym zamieszkały w Częstochowie Józef Surgent prosił o podanie miejsca zamieszkania brata Eugeniusza, z którym od kilku lat się nie widział. O sprawdzenie, czy jest to prawdą, poproszono oficjała sądu biskupiego w Częstochowie. Ten w odpowiedzi napisał, że Józef Surgent ma żonę i czwórkę dzieci, a podczas wizyty księdza „rozmowa bez zbytniego nagabywania sama zeszła na temat »brata księdza«”, który przestał się kontaktować. Oficjał sądu pisał: „W rodzinie Surgentów było dwóch braci. Józef i właśnie ks. Eugeniusz, pochodzą ze Lwowa. Rodzice przed kilku laty rzeczywiście ich obumarli. Józef z żalem mówił o tym, że ks. Eugeniusz w niczym mu nie pomaga, choć podobno jest posiadaczem auta”.
Po ewentualnym wezwaniu ks. Surgenta do kurii, by przedłożył jakieś wyjaśnienie, nie znaleźliśmy w archiwach śladu. A rodzina z Częstochowy jeszcze co najmniej dwukrotnie prosiła o pomoc w jego odnalezieniu. Do kontaktu braci raczej nie doszło. Z dostępnych nam dokumentów wynika, że w kolejnych latach Surgent podawał, że… rodzeństwa nie posiada.
W archiwum kurii odnajdujemy dokument dotyczący kontaktów z 10-letnim chłopcem
Już w 1968 r., gdy Surgent pracował w Żywcu, SB rozpoczęła z nim rozmowy operacyjne, by pozyskać go do współpracy. Bezpieka nie miała na niego haka, przy werbunku planowano wykorzystać po prostu jego konfliktowy charakter i niemożność dogadania się z przełożonymi. Podobnie było, gdy rozmowy podjęto na nowo, po przeniesieniu Surgenta z Żywca do Krakowa, do parafii Najświętszego Salwatora. Ale już pod koniec października 1969 r. – o czym pisaliśmy w „Plusie Minusie” w 2022 r. – we wniosku o zgodę na przeprowadzenie rozmowy operacyjnej funkcjonariusz SB pisał, że są materiały świadczące o tym, że duchowny „posiada zboczenia seksualne”. „Potwierdzeniem tego jest uzyskany dokument »W«, w których bp Nowicki Jan oficjalnie i wprost potępia za czyn deprawujący, jakiego dopuścił się wobec nieletniego chłopca. Z dokumentu tego wynika, że matka tego chłopca sprawę przedstawiła pisemnie w kurii oraz osobiście bpowi J. Pietraszce. Fakt ten znany jest ponadto v-kanclerzowi oraz bp Groblickiemu. Matka chłopca nie chcąc szkodzić ks. S.E. poprzestała na powiadomieniu kurii. Z treści dokumentu nie wynika aby dotychczas ks. SE poniósł jakieś konsekwencje. W środowisku kleru parafialnego fakt ten dotychczas jest nieznany. (…) Również nie mówi się o tym wśród wiernych”.
W 2022 r. postawiliśmy tezę, że krakowska kuria zawiadomiona przez matkę chłopca o czynie ks. Surgenta, powiadomiła o tym jego przełożonego, czyli bp. Nowickiego. Ten zaś skarcił duchownego listownie – taką formę dopuszczał obowiązujący wówczas Kodeks prawa kanonicznego z 1917 r. – i odstąpił od wymierzenia innej kary. Zwłaszcza że sprawa nie była publicznie znana. Twardego potwierdzenia tej hipotezy nie mamy, ale istnieje kilka poważnych przesłanek wskazujących na to, że seksualne wykorzystanie nieletniego chłopca nie było wymysłem funkcjonariuszy SB. Z materiałów bezpieki wiemy, że na podstawie cytowanego powyżej listu bp. Nowickiego, który uzyskano w ramach tajnej perlustracji korespondencji (przeglądanie przesyłek, listów, paczek, telegramów i sporządzanie z nich odpisów na potrzeby operacyjne), by uniknąć dekonspiracji źródła, spreparowano anonim i przedstawiono Surgentowi, a ten, choć zapewniał, że „nie uczynił krzywdy żadnemu dziecku”, to 7 listopada 1969 r. podpisał zobowiązanie do współpracy. Także z dokumentów bezpieki wynika, że jeszcze w maju 1969 r. Surgent w krakowskiej parafii na Salwatorze uczył religii, ale już w listopadzie funkcjonariusz notował, że zajmuje się głównie prowadzeniem kancelarii parafialnej, a uczy tylko na zastępstwo. Podobnie zanotował w styczniu 1970 r. Oznaczałoby to, że do kurii dotarła wiadomość o niewłaściwym zachowaniu się Surgenta wobec małoletniego chłopca i w związku z tym odsunięto go od katechezy.
I tak było. W aktach, do jakich teraz zyskaliśmy dostęp, znajduje się koperta opatrzona jego nazwiskiem i adnotacją „poufne”. Wewnątrz kartka bez podpisu, na maszynie napisano: „Ostatnio okazało się, że nadużywał chłopca 10-letniego: wkładał mu język do ust i dotykał ręką przyrodzenia chłopca”. Nic więcej. Biorąc pod uwagę to, że w maju 1969 r. Surgent uczył religii, a jesienią już nie, można postawić tezę, że list dotarł do kurii w miesiącach wakacyjnych. Anonimowych doniesień, co do zasady, nie traktowano w tamtych czasach poważnie, zazwyczaj trafiały do kosza, a opisywanym sprawom nie nadawano biegu. W tym przypadku zadziałano inaczej. O liście zawiadomiono bp. Nowickiego, ten zaś korespondencyjnie upomniał Surgenta. Na to, by matka chłopca – jak twierdziła SB – przedstawiła sprawę osobiście w kurii, dowodów nie ma. Nie można wykluczyć, że była to nadinterpretacja funkcjonariuszy.
Ale na powiadomieniu bp. Nowickiego, upomnieniu i odsunięciu Surgenta od katechezy się nie skończyło. Kard. Karol Wojtyła osobiście podjął decyzję, by wysłać go do psychiatry, co w tamtych czasach było decyzją absolutnie ponadstandardową. 20 sierpnia 1969 r. dr. Boguchwałowi Winidowi z Kliniki Psychiatrycznej Akademii Medycznej w Krakowie przekazano dwie teczki akt personalnych duchownego i poproszono, by na ich podstawie odpowiedział na cztery pytania: „1. Czy okazujące się z akt cechy charakteru i postępowanie (zachowanie się) ks. Surgenta wskazują na istnienie u niego nienormalności wzgl. jakiś właściwości natury psychopatycznej, charakteropatycznej czy innej i jakiej? 2. Czy te nienormalności są wrodzone czy nabyte (ich geneza) oraz czy ich nasilenie się zwiększa? 3. Czy jest możliwość ich usunięcia i w jaki sposób (leczenie?)? 4. Jakie są typowe przejawy tego rodzaju nienormalności w życiu społecznym (zawodowym, towarzyskim, itp.?) i czy widoczne są one z akt w odniesieniu do ks. Eugeniusza Surgenta”.
Doktor uznał, że opinii na podstawie samych tylko akt wydać nie może, w związku z czym Surgentowi nakazano zgłoszenie się na badania do dr. Winida. W piśmie wyraźnie zapisano, że przed wyjazdem do Kanady Wojtyła polecił przekazać akta do wglądu, „a następnie przebadanie księdza”. Prawdopodobnie duchowny wiedział, dlaczego skierowano go na badania. Dr Winid zapisał bowiem w opinii, że w czasie rozmowy „był nieco przygnębiony, co należy odnieść do sytuacji, w jakiej się obecnie znajduje”.
Trzystronicowa opinia – poprzedzona badaniem psychiatry oraz psychologa – została wydana 15 listopada 1969 r. Dr Winid już w pierwszym zdaniu napisał: „Stwierdzam, że ks. Eugeniusz Surgent jest osobnikiem wykazującym wyraźne odchylenie osobowościowe”. Uznał, że dominującymi cechami jego osobowości są cechy histeryczne, a „będąc sierotą wzbudzał wśród obcych uczucie współczucia i litości i w ten sposób kierował ich zainteresowanie na swoją osobę”, że ksiądz posiada duże zdolności manipulowania otoczeniem i m.in. to doprowadzało przełożonych „do zmiany już podjętej decyzji w sprawie przeniesienia go czy ukarania za jego niewłaściwe postępowanie”.
Odpowiadając na postawione mu pytania, lekarz stwierdzał m.in., że cechy osobowości księdza są jego zdaniem „natury psychopatycznej”, a „leczenie wymagałoby uświadomienia sobie przez ks. Surgenta podstaw jego trudności, co mogłoby stanowić podłoże dla długiego procesu reedukacyjnego. Na ogół jednak ludzie o cechach histerycznych nie są podatni na oddziaływania psychoterapeutyczne”.
Co istotne, jego opinia w żadnym miejscu nie odnosiła się do sfery seksualnej. Nie zawierała też wskazówek co do ewentualnego dalszego postępowania z księdzem, np. dotyczących ograniczenia jego działalności duszpasterskiej czy skierowania na leczenie. W kościelnych aktach Surgenta nie ma zatem śladu po tym, by przechodził jakiś proces terapeutyczny.
Niespełna dwa lata później – w czerwcu 1971 r. – skierowano go w charakterze wikariusza do parafii Milówka z obowiązkiem rezydencji przy kaplicy we wsi Sól-Kiczora, gdzie prowadził także punkt katechetyczny. W praktyce oznaczało to, że został wysłany na samodzielną placówkę. Prawdopodobnie po anonimowym liście z 1969 r. żaden inny sygnał o krzywdzeniu przez niego dzieci do kurii nie dotarł, więc uznano, że dwa lata są wystarczającym czasem na to, by zmienił swoje postępowanie i postanowiono dać mu szansę. Mimo wszystko trudno jest zrozumieć tę decyzję, bo jeszcze w listopadzie 1970 r. wierni z parafii Najświętszego Salwatora donosili do kurii, że Surgent podbiera pieniądze z tacy, a ich relacje potwierdzał kościelny. Z kolei ówczesny proboszcz pisał w opinii, że podczas trzech lat pracy duchowny „objawił wszystkie zalety i wady, z których znany jest w całej diecezji”. Stwierdzał, że „jego postępowanie trudno oceniać pod względem moralnym czy jakimkolwiek innym. Przyczyną tej trudności jest moim zdaniem dość duże odchylenie od normy psychicznej przeciętnego człowieka” i sugerował, że to „wymaga leczenia”. Opinia ta datowana jest na 30 czerwca 1971 r., a 19 lipca Surgent dostał dekret przenoszący go z dniem 26 lipca do Kiczory.
Ksiądz Surgent przyznaje, że krzywdził chłopców w każdej parafii, w której pracował
W Kiczorze zamieszkał u jednej z rodzin. Po kilku miesiącach wierni kupili mu drewniany dom, w którym wydzielił salkę katechetyczną. Niespełna rok później po wizytacji kanonicznej bp Albin Małysiak chwalił dokonania Surgenta „pod względem gospodarczym jak i duszpasterskim”, ale już w maju kolejnego roku wybuchł skandal. Do dyrektora miejscowej szkoły zaczęły docierać informacje o tym, że ksiądz wykorzystuje seksualnie małoletnich chłopców. Wedle ich późniejszych zeznań, zaczął to robić jesienią 1971 r., a więc kilka miesięcy po przeprowadzce z Krakowa. Dyrektor początkowo nie informował milicji, wybrał się na rozmowę do Surgenta i, jak potem relacjonował śledczym, zasugerował, by jak najszybciej opuścił parafię, co ten po kilku dniach zrobił. W jego aktach w kurii jest podanie z 5 czerwca 1973 r. o udzielenie trzech miesięcy urlopu, który zamierzał spędzić u wuja, i zgoda na ten urlop.
Zastępca komendanta powiatowego MO w Żywcu pisał na początku lipca do SB w Krakowie: „Krakowska Kuria w dniach 18-22.6.73 r. przeprowadziła dochodzenie i wzywani byli chłopcy do plebanii w Milówce. Wg naszego rozeznania chłopcy ci nie potwierdzili aby ks. Surgent uprawiał z nimi nierząd”. Żadnych śladów po ewentualnym dochodzeniu kościelnym w archiwach krakowskiej kurii nie odnaleźliśmy, ale natrafiliśmy na pięciopunktową notatkę przygotowaną dla kogoś szykującego się do rozmowy z Surgentem. Jej autor pisał, że „czynniki świeckie” przeprowadziły dochodzenie w sprawie jego „rzekomych nadużyć”, zeznania przesłuchiwanych dzieci miały zostać nagrane. Przeciwnicy Surgenta grożą przekazaniem sprawy prokuraturze, jeśli ten się nie uspokoi, z kolei jego zwolennicy żądają od obecnego księdza usunięcia z grona ministrantów „skompromitowanych chłopców”. Dalej autor notki donosił, że Surgent „odwiedza potajemnie Kiczorę i prosi swoich zwolenników, by go ratowali, bo on za nic w świecie nie chce iść do diecezji Lubaczowskiej”.
Czytaj więcej
„Ksiądz Eugeniusz Surgent trafił do więzienia za seksualne molestowanie 6 chłopców. Ale ofiar było zapewne kilkadziesiąt w 13 parafiach, przez któr...
Nie wiadomo, dla kogo te notatki były przygotowane, ale prawdopodobne jest, że dla bp. Jana Pietraszki – w podaniu o urlop Surgent pisał, że podanie składa po rozmowie z nim. Potem w śledztwie zeznawał, że o sprawie dwukrotnie rozmawiał właśnie z Pietraszką i raz bardzo krótko z Wojtyłą, ale rozmowa ta odbyła się już po jego zawieszeniu i wydaleniu z diecezji. Na 30 czerwca 1973 r. datowane jest bowiem pismo do Surgenta zwalniające go z pracy w Kiczorze, z zawieszeniem – do odwołania – prawa do słuchania spowiedzi oraz zakazem przebywania na terenie dekanatów (kościelnych jednostek administracyjnych grupujących kilka bądź kilkanaście parafii) Żywiec I i II. A na 5 lipca datowane jest pismo zwalniające go z pracy na terenie archidiecezji krakowskiej z poleceniem powrotu do macierzystej archidiecezji. Zadziałano zatem błyskawicznie – dokładnie wedle schematu, który nakreśliliśmy w 2022 r., dysponując jedynie materiałami z państwowego śledztwa: karne zawieszenie, pozbawienie urzędu, dochodów, a także zakaz pracy na terenie archidiecezji krakowskiej – wszystko przewidziane w takich wypadkach przez prawo kanoniczne. Inne kary – a wśród nich ewentualne przeniesienie do stanu świeckiego – pozostawiono w gestii właściwego ordynariusza, czyli w tym przypadku bp. Jana Nowickiego z Lubaczowa, bo przypomnijmy, że ks. Surgent był przypisany do tamtejszej archidiecezji.
Wróćmy na moment do dokumentów bezpieki. 28 lipca 1973 r. informator SB donosił, że do kurii przyszedł list z żądaniem wydalenia Surgenta z Kiczory oraz że w kurii była delegacja z prośbą o jego pozostawienie. W kościelnych aktach duchownego nie ma żadnego listu z żądaniem wydalenia. Jest za to ślad po delegacji, która w połowie lipca pozostawiła w kurii list w jego obronie. Wynika z niego, że tuż po zniknięciu Surgenta mieszkańcy Kiczory rozmawiali z kard. Karolem Wojtyłą, gdy ten 4 lipca wizytował parafię Rajcza. Metropolicie krakowskiemu miano wówczas wręczyć pismo z postulatem powrotu księdza, na co Wojtyła miał odpowiedzieć, że zostaną „wezwani w celu wyjaśnienia sprawy”. „Oczekujemy tego nadal” – podkreślał posłany do Krakowa delegat i zaznaczał: „Uważamy, że Kuria Metropolitarna jest dostatecznie już przekonana o plotce jaką rzucono i kto był jej prowodyrem. Resztę chcemy wyjaśnić osobiście”. W innym liście „wierni parafianie z Kiczory” zarzucali kurii, że wyrzuciła Surgenta „przez jakieś głupie fałszywe anonimy”. „Ktoś za to będzie odpowiadał przed Bogiem!” – ostrzegali, grożąc, że odpis listu przekażą do gazet.
Ks. Eugeniusz Surgent został zatrzymany w Krakowie pod koniec sierpnia 1973 r. W śledztwie przyznał się do wykorzystania kilku chłopców, ale czekając w areszcie na proces, wyznał siedzącemu z nim w celi tajnemu współpracownikowi celnemu SB, że krzywdził chłopców we wszystkich parafiach, w których pracował. W grudniu przed sądem w Żywcu zapadł wyrok: trzy lata bezwzględnego więzienia.
Dlaczego kardynał Karol Wojtyła nie decyduje się na doprowadzenie do usunięcia Surgenta ze stanu duchownego?
Surgent nie odsiedział całego wyroku. Objęła go ogłoszona w lipcu 1974 r. amnestia. W 2022 r. nie wiedzieliśmy, co się z nim działo przez cztery lata aż do listopada 1978 r., gdy otrzymał czasowe pozwolenie na pracę w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Zastanawialiśmy się nad tym, kto zezwolił mu na przeniesienie się do innej diecezji. Czy decyzję podejmował jeszcze kard. Wojtyła, co oznaczałoby, że była to jedna z jego ostatnich decyzji personalnych przed wyborem na papieża? Wreszcie, czy bp Ignacy Jeż – wówczas ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski – wiedział, kogo przyjmuje? Dziś możemy te luki powypełniać. Zreasumujmy: jest to moment, gdy nie ulega już wątpliwości, iż ks. Surgent krzywdził dzieci. Co zrobić z takim kapłanem? Jak za chwilę zobaczymy, kard. Wojtyła nie zdecydował się na wydalenie go ze stanu duchownego, lecz zapewne wykorzystał ścieżkę, którą już wcześniej poszedł w sprawie innego księdza pedofila. Wydawać się mogło, że nie popełnił błędu, a jednak na Surgenta to nie wystarczyło. Zdołał się wyswobodzić spod nadzoru metropolity krakowskiego i przenieść do innej diecezji, na północy Polski, gdzie dalej popełniał seksualne przestępstwa na nieletnich. To smutna puenta tej historii.
Czytaj więcej
Kościół szuka osób, które mógł w przeszłości skrzywdzić ks. Eugeniusz Surgent. To efekt publikacji w weekendowym wydaniu „Plus Minus”.
Ale do rzeczy. 31 grudnia 1974 r. do kard. Wojtyły przyszedł list z życzeniami świątecznymi od ks. Surgenta, który dołączał do życzeń „swe niegodne modlitwy oraz wyrazy najgłębszej czci i oddania”. Wojtyła odpisał krótko 4 stycznia 1975 r.: „Kuria Metropolitalna w Krakowie zabrania Księdzu spełniania jakichkolwiek czynności kapłańskich na terenie Archidiecezji krakowskiej /can. 2359 § 2 KPK/”. Tego dnia wysłano też list do proboszczów i rektorów kościołów na terenie Krakowa, by Surgenta „nie dopuszczać do spełniania funkcji kapłańskich”.
Pod koniec stycznia 1975 r. do kard. Wojtyły napisał bp Marian Rechowicz, od 1974 r. administrator apostolski archidiecezji lubaczowskiej. Relacjonował, że w końcu poprzedniego roku był u niego ks. Surgent, przedstawił „swoją ostatnią sprawę karną i prosił o instancję” u metropolity krakowskiego. Rechowicz nie ukrywał, że znalazł się w „sytuacji bardzo trudnej”. Pisał: „Z jednej strony po tylu złych doświadczeniach nie mogę go zatrudnić na terenie naszej Archidiecezji, z drugiej zaś nie posiadam odpowiednich wiadomości ani dokumentacji, ażeby w stosunku do niego zastosować kary kościelne. W tej sytuacji proszę Waszą Eminencję, (…) ażeby Kuria Metropolitalna Krakowska, jeżeli uratowanie kapłaństwa tego człowieka jest niemożliwe, zastosowała wobec niego sankcje karne, nie wykluczając redukcji ad statum laicatem” (łac. do stanu świeckiego). Nie mamy informacji o tym, by w archidiecezji krakowskiej został wszczęty kanoniczny proces karny ks. Surgenta. Być może tak się stało, ale akta takiego procesu winny być przechowywane w tajnym archiwum kurii, a do niego dostępu nie mieliśmy. Nie można jednak wykluczać, że w sprawie Surgenta zadziałano tak samo jak w 1973 r. w odniesieniu do ks. Józefa Loranca, również skazanego za przestępstwa seksualne, o którego sprawie pisaliśmy w grudniu 2022 r. („Wojtyła do księdza pedofila: każde przestępstwo winno być ukarane”, „Rz”, 2 grudnia 2022 r.). Gdy wyszedł on z więzienia, Wojtyła powierzył jego sprawę trybunałowi metropolitalnemu. Ten uznał, że nie można dwa razy karać za to samo i odstąpił od wymierzenia kary. Arcybiskup krakowski skierował zatem Loranca do klasztoru w Zakopanem, gdzie przez jakiś czas przepisywał księgi liturgiczne i dopiero po kilku latach ustanowił go kapelanem w szpitalu.
W sprawie Surgenta powtórzono ten scenariusz. Uznano, że należy umieścić go w klasztorze bez prawa do publicznego odprawiania mszy, głoszenia kazań i słuchania spowiedzi. Wskazuje na to list skierowany do Wojtyły w 1978 r. przez ks. Jerzego Lewickiego, wizytatora Kongregacji Księży Oratorianów, z prośbą o udzielenie Surgentowi, przebywającemu wówczas w klasztorze w Gostyniu w Wielkopolsce, pozwolenia na głoszenie „»Słowa Bożego« i jurysdykcję do spowiedzi (…) z tą samą klauzulą jaka była dana przy pozwoleniu na odprawianie Mszy św. t.j. w klasztorze gostyńskim”. Z zapisu tego można wnosić, że wcześniej proszono dla niego o zezwolenie na odprawianie mszy, ale tylko w obrębie klasztoru. W 1978 r. prośba dotyczyła zatem głoszenia kazań i słuchania spowiedzi, również jedynie w kościele klasztornym. Ks. Lewicki podnosił, że Surgent dobrze się zachowuje, a „dalsza łaska ugruntuje w nim cnoty kapłańskie”.
Wojtyła odpowiedział 20 czerwca 1978 r. Przychylił się do prośby i zezwolił na podjęcie przez Surgenta działalności „wedle uznania i pod opieką Przełożonych Księży Oratorianów”. Do decyzji Lewickiego pozostawił „ewentualne przeniesienie” Surgenta do innego klasztoru „na Pomorzu”. Kiedy Surgent znalazł się w klasztorze? Z informacji, jakie uzyskaliśmy od ks. Henryka Brzozowskiego z klasztoru na Świętej Górze w Gostyniu, świadka pobytu tam Surgenta, wynika, że był w nim od początku stycznia 1976 r. do połowy 1978 r. Przebywał „w charakterze pokutnika” i „nie mógł sprawować funkcji kapłańskich”, ale „ciężko pracował fizycznie jako pomocnik murarzy, w ogrodzie i polu”. Duchowny podkreślił, że Surgent nigdy nie rozmawiał o swoim życiu prywatnym, ale „pozostawił po sobie pamięć człowieka wrażliwego, bardzo pracowitego i rozmodlonego”.
Po otrzymaniu listu od Wojtyły, który, jak wspomnieliśmy, decyzję o ewentualnym przeniesieniu Surgenta do innego klasztoru pozostawił ks. Lewickiemu, sprawy potoczyły się błyskawicznie. Wysłano duchownego do klasztoru w Bytowie. Tam albo on sam zaczął czynić starania, by się uwolnić spod kurateli i nawiązał kontakt z kurią diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, albo sam klasztor chciał się go pozbyć. Z kurii w Koszalinie 22 września 1978 r. nadano do Krakowa list, w którym pisano, że księża Filipini z Bytowa są gotowi oddać diecezji „celem zaangażowania w pracy duszpasterskiej ks. Eugeniusza Surgenta”. Kanclerz kurii podnosił, że nie ma on żadnego dokumentu posiadanej jurysdykcji i prosi o jej nadesłanie lub inne wyjaśnienie. Informował, że na razie wydano jurysdykcję czasową „w oparciu o oświadczenie O. Superiora ze Świętej Góry iż rzecz jest ustnie załatwiona z Kurią Krakowską”. List minął się z Wojtyłą. 3 października metropolita krakowski wyjechał do Rzymu na konklawe, a 16 października został wybrany na papieża. Przesyłka z Koszalina znalazła się w próżni. Zapytanie ponowiono 23 października. Kilka dni później Kraków odpowiedział. Wyjaśniono, że Surgent jest księdzem archidiecezji lubaczowskiej, nigdy nie był inkardynowany do archidiecezji krakowskiej, ale pracował w niej, bo w jego rodzimej diecezji brakowało placówek duszpasterskich. Informowano, że były z nim liczne kłopoty, a w 1969 r. skierowano go na badania psychiatryczno-psychologiczne. Zacytowano konkluzje z opinii dr. Winida. Poinformowano, że w 1973 r. został zwolniony z pracy, zawieszono mu prawo do spowiadania i nakazano powrót do macierzystej diecezji, a w styczniu 1975 r. zabroniono mu „spełniania jakichkolwiek czynności kapłańskich na terenie archidiecezji krakowskiej (kan. 2359 § 2 KPK)”. W końcu informowano też o prośbach Księży Oratorianów i odpowiedzi Wojtyły.
Czytaj więcej
Na terenach przejętych od Niemców Kościół cierpiał na taki brak kadr, że biskupi przyjmowali każdego, kto potrafił odprawić mszę i spowiadać. Z tej...
W Koszalinie wiedziano zatem, jaka jest przeszłość Surgenta. Tamtejsi kurialiści powinni wiedzieć, że cytowany w piśmie kanon KPK, na podstawie którego zabroniono mu pracy na terenie archidiecezji krakowskiej, mówił o konsekwencjach przestępstwa przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu z małoletnim poniżej 16. roku życia. Taki kapłan powinien zostać karnie zawieszony w obowiązkach, należało wobec niego zadeklarować infamię, pozbawić wszelkich urzędów, beneficjów, godności i zadań, a w cięższych przypadkach także usunąć ze stanu duchownego. A jednak 11 listopada 1978 r. pozwolono Surgentowi wrócić do pracy w duszpasterstwie.
Ks. Eugeniusz Surgent
Czasowego pozwolenia udzielił bp Tadeusz Werno, wikariusz generalny diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Pozwolenie to potem przedłużano, a w 1982 r. w spisie księży odnotowano już Surgenta jako kapłana przypisanego do tej diecezji. Z dokumentów bezpieki wiemy, że pracując w kilku parafiach na jej terenie, również wykorzystywał seksualnie małoletnich.
Poza tym po naszej publikacji w 2022 r. zgłosili się do nas dwaj mężczyźni, którzy relacjonowali, że zostali przez niego wykorzystani. Na pewno wiedziała o tym SB, ale ponieważ zgodził się na współpracę, przymykała oko na jego przestępczą działalność. Kościelni przełożeni – jak informowała nas w 2022 r. koszalińska kuria – o tym nie wiedzieli. W aktach nie było po tym śladu.
W diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej Surgent pracował do 1992 r., a po reformie administracyjnej Kościoła w Polsce – w diecezji pelplińskiej. Nigdy formalnie nie został do niej przyjęty. Jak się okazuje do końca życia był księdzem archidiecezji lubaczowskiej (w 1992 r. przemianowanej na zamojsko-lubaczowską). Zmarł 31 stycznia 2008 r. Kuria w Pelplinie powiadomiła Kraków o zgonie księdza, miejscu i dacie pogrzebu. Wyznaczono delegata na uroczystości pogrzebowe. W Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie na jednej z teczek z jego dokumentami czarnym flamastrem zapisano: „księża obcy”.