fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Inflacja narzekań na liczenie inflacji

Adobe Stock
Statystyka publiczna na całym świecie staje na cenzurowanym, kiedy tylko odczucia bądź oczekiwania społeczne rozmijają się z publikowanymi danymi.

Ostatnie tygodnie przyniosły w Polsce zamieszanie medialne wokół inflacji. Lont podpalił poseł Krzysztof Brejza, nadając rozgłos swojej interwencji poselskiej, w której wypytuje prezesa Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) o zmiany metodologii liczenia „współczynnika" inflacji. Pod tweetem posła rozgorzała dyskusja, w której m.in. dwóch znanych ekonomistów wyrażało wątpliwości, co do wiarygodności danych o inflacji przedstawianych przez GUS.

Wrażliwy wskaźnik

GUS i inne krajowe urzędy statystyczne w Europie są częstym i łatwym celem ataków. Urzędy są do pewnego stopnia bezradne, bo mało kto ma ochotę na merytoryczną dyskusję. Często konkluzją „polemiki" ze statystką publiczną jest przytaczanie dowcipów o średnio trzech nogach właściciela psa i psa lub o największym kłamstwie, jakim ma być statystyka. W ostatnich dwunastu miesiącach uczynili to nawet dwaj stali felietoniści „Rzeczpospolitej".

W latach 90. XX wieku na ogół mało przychylny wszelkiej władzy związek zawodowy OPZZ kwestionował wysokość wskaźnika inflacji konsumenckiej. Wówczas GUS zaproponował mu uczestnictwo w badaniu zmian cen. Po dwóch miesiącach od dopuszczenia związkowców do prac nad wskaźnikiem inflacji ci podziękowali pracownikom GUS za rzetelne jej obliczanie i nie zgłaszali więcej zastrzeżeń. Byli pod wrażeniem rozmachu i kompletności badania.

Kiedy na początku transformacji gospodarczej w latach 90. jako osoba odpowiedzialna za statystykę publiczną zajmowałem się kuchnią liczenia inflacji, doszedłem do wniosku, że jest to najbardziej wiarygodna dziedzina statystyki w Polsce. Leszek Balcerowicz, ówczesny wicepremier i minister finansów, całkiem słusznie w najgorętszym okresie wprowadzania pakietu reform zażyczył sobie początkowo obliczania wskaźnika inflacji w cyklu tygodniowym, późnej dekadowym. GUS otrzymał wówczas wsparcie od Eurostatu.

Reżim w liczeniu zmian cen narzucony w latach 90. utrzymuje się do dziś. Zmieniła się rzeczywistość gospodarcza, zmieniły się też niektóre metody pracy GUS. Dzięki rozwojowi technik informatycznych wiele dużych organizacji gospodarczych (np. niektóre sieci handlowe i ubezpieczyciele) przekazuje bezpośrednio do GUS raporty z cenami dóbr i usług.

Inflacja postrzegana i rzeczywista

Problem z kwestionowaniem inflacji oficjalnie publikowanej przez statystykę publiczną bierze się stąd, że postrzeganie jej jest inne niż rzeczywista wielkość. Ludzie przejawiają skłonność do dostrzegania wzrostu cen jednych dóbr i usług oraz niedostrzegania spadku innych.

Koszyk inflacyjny obejmuje ok. 230 tys. cen blisko 1500 rozmaitych dóbr i usług nabywanych na terenie całego kraju. Zwykły obywatel, robiąc codzienne zakupy, ma do czynienia z zaledwie kilkoma procentami tego koszyka. Skąd zatem miałby wiedzieć, jak zmieniają się ceny innych dóbr i usług na terenie kraju o gospodarce rynkowej, w której nie państwo, ale konkurujący ze sobą producenci i handlowcy ustalają stawki. Gdyby obliczać wskaźnik inflacji dla każdego mieszkańca kraju, to każdy miałby nieco inny. Wszystkie krążyłyby jednak wokół średniego, który pokazuje GUS.

Kiedy wprowadzano wspólną walutę euro, we Włoszech w 2003 r. dało się słyszeć powszechny lament z powodu wyższych cen, czego oficjalny wskaźnik inflacji nie pokazywał. Tymczasem oprócz badania samego wskaźnika wzrostu cen badano także jego postrzeganie przez ludzi. Okazało się, że do wprowadzenia euro inflacja postrzegana była na poziomie tej liczonej oficjalnie, a po godzinie zero wzrosła o 2 pkt proc. i na wykresie długo jeszcze zmieniała się tak samo jak inflacja plus 2 pkt proc.

We Włoszech i w innych krajach rzeczywiście podrożały rzeczy tanie i często kupowane, a zwłaszcza cappuccino. Z tego powodu takie postrzeganie inflacji nazwano efektem cappuccino. Jego amatorzy w Italii nie dostrzegli, że wspólna waluta przyczyniła się do niższych cen wielu importowanych towarów, m.in. dzięki bardziej przejrzystym warunkom dla konkurencji międzynarodowej.

Mylący efekt pietruszki

Symbolem wzrostu inflacji w Polsce i koronnym argumentem osób niedowierzających GUS stała się pietruszka. W lipcu 2017 r. kilogram tego warzywa kosztował średnio 5,70 zł, rok później już 12,60, a w lipcu tego roku 18,81 zł. W dwa lata podrożał zatem o 230 proc., a w skali ostatniego roku o 49,3 proc. W sierpniu 2019 r. ceny pietruszki i tzw. pozostałych warzyw były wyższe niż przed rokiem o 23,1 proc., co skutkowało dodaniem do rocznej inflacji 0,12 pkt proc., podczas gdy ogólna inflacja wynosiła 2,9 proc.

Warto się zastanowić, jak często kupujemy pietruszkę i jaki jest jej udział w naszym koszyku inflacyjnym. Z badań budżetów gospodarstw domowych wynika, że średnie miesięczne wydatki na osobę na kilkanaście różnych warzyw (m.in. cukinii, rzodkiewek, włoszczyzny w pęczkach) oraz świeżych grzybów (np. pieczarek) w 2018 r. wynosiły 6,89 zł. Stanowiło to zaledwie 2,4 proc. wydatków na żywność i 0,6 proc. wszystkich wydatków.

Przez rok inne artykuły spożywcze albo zdrożały, ale znacznie mniej niż pietruszka, albo kosztowały tyle samo co wcześniej, albo staniały (np. owoce cytrusowe o 2,3 proc., w tym cytryny o 18,3 proc.). Ziemniaki zdrożały o 111 proc., pomidory o ok. 90 proc. z łączną kontrybucją 0,5 pkt proc. do rocznego wskaźnika inflacji. Blisko zeszłorocznego poziomu kształtowały się natomiast ceny drobiu, kawy i napojów spirytusowych. Taniejące artykuły to m.in. masło (-9,6 proc.), jabłka (-8,5 proc.), oleje i tłuszcze (-5 proc.) czy jaja (-4,6 proc.).

Na obniżenie wskaźnika inflacji oddziaływały niższe ceny energii elektrycznej (-5,8 proc.). Przez duży udział w koszyku inflacyjnym obniżyła ona wskaźnik o 0,25 pkt proc. Trzeba też pamiętać, że od lat w Polsce tanieją: odzież i obuwie, sprzęt rtv, usługi telekomunikacyjne, a w ostatnim roku także auta osobowe.

Pod kontrolą

Latem tego roku GUS informował o najwyższym niemal od siedmiu lat rocznym wzroście cen detalicznych. Nie przypominam sobie jednak narzekań na niedoszacowania ruchu cen w okresie deflacji w latach 2015–2016. Fakt, że średnie ceny detaliczne rosną wolniej niż wynika to z odczuć konsumentów, nie powinien dziwić.

Andrzej Bratkowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej, a niegdyś pracownik GUS, komentując tweetem efekty planowanego przez rząd wzrostu płacy minimalnej ironizował, pisząc, że „inflacja jest pod pełną kontrolą. Prezesa GUS". Prezes GUS musi mieć grubą skórę i mógł tylko wzruszyć ramionami, natomiast rzesza ankieterów GUS z poświęceniem wykonujących ciężką i odpowiedzialną pracę, z pewnością poczuła się urażona.

Jednak jeśli poważniej zastanowić się nad ironią Bratkowskiego, można dojść do wniosku, że wbrew intencji napisał prawdę. Prezes GUS kontroluje rzetelność badań inflacji. Związki i inne organizacje, próbujące na własną rękę jej liczenia, po krótkim czasie poddają się, gdyż nie dysponują tak doświadczoną kadrą i takim potencjałem badawczym, jaki posiada GUS.

Autor jest prezesem Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, w przeszłości był prezesem GUS.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA