fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Stara inflacja mocno śpi…

Adobe Stock
Gospodarka jest bardzo dziwnym tworem, zachowującym się często w sposób nieprzewidywalny.

Podręczniki ekonomii mówią wyraźnie: jeśli drukuje się bardzo dużo pustego pieniądza, efektem musi się stać inflacja. Jak nie w ciągu roku, to w ciągu dwóch albo trzech lat. A tymczasem amerykański Fed oraz Europejski Bank Centralny, Bank Japonii i Bank Anglii wydrukował w ciągu ostatniej dekady biliony całkowicie pustych pieniędzy. I co? Inflacja? Nic podobnego.

Banki centralne jedynie marzą o nieco szybszym wzroście cen, a póki co główne gospodarki świata zachodniego ciągle obawiają się raczej widma deflacji. Nikt nie wierzy w powrót inflacji, analitycy zakładają, że nic takiego w jakiejkolwiek przewidywalnej przyszłości nie grozi. Ekonomiści zaczynają już tworzyć teorie mówiące o tym, że z różnych powodów groźba inflacji na trwale znikła (najłatwiej wskazać na ogromne zmiany technologiczne i globalizację).

Obawy przed inflacją (niekontrolowanym wzrostem cen), a także jej potworną bliźniaczą siostrą deflacją (presją na spadek cen, która zazwyczaj przejawia się we wzroście bezrobocia, bo obniżki cen zmuszają wiele firm do zaprzestania produkcji), nadchodzą w historii gospodarki falami i długo się utrzymują. Straszliwa deflacja z lat 30. spowodowała, że przez kolejne cztery dekady nikt nie bał się inflacji. Potem przyszła jednak dekada lat 70., kiedy uznano, że głównym zagrożeniem jest wzrost cen, a groźby deflacji w sytuacji gdy pieniądz nie ma pokrycia w złocie, nie będzie już nigdy. Po kosztownym zwalczeniu inflacji w świecie zachodnim w latach 80. nadeszły dwie dekady spokoju. A następnie, od upadku Lehman Brothers, ponowna fala obaw przed deflacją i coraz śmielej robionych założeń, że inflacja umarła i już nigdy nam nie zagrozi.

Nasze polskie doświadczenia z inflacją i deflacją są oczywiście nieco inne od światowych. Wybuch inflacji w końcu istnienia gospodarki komunistycznej i na początku transformacji spowodował, że wtedy, gdy świat zachodni cieszył się stabilizacją cen, my ciężko walczyliśmy z ich wzrostem. Kiedy jednak na początku obecnego wieku inflację udało się w Polsce zdusić, dołączyliśmy do globalnej ligi deflacyjnej.

Przez ostatnią dekadę nikt nie bał się serio powrotu inflacji, pracownicy przestali żądać inflacyjnej indeksacji płac, a ceny czasem wręcz spadały. Dziś nadal się inflacją nie martwimy, a choć dynamika cen wyraźnie wzrasta, członkowie RPP raczej mówią o możliwej obniżce stóp procentowych – bo przecież jeśli coś nam może grozić, to tylko to, że spowolnienie wzrostu PKB wywoła znów deflację.

A tymczasem sytuacja nie jest wcale tak jasna. Z jednej strony mamy do czynienia z polityką promowania konsumpcji kosztem oszczędności, a więc polityką stymulowania popytu rynkowego. Z drugiej najniższa od ćwierćwiecza stopa inwestycji w połączeniu ze spadającą podażą pracy ograniczy możliwości wzrostu produkcji. Jeśli dodać do tego czynniki kosztowe, które mogą przyspieszyć wzrost cen (np. ceny energii), a także zerowe bezrobocie, które pozwala łatwo przekładać wzrost cen na wyższe żądania płacowe, naprawdę nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której inflacja na dobre się w Polsce obudzi.

Póki co, jak w dziecięcej piosence o niedźwiedziu, inflacja mocno śpi. Może będzie spać dalej. Ale jak się obudzi...

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA